Instagram

wtorek, 29 listopada 2016

Goniąc własne marzenia

Parę tygodni temu siedziałam sobie w Lesie Kabackim i patrzyłam na przechodzących ludzi. Jedni biegli, inni szli miarowym krokiem, jeszcze inni gonili swoje psy albo pociechy (może niekonieczne w tej właśnie kolejności :) Wiele osób wyglądało, jakby przebywanie w przepięknym lesie było dla nich kolejnym obowiązkiem - nie wypada w końcu w ładny weekend siedzieć w domu, trzeba się RUSZYĆ. I cudnie - nie ma to jak duch fitnessu w narodzie, popieram dobre trendy. Szkoda, że uśmiech gdzieś się w tym wszystkimi gubi i nawet spacer do lasu przypomina projekt do zrealizowania. Ale cóż - można i tak. Przypomniało mi się od razu jak rok temu siedziałam na plaży na Koh Samui i z zachwytem wpatrywałam się w morze. Fale tłukły o plażę, słoneczko przygrzewało, a wokół biegali uśmiechnięci ludzie. Niby podobna sytuacja, a jakże inna. Niby i tu słońce i wolny czas, zatem może to ciepłe powietrze sprawia, że ludzie do spaceru inaczej podchodzą?

sobota, 22 października 2016

10 powodów, dla których warto odwiedzić Norwegię

Tak, wiem. Nudna już jestem z tą Norwegią. Cóż poradzę, skoro latami całymi marzyłam o tym pięknym kraju, a teraz - po jego obejrzeniu - marzę, żeby do niego wrócić. Ok, może nie dziś czy jutro, ale jest jeszcze wiele miejsc w kraju wikingów, które bardzo chciałabym zobaczyć. Albo nawet zobaczyć znów. Być może moje wynurzenia o Norwegii -  ciut przydługie i monotematyczne w zachwytach nad przyrodą, przyznaję bez bicia - kogoś znudziły już przy opisie Pulpit Rock, poniżej zatem zamieszczam w krótkich punktach 10 przyczyn, dla których naprawdę warto zamiast nad ciepłe morze przynajmniej raz w życiu wybrać drogę na północ :)




środa, 28 września 2016

Saga Północy: część druga

Kończąc poprzedni post, obiecałam ciąg dalszy. I choć drugiej "Mody na sukces" raczej tworzyć nie zamierzam, to jeszcze kilka słów o kolejnej części naszej wyprawy stworzyć należy. Zaczynajmy zatem :)


wtorek, 13 września 2016

Powrót do przeszłości vol 1: Norweskie palmy

Leżenie pod palmami jest cudowne - nie przeczę. Co prawda wybierając palmę, pod którą człowiek chce zalec, trzeba dokładnie obejrzeć, czy aby nie będzie problemu ze spadającymi kokosami, ale poza tym palmy są wspaniałe. Gwarantują trochę cienia, kilka mrówek i wspaniałe widoki. Ale nie samymi widokami palm człowiek na wyjazdach żyje. Ot w takiej Azji. Wystarczy oddalić się trochę od morza i udać w góry, a ciut lżejsze powietrze, równie cudne widoki, a także ogromne poinsecje (drzewka bożonarodzeniowe) ukażą nam się w swej wspaniałości. Takie cudne widoki (choć może bez poinsencji) można też znaleźć w Europie. Np. w Skandynawii jakby kto szukał. No. I w taki oto sposób na egzaminie człowiek był w stanie wybrnąć z opowiadania o mrówce, opowiadając o słoniu ;)



wtorek, 16 sierpnia 2016

Azjatyccy mistrzowie marketingu

Znacie może markę Marmite? Jest to brytyjskie smarowidło do chleba. Niektórzy kochają ten cudny produkt, inni nienawidzą. W oparciu o to właśnie przekonanie specjaliści ds marketingu przygotowali kampanię Love or Hate (kochasz lub nienawidzisz), sugerując, że produkt możesz kochać namiętnie lub równie namiętnie nienawidzić, ale nigdy nie będziesz wobec niego obojętny. Tak samo jest z Azją. Kochasz albo nienawidzisz, ale coś do niej czujesz. Cokolwiek jednak byś nie czuł do samej Azji, coś całkowicie odwrotnego możesz czuć do reklam, z którymi zderzysz się w Azji. U mnie większość z nich wywoływała zwykle minę "ale o co chodzi?" bądź też bawiła do łez.



Kreatywność działów marketingu (bądź też właścicieli różnych biznesów) bywa bardzo... ciekawa i niejednokrotnie nam obojgu oglądanie różnych reklam (w szczególności bilboardów) sprawiało dużo radości, pomyślałam więc, że podzielę się z wami tą radością. A nuż ktoś jeszcze się uśmiechnie ;) 
Spokojnie, wielkich analiz marketingowych tworzyć nie zamierzam, odtwarzać pozycjonowania marek czy zgadywać udziałów rynkowych również nie; pokuszę się jednak o niedługie podsumowanie najciekawszych kierunków reklam, które mieliśmy okazję obejrzeć.


czwartek, 7 lipca 2016

Ko Phi Phi - pięknie, choć tłoczno

Ko Phi Phi (archipelag wysepek w prowincji Krabi położony około godzinę drogi szybką łodzią od Phuket) to jeden z tych "obrazków" z Tajlandii, które najczęściej pojawiają się na pocztówkach i wyskakują w internetowych wyszukiwarkach na hasło "Tajlandia plaże". I słusznie, ponieważ natura napracowała się tu mocno, by uczynić z tego miejsca zakątek o niezwykłej urodzie, zbliżony wyglądem do tego, co większość ludzi rysuje sobie w głowie na hasło "raj". Jak to z miejscami pięknymi i rozreklamowanymi (i nie chodzi tylko o pocztówki i foldery, ale także hollywoodzkie produkcje filmowe) bywa, Ko Phi Phi przyciąga wielkie tłumy turystów - nawet w porze deszczowej, co nie ukrywam trochę nas zdziwiło. Nie mamy jednak w sobie tyle pychy, żeby złorzeczyć na te dzikie tłumy przemieszczające się od punktu do punktu wycieczki, włażące pod nogi, wpychające do wody, wbijające w oczy druty od parasoli słonecznych, robiące tysięczną fotkę albo sto piętnaste selfie i psujące idealne ujęcie, do którego ktoś przymierzał się od 10 minut. W końcu sami też byliśmy częścią tego tłumu i niejedno zdjęcie - oczywiście przypadkiem (i tego się będziemy trzymać) - zepsuliśmy ;)


Zniechęceni? Niesłusznie, bo pomimo pewnych niedogodności warto! Tylko trzeba z góry wiedzieć, na co się szanowny turysta pisze :)