Penang czyli oczekiwania vs. rzeczywistość

Znacie to uczucie? Czytacie o jakimś miejscu, słuchacie opowieści i rekomendacji. Zewsząd same "ochy" i "achy", że aż nastawiacie się na coś absolutnie obłędnego i niesamowitego, a w głowie rodzi się obraz idealny. I nadchodzi ten dzień, kiedy przyjeżdżasz, rozglądasz się i masz ochotę zakląć szpetnie, bo coś tu ewidentnie nie pasuje. Dobrze, że za pisanie posta na temat wyspy Penang wziąłem się dopiero po wyjeździe z niej, bo to co napisałbym po pierwszym dniu nie bardzo nadawałoby się do publikacji. Po tygodniu (i zobaczeniu całości, nie wycinka) opinia jest dużo bardziej stonowana :) Zobaczyliśmy sporo fajnych miejsc, ale nie powiem, żeby "zachwyt" był tym słowem, które najlepiej oddaje moje wrażenia z pobytu na wyspie. Pewnie w jakimś stopniu jest to efektem "rozjechania" się oczekiwań i rzeczywistości, po części rzeczywistymi minusami tego miejsca, ale może też wynikać z dość oczywistych porównań z naszymi wcześniejszymi doświadczeniami.



Penang to wyspa o powierzchni niecałych 300 km. kw. (trochę mniej niż Langkawi), położona w północno-zachodniej części Malezji, w cieśninie Malaka. Połączenie z Półwyspem Malajskim zapewniają jej dwa mosty. Penang to jednocześnie region administracyjny Malezji (stan), ze stolicą w Georgetown. Wyspę zamieszkuje ponad 750 tys. mieszkańców, a taka liczba powoduje już bardzo duże zagęszczenie ludności, co niestety widać na ulicach. Po około 40% mieszkańców stanowią etniczni Chińczycy i Malajowie, dodatkowo jest kilka procent Hindusów, co przez lata budowało wyjątkową mieszankę kulturową. A jeśli dodamy do tego europejskie wpływy z ery kolonialnej, mieszanka staje się jeszcze bardziej interesująca. 

Spróbujmy przyjrzeć się wyspie punkt po punkcie, szukając plusów i minusów:

Plusy dodatnie

Jedzenie - Penang nazywany jest czasem "kulinarnym rajem" i nie ma w tym określeniu przesady. Kuchnia jest przepyszna i bardzo tania. Oczywiście najlepiej wybrać się do lokalnej knajpki albo na rynek położony z dala od najbardziej turystycznych rejonów Georgetown czy Batu Ferringhi, ale nawet tam da się upolować coś wyjątkowego w niezłej cenie. Wybierać można spośród najlepszych smaków kuchni malajskiej, chińskiej, hinduskiej, ale także tajskiej czy wietnamskiej. Znajdzie się i "western food", ale często można się zdziwić, jak w Azji rozumiane są dania kuchni europejskiej (czemu do diabła grillowany kurczak okazał się być gotowany?). Lepiej więc trzymać się lokalnych specjałów: nasi kandar (ryż z wybranymi dodatkami), nasi goreng (ryż smażony), tandori (kurczak pieczony na szpadzie w beczce z żarem) a do tego naan (rodzaj macy lub podpłomyka) w dowolnym smaku, tosai (rodzaj naleśnika, sam lub z dodatkami), albo chapatti (pakistański placek podobny do macy). Do tego curry w pięćdziesięciu odmianach i koniecznie herbata mrożona (zwykle serwowana z mlekiem - nigdy nie sądziłem, że tak polubię herbatę z mlekiem). A ponadto mnóstwo rzeczy, których nazw nie znam, ale pokazywałem palcem co chcę i wszystko mi smakowało. Kompletny posiłek w lokalnej knajpie nie powinien kosztować więcej niż 10 ringgitów na osobę.

Penang Taman Negara - park narodowy zlokalizowany na północnym zachodzie wyspy. Bardzo przyjemne miejsce na spędzenie dnia. Teren parku porasta gęsta dżungla, a kilkoma ścieżkami można przespacerować się do ukrytych plaż (najsłynniejsza to Monkey Beach, ale także Turtle Beach i kilka innych). Wędrówka nie jest jakoś bardzo wyczerpująca, ale trzeba wziąć pod uwagę, że idzie się raz w górę raz w dół wąską ścieżką z wystającymi korzeniami, kamieniami, powalonymi drzewami przez które trzeba skakać itp. Przydadzą się buty trochę lepsze niż japonki :) Po drodze możliwe są interakcje z małpimi rodzinami oraz naprawdę ogromnymi jaszczurkami. Mam nadzieję, że nie są groźne. Jedna, na oko dwumetrowej długości, do której podszedłem miała bardzo pogodny wyraz pyska (paszczy?) i radośnie wystawiała język. Chyba że była to radość z wpadającego właśnie w ręce bez większego wysiłku obiadu... Niniejszy wpis świadczy jednak o tym, że ze spotkania z potworem wyszedłem obronną ręką :)




Penang Hill - najwyższe wzniesienie na wyspie (ponad 700 m.n.p.m.) z kolejką linową prowadzącą na szczyt. Zapewnia przede wszystkim piękne widoki na wyspę i okolice, ale także imponujące walory przyrodnicze. Myślę, że wiele osób, które wożą tyłki "melexami" główną drogą wiele traci, bo nie widzą tego, co ukryte trochę niżej. Z pewnością naraziliśmy się na spojrzenia pełne pogardy spacerując sobie zamiast jeździć (w Azji nawet po ryż do sklepu za rogiem czymś się podjeżdża), ale dzięki temu zobaczyliśmy i czarną wiewiórkę, i przepiękne brytyjskie domy jak z programu "Ucieczka na wieś" ukryte pomiędzy drzewami na zboczu góry. Miejsce jest bardzo ładne, ale trzeba przygotować się na dość długi czas oczekiwania żeby wjechać/zjechać kolejką linową.




Plusy ujemne

Ruch drogowy - absolutny dramat. Nieważne czym się poruszasz, musisz się przygotować, że czas przejazdu odcinka kilkunastu kilometrów liczy się w godzinach a nie minutach (a śmiałem się, że Google Maps zwariowało pokazując czas przejazdu 6 km komunikacją publiczną jako 45 minut...). Wyspa jest niewielka, z bardzo intensywną zabudową we wschodniej części (bliżej stałego lądu). Mieszkańców ma ponad 10 razy więcej niż Langkawi, która jest przecież trochę większa. Poruszanie się po Penang to ciągłe potoki samochodów i konieczność rezerwowania sobie dużej ilości czasu. Prawdę mówiąc to chyba też ostatni moment na poszukanie jakichś rozwiązań administracyjnych, które problem rozwiążą lub zatrzymają pogarszanie się sytuacji. Obawiam się, że bez takich działań wyspa udusi się prędzej czy później w smrodzie spalin z pojazdów stojących w korku.

Komunikacja publiczna - jest, oczywiście że jest. Ale brak czytelnych map z wyrysowanymi trasami (są zaledwie punkty początkowe i końcowe), kompletnie nieintuicyjny system wyszukiwania połączeń na stronie www czy brak możliwości sprawdzenia rozkładu (poza najbliższymi 30-ma minutami) powoduje, że korzystanie z niej wcale nie jest proste, łatwe i przyjemne. Nie dziwię się, że większość mieszkańców porusza się własnym transportem, Przystanki też mogłyby mieć rozkłady albo chociaż numer linii (a nie wszystkie mają). Pomimo tych wad da się z niej skorzystać, ale będzie dłuuuugo. Za to tanio, ponieważ tygodniowy bilet z nielimitowanymi przejazdami kosztuje 30 RM od osoby. Alternatywą jest Uber. Naprawdę tani i łatwo dostępny.



Georgetown - moje największe rozczarowanie. Miasto, które znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Opisywane z zachwytem jako perełka architektury kolonialnej, prężny ośrodek kultury i sztuki. Wszystko to można znaleźć mówiąc prawdę, ale po przejściu kilku uliczek okazuje się, że ta architektura jest na każdej taka sama, z pojedynczymi wyróżniającymi się budynkami. Sztuka też jest - m.in. bardzo dużo sztuki ulicznej. Ale robienie przebieżki po mieście, żeby znaleźć kilkadziesiąt obrazów malowanych na ścianach czy też wykonanych z giętego metalu to gruba przesada. Możecie mówić, że jestem burakiem i nie doceniam sztuki, ale dla mnie to trochę kategoria atrakcji robionych na siłę. No i w odróżnieniu od innych miejsc nie miałem wrażenia, że to miasto "żyje" wieczorem. Nie mówię tu o knajpach w naszym tradycyjnym znaczeniu, ale większość sklepików się zamykała, zaledwie w kilku miejscach rozstawiało się kilka bud z jedzeniem, a po ulicach kręcili się głównie zdezorientowani turyści próbujący znaleźć coś do zjedzenia. Życie przeniosło się do licznych centrów handlowych (swoją drogą przystrojonych w bardzo świąteczne akcenty). Prawdę mówiąc, po jednym popołudniu i wieczorze spędzonym w Georgetown powiedzieliśmy sobie "pas" i nie mieliśmy ochoty więcej tam wracać.




Z całego Georgetown najbardziej podobały nam się dwie, znajdujące się obok siebie świątynie, jedna buddyjska z imponującą figurą leżącego Buddy (Wat Chaiya Mangalaram), a druga birmańska (Dhammikarama). Naprawdę warto.





Batu Ferringhi - miejscowość położona dość blisko parku narodowego, kreowana na miejsce wypoczynkowe, z dużą ilością hoteli i "pięknymi" plażami. Cóż, plaża jest, nawet długa. I piasek jest. Ale po przyjeździe z Langkawi to można się tylko uśmiechnąć krzywo pod nosem, kiedy ktoś mówi że jest piękna... Sporo jest na niej ludzi, trochę knajp i plażowego handelku. Z okien autobusu dużo lepsze wydawały się nieduże plaże położone odrobinę na zachód od Batu Ferringhi, w pobliżu Tropical Spice Garden. A na pewno były mniej obłożone. Generalnie w miejscowości nie ma nic specjalnego, chyba że ktoś jest fanem Hard Rock Cafe ;)



Plusy niedookreślone

Świątynia Kek Lok Si Temple - na pierwszy rzut oka bardzo ładna, duża, z imponującą figurą spoglądającą ze wzgórza na okolicę. Tylko całe wrażenie psuje wszechobecna "komercha". W pełni akceptuję handel straganowy wzdłuż schodów prowadzących do świątyni, ale handel dobrami wszelakimi już na terenie samej świątyni, pomiędzy figurą Buddy a  innym lokalnym świętym robi naprawdę dziwne wrażenie. Ale pomimo tych wątpliwości warto tu zajrzeć, najlepiej tego samego dnia, kiedy planuje się wyprawę na Penang Hill, gdyż oba te miejsca zlokalizowane są obok siebie.





Podsumowanie

Jak wynika z mojej opowieści Penang ma same plusy :) To, że niektóre są dodatnie, inne ujemne, a jeszcze inne nijakie ma znaczenie drugorzędne. Złość na Georgetown też mi w sumie szybko przeszła, bo doszedłem do wniosku, że przede wszystkim każde miejsce warto zobaczyć, żeby wyrobić sobie własną opinię, a poza tym nie samym Georgetown Penang stoi :) Myślę, że kilka dni, nawet tydzień, na wyspę można poświęcić. Ale planować tu dłuższy pobyt wypoczynkowy  - zdecydowanie nie. Całkiem niedaleko są jeszcze lepsze miejsca.

Komentarze

Łączna liczba wyświetleń