Piękne oblicze Cejlonu
Tanie zwiedzanie Australii
Indonezyjskie Bali
Tajlandia - Koh Lanta
Komodo - warany i nie tylko
Langkawi jak z pocztówki
Indonezja - Wyspy Gili
Siquijor - wyspa ognia
Anda - nieodkryta perła Boholu
Australia - Great Ocean Road

Turkusowe wody i złote piaski Borneo - park Tunku Abdul Rahman w malezyjskim Sabah

Dżungla dżunglą, małpy małpami, ale każdy normalny (albo i nienormalny - nie będziemy dzielić nikogo na "sorty") ma czasem ochotę - jeśli już wylądował w tropikach - nacieszyć oczy turkusową wodą, złotym, drobnym piaskiem i bogactwem podwodnego świata. Do tej pory nie rozpisywaliśmy się zbytnio o tego typu atrakcjach Borneo (chociaż wierzcie mi, plażowych fotek było mniej niż dni spędzonych na kąpieli w morskiej wodzie), a przecież i plażowych lokalizacji tutaj nie brakuje. Dzisiaj zabieramy więc was na wycieczkę do Tunku Abdul Rahman National Park, skupiska pięciu małych wysepek położonych rzut kamieniem od wybrzeży Kota Kinabalu, na plażowy chillout, snorkeling, uganianie się za dziką świnią, która zdezerterowała z dżungli i modły do Posejdona, żeby pozwolił nam szczęśliwie wrócić na stały ląd podczas burzy, która nieoczekiwanie rozpętała się nad naszymi głowami.



W skład parku narodowego Tunku Abdul Rahman wchodzi pięć wysepek: Gaya, Sapi, Manukan, Sulug i Mamutik, z czego mieliśmy okazję w ciągu dwóch dni zobaczyć trzy pierwsze.

Jak dotrzeć to parku?

Najprościej skorzystać z usług jednej z licznych firm, które organizują transfery z przystani promowej w Kota Kinabalu (Jesselton Point). Firm jest całe mnóstwo (jak pojawicie się w hali sprzedaży biletów to pracownicy gotowi są powyskakiwać ze swoich okienek, żeby zachęcić was do skorzystać z usług ich firmy), ale wszystkie mają jedną cenę: 23 MYR od osoby za bilet w dwie strony na jedną wyspę. Do tego 7 MYR opłaty terminalowej. A jeśli jednego dnia chcielibyście popłynąć na więcej niż jedną wyspę, za każdą kolejną trzeba będzie dopłacić 10 MYR. Do tego dochodzi opłata za wstęp na teren parku narodowego: 10 MYR od dorosłego nie-Malezyjczyka, ważna przez jeden dzień na wszystkie wysepki. Pierwsze łodzie odpływają ok. 8 rano. W momencie zakupu biletu trzeba zadeklarować godzinę powrotu - najpóźniej 16 - i mieć nadzieję, że ktoś po was przypłynie. Spokojnie, raczej przypływają :)



Istotna informacja praktyczna - wiele osób zastanawia się, czy na taką wycieczkę zabierać ze sobą paszport (generalnie w Malezji przewoźnicy promowi tworzą listę pasażerów, więc okazywanie paszportu podczas kupna biletów jest regułą). W przypadku wycieczki na przybrzeżne wysepki paszport nie będzie konieczny, wystarczą dane wpisane własnoręcznie na listę. I lepiej go nie brać, bo jeszcze zamoknie...

Którą wyspę wybrać?

Do wyboru, do koloru. Wyspy, pomimo że leżą w niedużej odległości od siebie, są dość zróżnicowane jeśli chodzi o to, co można na nich robić. Tak jak wspomniałem, udało nam się postawić stopy na trzech z nich, o dwóch pozostałych nie będę się więc wypowiadał.

Gaya to największa z pięciu wysepek, ma całe 15 km. kw. powierzchni. Niemal w całości porośnięta jest gęstą dżunglą, poprzez którą wytyczono ok. 20 km. ścieżek. To dobre miejsce, żeby pochodzić po autentycznym lesie deszczowym, trzeba tylko pamiętać, że w środku takiej dżungli z reguły jest gorąco, wilgotno, a powietrze stoi (wiatr nie przedziera się przez gęstwinę), więc "spacerek" będzie dużo bardziej męczący (nawet jeśli drzewa dają cień) i koniecznie trzeba ze sobą wziąć solidne zapasy wody.





Podczas przedzierania się przez dżunglę można natknąć się na makaki, małpy proboscic (jakoś ta nazwa "nosacz sundajski" mnie nie przekonuje), mnóstwo jaszczurek (w tym takie metrowe), węże (powiedzcie, że jaskrawozielony wąż, który przepełznął mi przed stopami, nie był jadowity; zielone nie są jadowite, prawda?) czy brodate świnie. Spotkaliśmy jedną taką, która wybiegła z dżungli, jak już moczyliśmy się w wodzie. Narobiła trochę zamieszania, wystraszyła koreańskich turystów i uciekła z powrotem do lasu, zanim zdążyłem podejść bliżej, żeby zrobić wyraźne fotki. Ale jakieś udało się zrobić i teraz wiem już, że to jedno z najbrzydszych zwierząt na świecie: zwieszony łeb, nieogolony ryjek, lezie nieskładnie na czterech łapach -  Wydra miała skojarzenie ze studentem wracającym do domu nad ranem po ciężkiej imprezie, ale odpuśćmy sobie takie seksistowskie komentarze... :)



Jeśli komuś starczy sił na dwudziestokilometrowy spacer, będzie miał szansę dotrzeć na trochę bardziej odseparowane plaże, do wioski nielegalnych filipińskich imigrantów z domami zbudowanym na palach, czy też do jednego z dwóch wypasionych resortów, z prywatnymi plażami, prywatnym transportem na Borneo i horrendalnie wysokimi cenami.

Ale wyjdźmy wreszcie z tej dżungli, bo miało być o złotym piasku i turkusowej wodzie. Tak, wszystko to jest w proporcjach jak najbardziej odpowiednich, z niewielką w sumie liczbą turystów, z którymi te piękne widoki trzeba dzielić. Plaża przy pomoście, do którego dobijają łódki nie jest jakaś wielka, ale ta kameralność dodaje jej uroku. Szczególnie jak widzi się tłumy na pobliskiej Sapi. Można wziąć maskę i pooglądać sobie życie pod wodą. U brzegów Gayi można liczyć na setki kolorowych rybek (chociaż półmetrowa to już raczej ryba niż rybka) i trochę elementów podniszczonej rafy.





Dla żądnych wrażeń jest możliwość przejechania się na linie rozpiętej pomiędzy wyspą Gaya a Sapi (zip line). Dla tych, którzy zgłodnieli (albo skończyła im się woda) jest restauracja i możliwość kupienia czegoś do picia. Na wyspie są duże i czyste łazienki z przebieralniami i prysznicem.

Wyspa Sapi położona jest tuż obok. Na tyle blisko, że można podglądać, co dzieje się na sąsiedniej Gayi. Tutaj jest zdecydowanie więcej ludzi (a podobno w weekendy to trochę tak jak w Dębkach albo Władysławowie w środku sezonu), ale są ku temu powody. Sama wyspa jest mała, więc to raczej nie jest miejsce, gdzie można pobiegać po dżungli. Ale piaseczek jest (i miejsca nawet mimo tłumów starczy dla każdego), turkusowa i przejrzysta woda też, a do tego coś jeszcze.


Rafa. Przepiękna, żywa rafa, pokazująca bogactwo i piękno podwodnego świata. Są tam drzewiaste formacje koralowców (po raz pierwszy widziałem tak rozbudowane koralowe drzewa), mnóstwo roślin i zwierząt, których nazw nie potrafię wymienić. Tysiące kolorowych ryb i rybek, dorodne jeżowce, coś na wzór podwodnego, zielonego lasu - słowem: prawdziwa frajda. Ja wiem, że są na świecie piękniejsze rafy, ale nie wszystkie są dostępne ot tak dla wchodzących do wody z brzegu i jedynie z maską i rurką na głowie - więc pod tym względem dla fanów snorkelingu jest to naprawdę miejsce godne polecenia, nawet jeśli momentami wyda się zatłoczone. Na wszelki wypadek lepiej unikać wyprawy w weekend.

Naprawdę żałowałem, że nie dorobiliśmy się jeszcze aparatu do zdjęć podwodnych albo innego Go Pro, bo w tym miejscu taki sprzęt byłby jak znalazł. Na szczęście kilkoma fotkami podzieliła się z nami koleżanka Mareile (los skrzyżował nasze drogi na Filipinach, w Indonezji, a także na Borneo), która na wysepkach była kilka tygodni temu. Dzięki jej uprzejmości zamieszczamy zdjęcia, choć nie wyczerpują one tego wszystkiego, co można zobaczyć pływając godzinami nad rafą u brzegów wyspy.



Na Sapi rówież jest zaplecze sanitarne, miejsca, gdzie można coś przekąsić oraz nieduży sklep. Oczywiście trzeba wziąć poprawkę na to, że jest to odseparowana lokalizacja i ceny mogą być trochę wyższe, ale dramatu nie ma.

Manukan to druga co do wielkości wyspa w parku i ostatnia, na której byliśmy. Na niej też znajduje się resort, w którym można zatrzymać się na dłużej, szukając spokoju. Na wyspie wypoczywa sporo osób, sporo też wchodzi do wody z maseczkami i rurkami, ale tutaj - przynajmniej jeśli chodzi o główną plażę - nie za bardzo warto. Pod wodą można dostrzec tylko pozostałości koralowców i nieliczne ryby. W odległości 15 metrów od brzegu zaczyna się morska głębina i z perspektywy snorkelera nic już nie widać. Być może jest to dobra miejscówka dla scuba diverów, ale to (przynajmniej na ten moment) nie nasze klimaty, przez co pewnie sporo z atrakcyjności podwodnego świata tracimy. Poza tym woda przy brzegach Manukan aż roi się od małych, obślizgłych, wrednych, złośliwych, irytujących, upierdliwych i męczących (nie, nie mówię o politykach) meduz, które rzucają się na człowieka jak pchła na poczciwego Burka. Dyskomfort związany z poparzeniem trwa zaledwie kilka minut, czerwone ślady na skórze znikną pewnie już następnego dnia, ale bycie poparzonym kilkadziesiąt razy to średnia przyjemność. Co ciekawe, na pozostałych dwóch wyspach problemu z meduzami nie było.




Na Manukan również wyznaczone są trasy na przechadzkę przez las deszczowy (choć wyłożenie jej kostką brukową to już przesada, ale kto bogatemu zabroni), ale to nie ta sama skala co na wyspie Gaya. Nie mniej, na spacer wybrać się można, najlepiej z repelentem na komary w plecaku (komary też żarły, jak nigdzie indziej). 

Oczywiście dostępne są bezpłatne i czyste sanitariaty, restauracje i bary (największa liczba na wszystkich wyspach). Czyli klimat sielsko-anielski, ale z odrobiną cywilizacji w tle.

Jeśli ktoś nie chce wracać na stały ląd zbyt wcześnie (po 16, gdy niemal wszyscy odpływają do KK, musi robić się tam naprawdę pusto), może obozować na którejś z wysp. Opłata campingowa to zaledwie 5 MYR, a nocować można we własnym, lub wypożyczonym na miejscu namiocie. To musi być frajda, chociaż trzeba na dzikie świnie uważać :)

Drugiego dnia podboju parku wracaliśmy do KK z wyspy Sapi. Choć rafa wprawiła nas w radosny nastrój, z coraz większym niepokojem spoglądaliśmy w stronę miasta. Nad Borneo widać było czarne chmury, raz po raz przetykane błyskawicami. Nawet z tej odległości słyszeliśmy grzmoty, a morze burzyło się coraz bardziej. Tuż przed 16 chmury objęły swoim zasięgiem również naszą wysepkę. 

W końcu przypłynęła nasza łódka. Sternik kręcił niepewnie głową pokazując chmury i zaprosił nas na pokład. Wskoczyliśmy na sam tył z nadzieją, że tak będzie bezpieczniej. Założyliśmy kapoki, pokrowce na plecaki i ruszyliśmy. Oprócz nas na łódce było jeszcze 5 osób. Powoli zaczęliśmy przebijać się przez fale, które robiły się coraz wyższe, zdecydowanie za duże na taką łupinę. Zaczęły niemalże przelewać się przez łódkę. Po 3 minutach byliśmy całkiem mokrzy (i po co było się przebierać?). Ochroniliśmy plecaki i twarze przed słoną wodą dodatkowymi kapokami i z niepewnymi minami obserwowaliśmy coraz wyższe fale. Po chwili zaczęło padać i mocniej wiać (jakby słonej wody było mało). Lodowato zimne krople cięły po twarzy, wiatr świszczał nad łódką i z niepokojem patrzyłem, jak sternik manewruje łódką, żeby uniknąć wywrotki na falach (to, że cały czas mamrotał pod nosem "Oh my God" - rozumiem że to były modły do Posejdona - nie uspokajało jakoś nikogo). Eufemistycznie powiem, że nie było to najlepsze doświadczenie. Na szczęście dotarliśmy do brzegu, schowaliśmy się pod daszkiem żeby trochę poociekać z wody i poczekać, aż przestanie lać. Poczekaliśmy sobie godzinę.

Potem jeszcze szybki wypad do knajpki na obiad i w końcu znaleźliśmy się w autobusie do naszej wioski Likas, gdzie mieszkamy. W autobusie – jak to zwykle w Azji – na cały regulator wyła muzyka i błyskały kolorowe światełka (w dzień jakoś nie ma takiego efektu), do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić i nauczyliśmy się ignorować. Tym razem jednak muzyka przyciągnęła naszą uwagę, bo z głośników popłynęło polskie disco polo (serio, jak słyszy się słowa piosenki na-na-naj, na-na-naj to nie może być nic innego). Szczęki nam opadły, uśmialiśmy się serdecznie (co chyba kierowca zinterpretował jako fakt, że nam się bardzo podoba muzyka, bo jeszcze ją pogłośnił; następnym razem będziemy siedzieć cicho) i aż z wrażenia nagraliśmy kawałek, co można zobaczyć tutaj:


Swoją drogą to drugie nasze zetknięcie z polską muzyką podczas podróży. Pierwsze było na indonezyjskiej wyspie Gili Trawangan, gdzie moich uszu doleciał puszczany z pobliskiego baru na cały regulator polskojęzyczny hip-hop.

Pomimo nieciekawej końcówki sama wyprawa na wysepki jest naprawdę fajnym doświadczeniem. Tak blisko dużego miasta znajduje się tak rajski, odseparowany zakątek. Nawet jeśli rocznie przewija się tam 300 tys. odwiedzających, to i tak warto. Najwyżej trzeba będzie przemaszerować się kilkaset metrów dalej, żeby nie dać sobie wejść na głowę. Ale prognozę pogody warto sprawdzić...


Komentarze

  1. Piękne zdjęcia :-) jak zwykle świetne opisane wysepki...przygoda,przygoda,przygoda...jestem pod wrażeniem waszej podróży. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Łączna liczba wyświetleń