Piękne oblicze Cejlonu
Tanie zwiedzanie Australii
Indonezyjskie Bali
Tajlandia - Koh Lanta
Komodo - warany i nie tylko
Langkawi jak z pocztówki
Indonezja - Wyspy Gili
Siquijor - wyspa ognia
Anda - nieodkryta perła Boholu
Australia - Great Ocean Road

Powrót do przeszłości vol 1: Norweskie palmy

Leżenie pod palmami jest cudowne - nie przeczę. Co prawda wybierając palmę, pod którą człowiek chce zalec, trzeba dokładnie obejrzeć, czy aby nie będzie problemu ze spadającymi kokosami, ale poza tym palmy są wspaniałe. Gwarantują trochę cienia, kilka mrówek i wspaniałe widoki. Ale nie samymi widokami palm człowiek na wyjazdach żyje. Ot w takiej Azji. Wystarczy oddalić się trochę od morza i udać w góry, a ciut lżejsze powietrze, równie cudne widoki, a także ogromne poinsecje (drzewka bożonarodzeniowe) ukażą nam się w swej wspaniałości. Takie cudne widoki (choć może bez poinsencji) można też znaleźć w Europie. Np. w Skandynawii jakby kto szukał. No. I w taki oto sposób na egzaminie człowiek był w stanie wybrnąć z opowiadania o mrówce, opowiadając o słoniu ;)




2 lata temu w lipcu postanowiliśmy sprawdzić, czy jakieś palmy nie rosną aby w Skandynawii. Ok, wszelkie źródła mówiły, że nie, ale kto by tam wierzył internetom. Jak się człowiek nie przekona na własne oczy, to pewien być nie może. Jeśli doda się do tego wielką, skrywaną latami miłość do Norwegii (nie widziałam, ale przez internet i na odległość też się przecież można zakochać), to scenariusz na podróż wydawał się tylko jeden: jeden samochód, dwoje osobników i jedna mapa.

Jak to w przypadku dzikich terenów bywa, sypnęły się gromadnie opinie rodziny i znajomych. Pociotek wujka szwagra mojego kuzyna słyszał, że w Norwegii dzikie misie szaleją. A znajomy ojca kuzynki odległego stryja brata ciotecznego mówił, że zimno i drogo. Na potencjalne dzikie misie nie znaleźliśmy rady (oprócz próby powtórnej nauki wejścia na drzewo w ogrodzie u mamuni, która skończyła się klapnięciem na zadek i przekonaniem, że nie te lata ;), ale na drogo i zimno przygotowaliśmy się dość solidnie. Zapakowaliśmy do samochodu sprzęt kempingowy (samorozkładający się namiot, krzesełka, stolik, kuchenkę, dużo kocyków i kilka śpiworków), ciuchy na cieplejsze dni i zimne noce, termos na gorącą herbatę na noc (kładzie się w nogach i w razie wielkiego przemarznięcia w nocy w można się pokrzepić), jedzenie w puszkach (zupy, gulasze i spaghetti) oraz grille jednorazowe i tak przygotowani ruszyliśmy na północ. Mając ze sobą zapasy oraz własny nocleg założyliśmy, że kupować trzeba będzie jedynie mięso na grilla, chleb i warzywa. No i skandynawskie przysmaki, żeby posmakować kuchni wikingów. A do tego opłaty za potencjalne wejścia, parkingi, przeprawy promowe, drogi, kempingi i paliwo. I w ten sposób podchodząc do tematu, da się niedrogo zrobić Skandynawię :)

Trasa, którą sobie wybraliśmy zmieniała się trochę w trakcie podróży (jak się nie miało czasu czytać przewodnika w domu i trzeba to robić po drodze, to tak bywa). Wystartowaliśmy z Warszawy, dotarliśmy do Trójmiasta, skąd promem przedostaliśmy się do Szwecji. W samej Szwecji spędziliśmy 2 dni, zwiedziliśmy Goteborg (można na dwie godzinki, ale więcej czasu nie ma co poświęcać) oraz Fjalbackę (pozdrawiam wielbicieli kryminałów Camilli Lackberg), a nawet zrobiliśmy drobne zakupy w Tanumshede ;)



W tym uroczym kraju po raz pierwszy zrozumieliśmy też, jakie trudności wynikają z jasnych nocy. Po pierwsze ciężko jest zasnąć jak jest jasno. Po drugie - ludzie na kempingu szaleją do późnych godzin, bo w końcu jasno jest ;) A z tego drugiego wynika trzeci problem - jak się w nocy wygrzebujesz z namiotu w swoim ślicznym dresiku, żeby udać się na stronę (takie ładne wyrażenie), to wszyscy na ciebie patrzą. Dziwne wrażenie. Oczywiście po dwóch czy trzech dniach człowiek się przyzwyczaja, ale początki mogą być trudne :)

Przemknęliśmy przez Szwecję i dotarliśmy do Norwegii. Nasz pierwszy przystanek - Oslo - nie zachwycił nas specjalnie. Ot zwykłe miasto. Warto rzucić okiem na twierdzę Akershus, zobaczyć pałac królewski czy parlament, pokręcić się trochę po uliczkach. I już sugeruję jechać dalej na zachód. Po drodze można wpaść jeszcze do muzeum łodzi wikingów (mają kilka starych okazów, które robią naprawdę ogromne wrażenie) i już opuszczamy uroczą stolicę Norwegii. Jeden dzień - tyle maksymalnie sugerujemy na to poświęcić. No chyba, że ktoś ma ochotę pochodzić po muzeach czy też pójść do opery. Nas do Norwegii przygnała chęć zanurzenia się w tamtejszej przyrodzie i górach, miasta zaś miały być tylko taką kropeczką nad i. Niewielką :)




Ruszyliśmy zatem w kierunku Kristiansand, trzymając się jak najbliżej nabrzeża. Już na tym odcinku trasy znaleźliśmy mnóstwo cudnych widoków. Wielkich, majestatycznych fiordów jeszcze nie było, ale malownicze miasteczka nad morzem, wysokie góry i piękne lasy już się pojawiały. Po drodze wpadliśmy do Kaupang (miała być wioska wikingów, ale pozostała po niej kupa kamieni, które nas nie zachwyciły) oraz Stavern (prześliczne miasteczko, idealnie wpisujące się w moje wyobrażenia o miasteczkach w Norwegii). Samo miasto Kristiansand ominęliśmy i pognaliśmy (tuż poniżej dozwolonej prędkości, bowiem w Norwegii już za przekroczony kilometr płaci się horrendalne mandaty) w kierunku zachodnim (nadal wybrzeżem) w kierunku Stavanger.




Wybierając trasę na tym odcinku warto zdecydować się na "górską" wersję i przejechać trasą 44 na odcinku od Sogndalsstrand do Egersund. Ten kawałek jest uznawany za jeden z najpiękniejszych w Norwegii i szczerze mówiąc podpisuję się pod tą opinią wszystkimi łapkami. Wysokie góry, cudne górskie jeziora (Morskie Oko przy nich to niestety mały pikuś), widok na morze, fiordy... niestety zbyt słaby mam warsztat pisarski, żeby dobrze opisać wrażenia. Może zdjęcia przemówią za mnie :) Warto jednak zaznaczyć, że cała droga jest dość wąska i bardzo kręta, wije się to w górę to w dół i kierowca musi się trochę natrudzić i napocić. Ale warto, zdecydowanie warto.




Z Egersund prosta droga wiedzie w kierunku Stavanger, które my ominęliśmy (staje się to swoistą tradycją), wybierając zamiast zwiedzania miasteczka wspinaczkę na słynne Preikestolen czyli Pulpit Rock. Nawet jeśli ta nazwa nic Wam nie mówi - nie przejmujcie się. Widok na pewno znacie ze zdjęć czy też pocztówek norweskich, jest to bowiem najsłynniejsze i najbardziej charakterystyczne miejsce w Norwegii. Na pewno warto się tam wybrać, choć ostrzegam lojalnie - jest to ciężka wspinaczka (szczególnie jak ma się problem z kondycją), trzeba mieć dobre buty (podejście po kamieniach na Kamieńczyk w Szklarskiej to przy tym pikuś), mnóstwo wody, coś do jedzenia oraz kijki. O kurtce przeciwdeszczowej nie wspomnę - pogoda w górach jest bardzo kapryśna i szybko się zmienia, o czym zawsze trzeba pamiętać. My wchodziliśmy na Preikestolen w samych t-shirtach, a szczerze mówiąc, gdyby nie strach przed mandatem to wchodziłabym bez - słońce prażyło niemiłosiernie - ale powrót mieliśmy już w bluzach i kurtkach, bo burzowe chmury przyciągnęły ze sobą porywisty wiatr. Zresztą w moim przypadku wyrażenie, że "wchodziliśmy" jest mocno przesadzone. Myślę, że stwierdzenie, że wczołgiwałam się na kolejne góry, opierając mocno na kijkach będzie bardziej właściwe. Mam też podejrzenie, graniczące z pewnością, że swoim marudzeniem doprowadziłam Łukasza do tego, że wiele razy chciał mnie lekko pchnąć (szczególnie kiedy staliśmy nad jakąś przepaścią) i tylko wizja zmarnowania urlopu poprzez dyskusje z norweską policją dawała mu siłę na przetrwanie mojego narzekania. Szacun. Daliśmy radę - ja wejść, ty mnie nie zabić ;) Cała wyprawa trwa kilka godzin: od czterech do sześciu w zależności o kondycji i jest wyczerpująca. Ale za to widoki...





Z Preikestolen odbiliśmy na północ, przemykając przez Oddę, Lothus i inne śliczne miasteczka, aż dotarliśmy do jednego z najpiękniejszych fiordów Norwegii - Hardangenfjord i miasteczka Eidfjord. W okolicy Oddy przypadkiem trafiliśmy na cudowny wodospad - Latefossen. Jest podwójny i niezwykły - na pewno warto się przy nim zatrzymać.


W informacji turystycznej w Eidfjord (w każdym regionie warto odwiedzić przynajmniej jedną informację turystyczną, bo dają mapki z kempingami i trasami) dostaliśmy listę tras. Jako że jeszcze leczyłam zakwasy po Pulpit Rock zdecydowaliśmy się na krótką trasę, którą, jak to powiedziała nam miła pani w informacji turystycznej, w klapkach w ramach niedzielnego spaceru przechodzą norweskie dzieci. Ze wstydem przyznaję, że w takim razie norweskie dzieci mają więcej pary i umiejętności niż ja, bo skakanie po kamolach w moich górskich butach nastręczyło mi nie lada trudności. Ale za to widok wodospadu, szczególnie w połączeniu z tęczą  był tego wart. Nauczka jednak była - trzeba dokładnie czytać mapki ;) Na drugą wycieczkę - po płaskowyżu Hardangervidda wybraliśmy się już przygotowani lepiej - w kijki, kurtki itp. Okazało się co prawda, że jak sama nazwa wskazuje jest to płaskowyż, więc za dużo się nie namęczyliśmy, ale kurtki się przydały. Szczególnie jak trafiliśmy na śnieg :) Jedyne, co zawiodło, to renifery, które powinny biegać po równinie całymi stadami. Stado widzieliśmy, ale owiec. Cóż, wszystkiego mieć nie można ;)





Z Eidfjord udaliśmy się do Bergen i muszę przyznać, że było to pierwsze duże miasto norweskie, które mnie zachwyciło. Ok. może samo Bergen nie do końca, ale dzielnica Bryggen, z której Bergen słynie, już bardzo. Oprócz przejścia się starymi uliczkami i obejrzenia kamieniczek warto zajść na targ rybny i spróbować norweskich specjałów. Nie pamiętam już na co się zdecydowaliśmy, ale na pewno było to pyszne :)



Z Bergen pognaliśmy do Hellesylt, starego portu wikingów, położonego nad fiordem Geirangenfjord. Po jedynej nocy w chatce (lało, nie dało się niestety rozstawić namiotu na podmokłej ziemi) przepłynęliśmy promem do miejscowości Geiranger. Przeprawa trwała jakieś 2 godziny, ale wszyscy na pokładzie spędzili ją w pozycji stojącej, unosząc coraz wyżej aparaty i próbując złapać jak najwięcej ujęć rozmaitych wodospadów (o pięknych nazwach jak Welon Panny Młodej czy też Siedem Sióstr) oraz wysokich gór. Samo miasteczko Geiranger jest maleńkie, ale prześlicznie położone u stóp wysokich gór. Na przepięknym kempingu tuż przy wodzie spędziliśmy 3 dni, rozkoszując się słońcem, widokami i długimi wyprawami. Jeśli do tego dorzucimy świetnie zaopatrzony sklep z różnymi mięsami i rybami i zgrabnie połączymy to z grillem, którego mieliśmy ze sobą - cóż chyba nie muszę tłumaczyć, czemu postanowiliśmy zabawić na miejscu nieco dłużej.




Opuszczając Geiranger (kierując się na północ) sądziłam, że najpiękniejsze widoki mamy już za sobą. Ale Norwegia jeszcze tego samego dnia pokazała mi, co sądzi o takiej obrazie i sprawiła, że szczęka opadła mi jeszcze niżej. Panie i Panowie - witamy na trasie Trollstigen. Tak, Droga Trolli (tyle właśnie znaczy Trollstigen) potrafi wbić w fotel czy w ziemię (zależy czy człowiek ogląda ją z samochodu czy z ziemi). Wybierając ją, załóżcie naprawdę duży zapas czasowy, bo średnio co kilka km będziecie się zatrzymywać, żeby zrobić zdjęcia. I nie chodzi tylko o kawałeczek słynnego krętego przejazdu. W zasadzie sam kręty zjazd w dół to już tylko kwiatek do kożucha. Widoki wcześniejsze - jeziora, czarne skały, białe czapy śniegu, łąki i góry - zapierają dech w piersiach. Szkoda, że zdjęcia tego nie oddają :(





Z Trollstigen udaliśmy się do gór Dovre, które krętymi i malutkimi drogami, wśród śniegów i ukwieconych polan, poprowadziły nas prosto do Trondheim. Trondheim niegdyś było stolicą Norwegii (nazywało się wówczas Nidaros) i słynie głównie ze ślicznych uliczek oraz imponującej katedry z czasów średniowiecza. Wygląda trochę, a w zasadzie bardzo podobnie do Katedry Notre Dame w Paryżu. Dodatkowo obok Katedry znajduje się muzeum, w którym mieszczą się między innymi regalia królewskie i im również warto chwilę poświęcić. Generalnie pół dnia na zwiedzanie Trondheim nie jest w żadnym razie stratą czasu, a wręcz może być całkiem przyjemne. Osobiście uważam, że poza Bergen to jedyne miasto, które zasługuje na zainteresowanie (Oslo raczej nie zasługuje, a Narwik, do którego zaraz dojdziemy, nie zasługuje na pewno).



Z Trondheim udaliśmy się w kierunku Narwiku. Niby niedaleko - 800 km - a przejazd zajął nam 3 dni. Wszystko przez odbicie w miejscowości Mosjoen na drogę RV 78, która idzie nad morzem, a nawet dość mocno o nie zahacza (kawałek trasy trzeba przebyć na promie, w tym punkt Koła Polarnego). I znowu będę monotematyczna - widoki powalają. Dodatkowo twardziele (czyli np. ja ;) mogą pomoczyć nóżki w zimnym Morzu. Bardzo zimnym. Lodowatym. No dobra, średnia to przyjemność, ale przynajmniej można sobie potem poprawiać samoocenę, chwaląc się tym na prawo i lewo. Co niniejszym czynię ;) W końcu - skromność to moje drugie imię, czyż nie ? ;) Na główną trasę wróciliśmy w miejscowości Mo i Rana.






Wracając do trasy - warto się poświęcić i przejechać do Narviku, choć sam Narwik jest bardzo przereklamowany. Brzydkie, małe miasteczko, którego brzydotę podkreślił dodatkowo padający deszcz i zimny wiatr. Z drugiej strony ma bardzo ciekawą historię - w czasie II wojny światowej Narwik miał strategiczne znaczenie dla obu stron konfliktu (trasa wyjazdowa dla minerałów wydobywanych w pobliskich szwedzkich kopalniach), w 1940 walczono więc o niego zajadle. Nasza polska Brygada Strzelców Podhalańskich u boku Norwegów i Brytyjczyków walczyła dzielnie przez długi czas, ale niestety finalnie poległa. Niemniej Norwegowie do dzisiaj pamiętają o tym. Cała historia pokazana jest w Muzeum II wojny światowej, które bardzo polecamy.

Szybko zwiedziliśmy, co się dało i ruszyliśmy na wschód, do Szwecji. Ale to już zupełnie inna historia, na kolejną opowieść.



Co najbardziej zachwyciło mnie w Norwegii? Chyba to, że piękno można tam znaleźć za każdym zakrętem. I to dosłownie. Jedzie się zatem z nogą na hamulcu, bo może się zawsze okazać, że za następnym zakrętem będzie wielki, podwójny wodospad albo przecudne jezioro, albo ogromna łąka pełna kwiatów. Nigdy nie wiesz kiedy na drogę wybiegnie ci renifer albo zając czy też czy parking, na którym zatrzymasz się, że trochę rozprostować nogi, nie będzie miał takich widoków, że zamiast robić kawę na kuchence turystycznej, będziesz ganiał wokół z aparatem i wielkim uśmiechem na ustach. Przejazd przez Norwegię jest jak ciągłe Boże Narodzenie - każdego dnia dostajesz od natury jakiś prezent w postaci wielgachnej góry, majestatycznych skał, cudownego fiordu czy gigantycznego wodospadu, którego nie ma nawet w przewodniku czy na mapie. Kempingi to kolejna część tej niespodzianki - kiedy rano wywlekasz się z namiotu i przed sobą widzisz piękną rzekę, ukwieconą łąkę, a w oddali zaśnieżone szczyty gór masz ochotę po prostu usiąść i dalej już nie jechać. Bogowie naprawdę musieli mieć świetny humor w dniu, w którym tworzyli ten zakątek świata.

Cóż więc pozostaje? Stanąć nad fiordem i zapytać głośno: są tu jakieś palmy? Nie, ale też jest zajebiście :)

PS
Po długiej walce ze zdjęciami udało mi się wybrać te najpiękniejsze (tutaj). Oprócz Norwegii widać na nich również dalszą część naszej trasy; Szwecję, Finlandię oraz kraje Bałtyckie (Litwa, Łotwa, Estonia).

Komentarze

  1. Super, świetnie opisana podróż po Norwegii, chociaż nie ma palm. W całym Waszym blogu widać, że pisanie to Wasze drugie ja.. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Drugie, pierwsze - kto by tam liczył ;) Dziękujemy :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Łączna liczba wyświetleń