Piękne oblicze Cejlonu
Tanie zwiedzanie Australii
Indonezyjskie Bali
Tajlandia - Koh Lanta
Komodo - warany i nie tylko
Langkawi jak z pocztówki
Indonezja - Wyspy Gili
Siquijor - wyspa ognia
Anda - nieodkryta perła Boholu
Australia - Great Ocean Road

Słoneczna Martynika, czyli Karaiby w pełnej krasie vol. 1

Za oknem w Polsce niczym niewyróżniające się jak na tę porę roku -10 do -5 stopni Celsjusza. Na samo wspomnienie dni, kiedy na termometrach pojawiło się niechrześcijańskie -15 stopni i mniej (choć to też w sumie nie takie dziwne jak na naszą strefę klimatyczną) robi mi się zimno i odruchowo podkręcam termostat w kaloryferze. Przeskoczenie jednej europejskiej zimy spowodowało, że człowiek odzwyczaił się od chłodu i przyzwyczaja się ponownie w wielkich bólach. W takich momentach nic nie działa tak kojąco na zziębnięte członki (dobra, nic poza podkręconym na maksa grzejnikiem, ciepłym kocem, wełnianymi skarpetami, kubkiem grzanego wina ze świeżym imbirem, etc.) niż wspomnienie zimy w tropikach. Tym razem sięgamy jednak pamięcią trochę ponad 7 lat wstecz, do grudnia 2009 roku, kiedy to narodziła się nasza wielka miłość... Ha, mam Was, niepoprawni romantycy. To nie jest wpis walentynkowy. Mam na myśli naszą miłość do tego, co tropikalne, odległe i egzotyczne.




Nie oznacza to, że wcześniej nie widzieliśmy na oczy palmy (i nie mam na myśli popularnych w latach 80-tych domowych palm doniczkowych), ale był to pierwszy wyjazd w środku polskiej zimy, parę tysięcy kilometrów od domu, z dala od najpopularniejszych kierunków turystycznych i bez zdobywającego już wtedy popularność "all inclusive". Ten zachwyt w naszych oczach należałoby po prostu zobaczyć, żeby zrozumieć, dlaczego jedne trybiki w głowach się poprzestawiały, inne zazębiły, a my przyczepiliśmy sobie samodzielnie etykietę obywateli świata i ciepłolubów.

Co w ogóle sprowadziło nas na Karaiby? Znajomy zajmujący się czarterem jachtów (i wielki pasjonat żeglarstwa) postanowił zorganizować na własną rękę rejs w tamtych okolicach, głównie dla bliższych i dalszych znajomych Królika. Jedyne skojarzenia, jakie wówczas mieliśmy na temat regionu, to rum i piraci, ale wrzucenie w Google zapytania o zdjęcia z Małych Antyli (konkretnie Wyspy Nawietrzne), zwanych również Indiami Zachodnimi, bo to one były celem naszej podróży, przekonały nas całkowicie. Udało nam się przemieszczając się katamaranem, wynajętym autem i na własnych nogach zobaczyć wiele cudnych miejsc zarówno na Martynice, Saint Lucii i w kraju o wdzięcznej nazwie Saint Vincent i Grenadyny. Żałujemy tylko, że nie dotarliśmy do San Escobar, ale wtedy chyba tylko jedna osoba na świecie wiedziała, że taki kraj istnieje... ;) 

Dziś opowiemy o wrażeniach ze słonecznej Martyniki oraz o tym, co na niej warto zobaczyć. Martynika to bardzo ciekawa pod wieloma względami wyspa. Przede wszystkim z powodów polityczno-administracyjnych. Ponieważ jest departamentem zamorskim Francji, jest integralną częścią tego kraju, z własną reprezentacją we francuskim parlamencie, euro jako walutą obowiązującą, ruchem bezwizowym dla mieszkańców UE (ba, można tam wjechać na dowód osobisty, nie trzeba mieć nawet paszportu!), prawostronnym ruchem na drodze, dużymi francuskimi sieciami handlowymi jakie znamy z Polski (np. Carrefour) i stawkach roamingowych jak w Unii Europejskiej. Taka UE w egzotycznym wydaniu, gdzie życie toczy się ciut wolniej w palących promieniach słońca (za wyjątkiem dni, kiedy leje albo przetacza się właśnie huragan). Niektórych być może zainteresuje fakt, że to Martynika wydała na świat pierwszą żonę Napoleona, a tym samym Cesarzową Francji, Józefinę. Martynika, podobnie jak wiele innych terytoriów Nowego Świata, została odkryta przez Krzysztofa Kolumba podczas jego czwartej podróży do Ameryki w 1502 roku i przez niemalże cały czas od odkrycia dla "naszego" świata pozostaje pod rządami Francji.

Bramą wjazdową dla przybywających z Europy jest międzynarodowe lotnisko Aimé Cesaire w Le Lamentin, nieopodal stolicy wyspy, Fort-de-France. Regularne połączenia z Paryżem zapewnia Air France i Air Caraibes. Na wysokości lotniska wyspa ma zaledwie 30 km szerokości, a lotnisko jest po stronie zachodniej, więc nerwowe osoby mogą pomyśleć, że pilot, który minął wyspę, żeby ustawić samolot do przyziemienia, zapomniał wylądować :) Potem szybka kontrola graniczna (machając dowodem osobistym - skoro można) i można zacząć umierać z gorąca i duchoty po wyjściu z budynku terminala. Szczególnie jeśli leciało się w grudniu z zimnej Europy w ciepłych ubraniach. Tak, to była pierwsza lekcja, kiedy nauczyliśmy się, że do bagażu podręcznego należy zabierać szorty i t-shirt i przebrać się jeszcze na pokładzie samolotu, albo na lotnisku tuż po wylądowaniu.

Taksówki zabrały nas do Le Marin, największej mariny i centrum czarteru jachtów na południu wyspy. Nie spędziliśmy na Martynice dużo czasu - w planach było wiele innych miejsc i przede wszystkim rejs katamaranem - ale wystarczająco, by zobaczyć to, co warte zobaczenia, zachwycić się ciekawą mieszanką europejsko-kreolskiej kultury i stylu życia, posmakować francusko-karaibskiej kuchni i gościnności.

Zwiedzanie wyspy najwygodniej uskuteczniać wynajętym samochodem. Ruch jest cywilizowany (chociaż duży - korki są sporym problemem), wypożyczalnie łatwo dostępne i w przystępnych cenach. Jako, że znajdujemy się we Francji, polskie prawo jazdy w zupełności wystarcza. Warto zwrócić tylko uwagę na to, że Martynika jest wyspą górzystą (najwyższy szczyt - Mount Pelee - wznosi się na wysokość 1397 m.n.p.m.) i małe autko z niedużym silnikiem, załadowane pasażerami po brzegi, może mieć pewne problemy z wciągnięciem pod górkę... Jeśli więc ma nim jechać kilka osób, to warto dołożyć parę euro do wynajęcia czegoś mocniejszego, żeby nie spowalniać ruchu i nie stresować się, wciągając pod górę na drugim biegu ;)

Zatem w drogę! Z przystankami co najmniej w tych miejscach:

Fort-de-France - stolica, liczące trochę ponad 80 tys. mieszkańców miasto z charakterem. Najbardziej charakterystyczne miejsca to fort Saint Louis, który jest siedzibą bazy francuskiej marynarki (choć w części obiektu urządzone jest także muzeum dostępne dla zwiedzających), biblioteka - jeden z najładniejszych budynków w stylu kolonialnym, katedra Saint-Louis, "wielki rynek", czy bazylika Sacré-Coeur de Balata, będąca repliką paryskiego Montmartre. Oprócz tego wąskie, kolorowe uliczki i możliwość podejrzenia codziennego życia mieszkańców - uśmiechniętych, szczęśliwych, ubranych w pstrokate stroje, wyluzowanych. Od mieszkańców całej wyspy bije zresztą mnóstwo pozytywnej energii. Na rynku lub od ulicznych sprzedawców można kupić świeże owoce, warzywa i przyprawy, miasto jest też dobrym miejscem, by spróbować świetnej lokalnej kuchni. To unikalna mieszanka kulinarnych akcentów kuchni kreolskiej i francuskiej. Oczywiście jest w niej dużo owoców morza - świeżych i smacznie przyrządzonych. No i prawie każda restauracja będzie w stanie zaserwować porządną francuską bagietkę. Jakaż to odmiana po azjatyckim ryżu...

© Agnieszka Karakulska
© Agnieszka Karakulska

© Agnieszka Karakulska
© Agnieszka Karakulska

© Agnieszka Karakulska
© Agnieszka Karakulska
© Agnieszka Karakulska
Jardin de Balata - przecudny ogród botaniczny zlokalizowany ok. 10 km. od Fort-de-France, z dużą ilością tropikalnej flory i możliwością pooglądania z bliska żerujących kolibrów. Zlokalizowany na wzniesieniach, z pięknym widokiem na zatokę w okolicy Fort-de-France. Warto poświęcić czas na wizytę w tym miejscu.



© Agnieszka Karakulska

© Agnieszka Karakulska

Saint-Pierre - była stolica Martyniki, miasto niegdyś błyszczące świetnością, zwane Paryżem Karaibów, lokalna potęga kulturalna i ekonomiczna - do momentu starcia z powierzchni ziemi przez erupcję wulkanu Mount Pelee w 1902 roku. Wybuch wulkanu pozbawił życia całe miasto i okolice - 28 tys. osób, przy życiu pozostały zaledwie dwie osoby, w tym dość słynna postać więźnia, którego ochroniły mury więzienia. Dziś Saint-Pierre jest niewielkim miasteczkiem, swoistym memento dla potęgi natury, z ruinami symbolizującymi dawną wielkość miasta i muzeum wulkanu.





Sainte Anne - południe wyspy i centrum życia turystycznego - w dużym skrócie, wyczerpując jednocześnie opis miejsca :) Z najsłynniejszą plażą Les Salines. A jeśli ktoś lubi bardziej rozbudowane opisy to podpowiemy, że znajdzie tu mnóstwo hoteli, barów, restauracji, złoty piasek, lazurową i ciepłą wodę, dużo słońca, palmy, gorącą atmosferę, najlepszy rum, piękne panie i przystojnych panów, sporty wodne, błogie odprężenie, drinki z palemką, leżaczki przy plaży - dobra, sam siebie przekonałem. Lecę!



Przy okazji: jeśli ktoś nie dowierzał, kiedy w poście o orangutanach z Borneo pisałem, że z tymi sympatycznymi naczelnymi dzielimy 96,4% DNA, to jedno z powyższych zdjęć rozwiewa chyba wszystkie wątpliwości. Nie, nie wstydzę się. Natury nie oszukasz ;) Chociaż stopy nie takie chwytne...

Jak zwykle podkreślamy, że zamiast trzymać się sztywno planu podróży i "zaliczać" opisywane w przewodnikach punkty, warto pójść za głosem swojego serca, wczuć się w lokalny rytm i podczas objazdu wyspy zatrzymać tam, gdzie ładnie i fajnie, w taki nasz własny, subiektywny sposób. Przespacerować się uliczkami z kolonialną zabudową, wejść do tropikalnej dżungli, zgubić się w gąszczu bananowców, poleżeć na złotym piasku pod rozłożystą palmą (uwaga na spadające kokosy), zanurzyć głowę w słonej wodzie Morza Karaibskiego, wybrać się na targ i kupić świeżo zerwane awokado czy sprasowane kakao z lokalnej plantacji. Porozmawiać z ludźmi, którzy są bardzo przyjaźni wobec turystów. To właśnie na lokalnym targu pewna pani sprzedająca z niewielkiego koszyka zerwane w swoim ogródku awokado nauczyła mnie jak rozpoznać, które z nich będzie dobre do jedzenia dziś, które jutro, a które poleży trzy dni. Proszę się więc nie oburzać, jeśli widzicie mnie w sklepie obmacującego awokado. Inaczej się nie da. To nie to samo co ugniatanie paluchem bułek żeby sprawdzić, czy są świeże...


Nie zapominajmy też, że Karaiby to także uprawa trzciny cukrowej; tam, gdzie jest dużo trzciny cukrowej, pojawiają się też destylarnie rumu, a rum z Karaibów cieszy się zasłużoną renomą. Ten logiczny wywód miał Was zachęcić do spróbowania paru gatunków o różnej barwie, sile i smaku, pochodzących nie tylko z Martyniki, ale także pobliskich krajów. Jeden z gatunków rumu z sąsiedniego Barbadosu, o bardzo oryginalnej nazwie, szczególnie przypadł do gustu naszej wesołej grupce:


Pamiętam, że po powrocie do Polski chcieliśmy usilnie nabyć buteleczkę tego specyfiku w sklepie typu alkohole świata. Z tym że po zadaniu pytania, czy dostanę Mount Gay Rum sprzedawczyni popatrzyła na mnie dziwnie i zapytała, czy jaja sobie robię... Nie mieli (chociaż od tamtej pory już parę razy trunek rzucił mi się w oczy).

Oczywiście z tym rumem to tak lepiej bardzo ostrożnie, bo w tropikalnym klimacie już jedna porcja może zaszumieć w głowie jak w słowach dość znanej piosenki "Morskie opowieści".

A skoro o morskich opowieściach mowa, to już teraz zapowiadamy ciąg dalszy relacji z karaibskiej wyprawy na pokładzie katamaranu, z jeszcze wyższym poziomem "rajskości" w raju ;) Stay tuned!


Komentarze

  1. Następnym razem dopłyniemy do San Escobaru, choćby nie wiem co!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super! Ja ogarnę plan zwiedzania na lądzie, Wydra wyhaftuje banderę (bo i tak przez pierwsze trzy dni rejsu nic innego nie robi...), a Witold załatwi kanałami dyplomatycznymi pozwolenie na pobyt. Sounds like a plan :)

      Usuń
    2. To prawda, mogę zorganizować taką banderkę w 3 dni- a nawet w 3 kolorach jak będziesz stał w kambuzie ;)

      Usuń
  2. Pamiętasz jak mały w tym czasie Konrad prosił, żeby zabrać go do Karaibów"?

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Łączna liczba wyświetleń