Island Hopping na Langkawi

W trakcie naszego dwumiesięcznego pobytu na Langkawi mieliśmy szczęście spotkać kilkoro Polaków (pozdrawiamy!), którzy podzielili się z nami swoimi wrażeniami z wakacji na wyspie. W ich opowieściach niepodzielnie królowała wyprawa na island hopping – czterogodzinna wycieczka na 3 pobliskie wyspy, które urzekają widoczkami. Co prawda chwilę nam to zajęło, ale w końcu i my zdecydowaliśmy się na relaks na takiej wycieczce. Z relaksem było różnie (Azja bez niespodzianek nie byłaby Azją), ale obiema wydrzymi łapkami podpisuję się pod opinią na temat widoczków.


Zorganizowanie sobie takiej wycieczki jest bardzo proste: wystarczy wpaść do jednego z licznych biur turystycznych mieszczących się wzdłuż ulicy przy plaży Pantai Cenang. Wszystkie biura oferują taką samą wycieczkę, choć ceny są różne. My zdecydowaliśmy się, idąc za radą znajomych, na opcję biura mieszczącego się przy hotelu AB. Ze względu na tzw. niski sezon (czyt. oficjalnie ciągle pada i nie ma pogody) ceny wycieczek są ciut niższe, nasza kosztowała 25 RM od osoby. W ramach tej opłaty dostaliśmy transfer spod biura podróży na wybrzeże, gdzie czekała łódka, wycieczkę na 2 wysepki plus miejsce dogodne do obserwacji orłów. Wycieczka trwa pół dnia,z czego sporo czasu spędza się na nabrzeżu, czekając na łódkę, warto zatem zabrać ze sobą sporą dozę cierpliwości i pamiętać, że to po pierwsze Azja, a po drugie wycieczka grupowa. Nam cierpliwości starczyło na czekanie na łódkę, ale w trakcie wycieczki okazało się, że zabrana „doza” to za mało, ten temat jednak rozwinę później.

O wyznaczonej godzinie (8:30) stanęliśmy pod biurem. Po chwili podjechał lekko zdezelowany busik, do którego poza nami wskoczyło jeszcze kilka innych osób. Niecałe 10 minut przejazdu na nabrzeże i oto stanęliśmy w wielkim tłumie (wszystkie biura podróży zwożą klientów w jedno miejsce) na niewielkiej plaży. Organizacja, jak to bywa w takich sytuacjach, dość słaba. Nie wiadomo co robić i gdzie iść. Co chwilę pojawiał się ktoś, krzycząc nazwę biura podróży (niewyraźnie dość, dużo lepiej sprawdziłyby się na pewno tabliczki) i próbował z tłumu wyłowić osoby, które w danym biurze wykupiły wycieczkę. A busiki w międzyczasie zwoziły kolejnych klientów. W końcu i na nas przyszedł czas, razem z kilkoma innymi osobami usadowiliśmy się w łodzi motorowej.



Ruszyliśmy ze sporą prędkością. Obok Łukasza siedziała pani, której twarz dość szybko przybrała zielony kolor. Ja zwykle też cierpię na chorobę morską, miałam dla niej zatem dużo sympatii; żeby jednak samej uniknąć podobnych problemów zaczęłam oglądać naszych współtowarzyszy podróży. Naprzeciwko mnie siedziało kilka pań różnych azjatyckich narodowości. Jakież jednak było moje zdumienie kiedy zauważyłam, że żadna z nich nie ma ogolonych nóg. Hmm, trend naturalny ewidentnie dotarł do Azji (a może tu się rozpoczął, nie wiem), w każdym razie choć to może niepopularne i powinnam trzymać się własnych słów o nieocenianiu innych, pozwólcie, że wyrażę moją opinię: włochatym nogom mówię nie. Nie wygląda to najlepiej, a właściwie dość słabo. Mam nadzieję, że ten trend się jednak za bardzo nie przyjmie. Chyba za bardzo przyzwyczaiłam się do odpowiednio przygotowanych na lato nóg, żeby mi się podobał. No po prostu nie.

Widoczki w międzyczasie robiły się coraz bardziej urokliwe, wysokie strzeliste skalne wyspy, porośnięte zieloną dżunglą co rusz pojawiały się na horyzoncie. Trochę to przypominało wyprawę z Phuket na wyspę Jamesa Bonda. Niestety ze względu na prędkość motorówki i dużą ilość wody, chlapiącej na wszystkie strony, nie udało nam się zrobić zdjęć po drodze, czego bardzo żałuję.


Po mniej więcej 20 minutach dotarliśmy do pierwszej wyspy Dayang Bunting (Pulau Danyang Bunting czyli w skrócie wyspy Ciężarnej Dziewicy). Jest to druga największa wyspa wokół Langkawi, a jej największą atrakcją jest słodkowodne jezioro o wdzięcznej nazwie Tasik Dayang Bunting czyli Jezioro Ciężarnej Dziewicy.


Legenda mówi, że niesamowicie przystojny Malaj Mat Teja zakochał się z wzajemnością w pięknej księżniczce Mambang Sari. Pobrali się i urodził im się syn. Niestety dziecko zmarło. Zrozpaczeni rodzice oddali ciało syna wodom jeziora i od tego dnia wszystkie młode damy, chcące zajść w ciążę przybywają na wyspę, bowiem kąpiel w jeziorze wpływa pozytywnie na ich płodność. Wiara w moc jeziora jest ponoć bardzo silna wśród lokalnej społeczności, tym bardziej że skały wokół niego układają się ponoć w kształt leżącej ciężarnej kobiety (ja tego niestety nie zauważyłam, z drugiej strony będąc w Zakopanem parę lat temu Nosala znaleźć nie potrafiłam, może zatem brakuje mi iskry, żeby dostrzec pewne rzeczy:)


Zarówno wyspa jak i otaczające ją wody są częścią  parku narodowego o nazwie Dayang Bunting Marble Geoforest Park. Jest to jeden z trzech parków narodowych Langkawi, ze wspaniałymi formacjami wapiennymi, jaskiniami oraz dżunglą. Wejście kosztuje 5 RM dla osób dorosłych i 3 RM dla dzieci, nie jest wliczone w cenę wycieczki. Po kupnie biletów ogrodzoną barierkami ścieżką ruszyliśmy w kierunku jeziora. Krótkie podejście pod górę, dość ostre zejście w dół i oto stanęliśmy nad dużym jeziorem. W jeziorze można się kąpać (wymagane użycie kapoka), można również popływać na kajakach czy też rowerach wodnych w różnych kształtach np. łabędzia.


My zdecydowaliśmy się na czwartą opcję: chwilę moczenia nóg w jeziorku a następnie krótkie przejście ścieżką wzdłuż jeziora na punkt widokowy zwany Miracle Point (stojąc na skale z jednej strony widzi się morze, z drugiej zaś jezioro). Przejście w dwie strony zajmuje jakieś max pół godziny i jest bardzo przyjemne. Sam punkt widokowy nie jest może niczym specjalnym, ale możliwość krótkiego nawet przejścia wzdłuż jeziora, w chłodnym wiaterku, pod starymi drzewami, na pewno jest warta rozważenia.


Na wyspie można spotkać sporo różnych zwierząt, z czego najszybciej oczywiście wszędobylskie małpy. A jak ktoś ma farta to również dziką świnię :)


Po godzinie zgodnie z ustaleniami stawiliśmy się na miejscu zbiórki. Pamiętacie co pisałam na temat tego, że wycieczka trwa pół dnia? W zasadzie trwa 4 godziny, max do 13. Bardzo dużo zatem zależy od tego czy grupa sprawnie się zbiera po kolejnych atrakcjach. Nasza się nie zbierała. Na początku byliśmy tylko my i trójka Malezyjczyków. Po pół godziny (całą piątką zaczęliśmy już marudzić) łaskawie zjawiły się trzy Chinki. Na nasze zwrócenie im uwagi, że chyba trochę się spóźniły, wzruszyły radośnie ramionami. Grrr. Ale to nie koniec, bo brakowało jeszcze 8 osób. 45 minut po czasie nasz „kierowca” zdecydował, że płyniemy na następne atrakcje i ruszył, zostawiając całą grupę. Z jednej strony to słabe - zostawić grupę. Z drugiej w łódce miał 5 osób, które siedziały od 45 minut wściekłe jak osy, że tracą czas plus 3 obrażone, że ktoś zwrócił im uwagę. Wybrał mniejsze zło. I dobrze, że jeszcze moment i przejęlibyśmy jego łódkę ;) Oczywiście pokojowo ;)


Kolejnym punktem na naszej trasie były orły. Wygląda to mniej więcej tak: łódki zatrzymują się przy wyspie Singa Besar (Wyspa Wielkiego Lwa), ktoś zaczyna wrzucać jedzenie dla orłów do wody i ptaki, nauczone już tego, krążą nad wodą wyłapując pokarm.


Przypomniało nam to trochę wyprawę na Balikasag Island na Filipinach (tutaj) i ściganie delfinów, z całą pewnością jednak widok był wspaniały. Wielkie, majestatyczne ptaki opadające co chwilę do wody, żeby złapać jedzenie. Szkoda, że nie udało nam się zrobić ani jednego dobrego zdjęcia :(


Ale cóż, po 2 minutach uznaliśmy, że zamiast patrzyć na ptaki przez aparat, lepiej robić to własnymi ślepkami i skupiliśmy się na obserwacjach. Jeśli chcecie zobaczyć orły, zapraszamy na Langkawi :)
Trzecim, a zarazem ostatnim punktem naszej wycieczki była wyspa Beras Basah (wyspa Mokrego Ryżu), która słynie ze ślicznej plaży.


Plaża, nie powiem, całkiem ładna (choć na samym Langkawi jest parę ładniejszych), za to niestety dość mocno brudna (śmieci).


Niemniej z przyjemnością przeszliśmy się wzdłuż brzegu, znajdując parę skarbów, jak np. hamak wiszący na drzewie tuż nad wodą czy też mamę makaka, karmiącą w uroczy sposób swojego malucha. Dla uniknięcia wątpliwości: maluch-makak jest na trzecim i czwartym zdjęciu ;)


Na wyspie jest mały bar, w którym można po dość wysokich cenach kupić sobie jakieś przekąski, trzeba jednak bardzo uważać na małpy, które radośnie podbiegają i kradną biednym turystom co tylko mogą (picie, chipsy, słodycze). Można również skorzystać z różnych atrakcji w rodzaju skutery czy też pływanie na bananach, ciągniętych za motorówką.


Powoli sobie spacerując, spędziliśmy kolejną godzinkę i koło 13 wskoczyliśmy z powrotem do naszej łódki. Jeszcze tylko szybki skok na pierwszą wyspę, skąd zabraliśmy naszych „spóźnialskich” i ruszyliśmy do domu.


Sama wycieczka była naprawdę bardzo ciekawa. Formacje skalne, wysepki, które ogląda się płynąc na poszczególne wyspy są przepiękne i z całą pewnością warte zobaczenia. Szczególnie jeśli nie miało się wcześniej okazji być w Krabi czy na wyspach w okolicach Phuket. Jeziorko jest urocze, a orły majestatyczne i wspaniałe. Ostatnia wysepka ze względu na brud trochę odstrasza, ale można ją obejrzeć. Być może to my trafiliśmy (po ostatnich burzach) na sporą ilość śmieci wyrzuconych na brzeg przez fale, stąd nasza percepcja. Wszyscy nasi rozmówcy podkreślali, że ostatnia wysepka była super i że chętnie zostaliby na niej dłużej, może więc mieli więcej szczęścia w kontekście czystości. Jeśli zatem wybierzecie się na Langkawi, rozważcie tą wycieczkę. Nam się podobało. Mimo tego, że wymagała dużo cierpliwości. A nie mieliśmy jej w zapasie. Niestety.

PS
Na wycieczce można spotkać również celebrytów. My spotkaliśmy jednego (tak sądzimy), któremu wszyscy robili zdjęcia. Zrobiliśmy i my. Nie wiemy komu, ale w myśl zasady, że tłum ma rację czy też chwytaj chwile. A może to było jakieś inne przysłowie. Nieważne :)




Komentarze

Łączna liczba wyświetleń