Sos Rohingya

Jedna z najbardziej prześladowanych na świecie narodowości potrzebuje pilnie Twojej pomocy. Włącz się w naszą akcję charytatywną #500kmTrekkinguDlaRohingya i przekaż darowiznę na rzecz pomocy Rohindżom, która organizowana jest na miejscu przez Polską Akcję Humanitarną. Poznaj szczegóły klikając w baner

Siquijor - wyspa ognia

Kiedy hiszpańska ekspedycja, którą kierował Miguel López de Legazpi, dotarła w 1565 roku do wybrzeży wyspy Siquijor, oczom żeglarzy ukazały się drzewa molave, których korony rozjarzone były tysiącami świetlików. Hiszpanie nazwali wyspę Isla del Fuego (Wyspa Ognia), a nazwa ta pozostaje aktualna do dzisiaj, nie tylko ze względu na świetliki, ale całą magiczną atmosferę Siquijor, ponieważ miejsce to określane jest także jako wyspa magii, szamanów, uzdrowicieli, albo - jak uważa wielu, którzy mieli szansę zobaczyć ją na własne oczy - po prostu raj na ziemi.
Witamy na Siquijor!

Długo zastanawialiśmy się na początku lipca, czy jechać na Siquijor. Obawialiśmy się, że pora deszczowa pokrzyżuje nam plany i utkniemy na małej wyspie w strugach deszczu. Może lepiej zostać na dłużej w pobliżu Dumaguete na Negros? Ta myśl akurat szybko wyparowała nam z głowy po tym, jak przez dwa dni pokręciliśmy się po tym mieście. Zbyt tłoczno i chaotycznie, zbyt zanieczyszczone powietrze. Ot, tylko i aż prowincjonalne miasto na Filipinach.
Biała magia (albo modły szamana) wstawiła się jednak za nami, pogoda dopisała, a my nie wyobrażamy sobie teraz, że na Siquijor mogłoby nas nie być. Urzekło nas wszystko - piękne krajobrazy: morze, góry, plaże; spokojny rytm życia, przemili i pomocni nieznajomi ludzie oraz ci, z którymi mieliśmy okazję poprzebywać dłużej.
Siquijor (wymiane jako "si-ki-hor") to nieduża wyspa położona w regionie Visayas. Z całkowitą powierzchnią ok. 340 km2 i linią brzegową o długości 102 km tworzy trzecią najmniejszą prowincję na Filipinach. Zamieszkuje ją niecałe 100 tys. mieszkańców, a największe skupiska ludności tworzą miasta: Larena, Siquijor, San Juan, Lazi, Maria i Enrique Villanueva. Oprócz tego ponad setka mniejszych wiosek (barangay), rozsianych zarówno wzdłuż wybrzeża jak i w górach.
Jaki jest sposób na poznanie, co wyspa ma do zaoferowania? Oczywiście zwiedzanie własnym środkiem transportu. Tak więc tym razem wynajęliśmy motocykl na cały okres pobytu i ruszyliśmy odkrywać to, co najlepsze. Przyjemność ta jest dużo tańsza niż w naszym wcześniejszym miejscu pobytu. Motocykl na miesiąc można wynająć za 3.500-4.000 peso (280-320 zł), a daje naprawdę dużą swobodę w poruszaniu się po wyspie.

Swoją drogą, na Siquijor mieliśmy pierwszą "rutynową" kontrolę przeprowadzoną przez policję. Pan zainteresowany był głównie prawem jazdy. Wyszło dość zabawnie: podałem międzynarodowe prawo jazdy. Policjant otworzył książeczkę i mówi: "Nic nie rozumiem". "Może to dlatego, że otworzył Pan na stronie w języku francuskim? Po angielsku byłoby łatwiej" - po tej odpowiedzi policjant rzucił tylko okiem na datę ważności i kazał jechać dalej. Nie było się czego doczepić, nawet w kaskach jeździliśmy (podobno kask jest obowiązkowy dla kierowcy), chociaż na palcach jednej ręki można policzyć osoby, które na Siquijor używają kasków.
O najciekawszych atrakcjach:

Wodospady to jeden z symboli górzystej wyspy. Krystalicznie czysta, chłodna górska woda zachęca do schłodzenia się po przejazdach w spiekocie słońca. Wodospadów jest mnóstwo. Mniej lub bardziej znanych, mniej lub bardziej dostępnych. Zaledwie "poglądowa" mapa wyspy nie jest precyzyjna, ale zawsze można zapytać o drogę miejscowych. Chętnie pomagają.


Dla odważnych (przyznaję, nie dla mnie, nie wiem zresztą co by na to powiedział nasz ubezpieczyciel) pozostają skoki z góry do głębokiej wody w "basenie" wodospadu. Amatorów takich widowiskowych akrobacji jak na zdjęciu poniżej było zresztą sporo. Mówiąc szczerze podziwiałem z zazdrością zwinność tych, którzy wspinali się po mokrej i śliskiej skale.
Plaże - zarówno "zwyczajne" (za które dużo osób dałoby się pewnie pokroić) rozsiane wzdłuż całego wybrzeża, łatwo dostępne i przyjemne dla oka

jak i te wyjątkowe, ze względu na swoją urodę, jak poniższa Salagdoong i wiele innych




albo urodę i fakt, że można się nimi cieszyć na wyłączność. Naprawdę, coraz mniej jest na świecie miejsc, gdzie można znaleźć te dwa elementy obok siebie. Na długiej, piaszczystej plaży Kagusuan Beach, położonej na południowo-wschodnim krańcu wyspy z dala od głównej drogi spędziliśmy cały dzień, mając za towarzystwo jedynie rybaków na małej łódeczce w odległości 200 metrów od brzegu


Są też plaże, na które ciężko byłoby dotrzeć samemu. Dzięki naszym filipińskim przyjaciołom udało nam się także trafić w takie miejsca, po długiej przejażdżce (nie bez przygód) wąską, leśną dróżką


Górskie krajobrazy, niezapomniane widoki na doliny porośnięte palmami, małe wioski i morze z trochę odleglejszej perspektywy. To naprawdę niezwykłe, ale jadąc przez góry mieliśmy ochotę zatrzymywać się niemalże co kilkanaście metrów, ponieważ każde wzniesienie, każdy kolejny zakręt przynosiły widoki zapierające dech w piersiach i palącą potrzebę zrobienia zdjęcia


Gęsta, ciemna i bardzo wilgotna dżungla w drodze na najwyższy szczyt wyspy, Mt. Bandilaan (628 m.n.p.m.), na który wdrapanie się motocyklem niekiedy wymaga piłowania silnika na pierwszym biegu), była dobrą ochłodą po przejażdżce w pełnym słońcu

A ze stalowej platformy widokowej na szczycie można podziwiać praktycznie całą wyspę. No prawie całą, bo z jednej strony drzewa urosły już tak wysoko, że dobrego widoku nie ma

Klimatyczne miasteczka, każde z wiekowym kościołem, centralnym rynkiem, wokół którego toczy się życie. I ta niesamowita, przyjazna atmosfera: ludzie, którzy zagadują z czystej ciekawości skąd jesteśmy i co tu robimy. Dziękują (!) za to, że przyjechaliśmy i wspieramy tym samym mieszkańców. Polecają najlepsze miejsca, których nie możemy przegapić. Sprzedawcy, którzy jeśli czegoś akurat nie mają dokładnie wskażą konkurencyjny sklepik, gdzie będziemy mogli dostać to, czego potrzebujemy.




 Równie klimatyczne knajpki, te bardziej turystyczne i te bardziej lokalne.





Fish spa za 5 peso od pary stóp, niesamowite doświadczenie, które można znaleźć tuż przy głównej drodze obok monumentalnego drzewa Old Balete Tree w drodze z San Juan do Łazów (to spolszczone określenie nazwy miejscowości Lazi powoli przyjmuje się wśród Polaków wizytujących wyspę; wzięło się stąd, że jeśli spojrzycie na mapę wyspy w serwisie Google Maps, właśnie tak pokazuje się nazwa miasteczka - pewnie działanie jakiegoś internetowego trolla; zabawne było to, że nawet telefon wyświetlał mi pogodę dla miejscowości Łazy)



Wszystko to sprawia, że jeśli ktoś miał szczęście trafić na wyspę Siquijor, będzie chciał tam wrócić. Jak my. Tuż po tym, jak skończy się deszczowa pora. To obietnica, nie groźba :)

Dla tych, którym spodobały się obrazki z Siquijor, dwieście kolejnych w Galerii


Komentarze

Łączna liczba wyświetleń