Sos Rohingya

Jedna z najbardziej prześladowanych na świecie narodowości potrzebuje pilnie Twojej pomocy. Włącz się w naszą akcję charytatywną #500kmTrekkinguDlaRohingya i przekaż darowiznę na rzecz pomocy Rohindżom, która organizowana jest na miejscu przez Polską Akcję Humanitarną. Poznaj szczegóły klikając w baner

Koh Samui - czyli (po raz pierwszy) na tajlandzkiej wyspie

Planowanie naszego pobytu w Tajlandii ma charakter dość spontaniczny. Oznacza to ni mniej, ni więcej to, że decydujemy się na kolejne miejsce przeznaczenia zaledwie na kilka dni przed opuszczeniem poprzedniego. Będąc jeszcze w Bangkoku zastanawialiśmy się, co dalej. Padło na drugą co do wielkości tajlandzką wyspę Koh Samui. Bo podobno ładnie, bo spokojnie, bo rajsko no i na trasie na południe. To, że podobno drogo, zignorowaliśmy. Kupiliśmy więc bilet na nocny autobus, spakowaliśmy manatki i ruszyliśmy w drogę.




Zacznijmy od podróżowania po Tajlandii. Opcji jest multum: od całkiem wygodnych (choć w sumie kosztownych) pociągów, po autobusy klas wszelakich (od zwykłych, poprzez klasę pierwszą i VIP). Zdaje się, że swego czasu rząd Tajlandii postanowił, że każdy region powinien mieć wygodne połączenie ze stolicą. Te wygodne (naprawdę!) połączenia zapewnia państwowa firma transportowa Transport Co Ltd. Do tego jest mnóstwo prywatnych przewoźników celujących przede wszystkim w turystów, ale cenowo odbiegają w górę w stosunku do narodowego przewoźnika.


Pojechaliśmy autobusem klasy pierwszej (ok, przyznajmy, że zdecydowała cena: autobusy tej klasy to połowa ceny autobusu VIP). Zaskoczenie było spore. Wygodny autobus, dużo miejsca na nogi, mocno rozkładane siedzenia, kocyk do przykrycia i wyprawka (przekąska, napoje, chusteczki odświeżające) na drogę. Zarówno polskie PKS-y jak i Polski Bus mogłyby się czegoś nauczyć jeśli chodzi o komfort podróży. Nawet ja, któremu zwykle trudno się śpi w środkach transportu, dotarłem do przystani promowej w miarę wypoczęty. Co ważne dla komfortu podróży: do autobusu ładujemy się z bagażami w Bangkoku, przed wejściem na prom trzeba co prawda autobus opuścić, ale bagaż radośnie jedzie sobie w luku, po opuszczeniu promu znowu wsiadamy do autobusu i dojeżdżamy do terminalu autobusowego. Może z punktu widzenia firmy przewozowej nie jest to najbardziej ekonomiczne rozwiązanie, ale dla pasażerów na pewno bardzo wygodne.

Naszym celem na Koh Samui było Lamai, drugie co do popularności miasteczko na wyspie. Po wyjściu z terminalu autobusowego większego zaskoczenia nie było: oczywiście taksówkarka próbowała nas "skroić" na kosztach przejazdu. Zabawne jest, że niezależnie od kraju, metody są te same. Po wyjściu z publicznego środka transportu taksówkarze, tuk-tukarze i inni tacy niemal wpychają do oczu karteczki z "oficjalnymi" cenami za przejazd do danego miejsca. W tym przypadku (za trasę 16 km) było to absurdalne 600 bahtów, czyli ok. 65 zł. Po tym, jak kulturalnie wyśmialiśmy "oficjalną" propozycję i powiedzieliśmy, że za jedną trzecią tej kwoty możemy oboje dostać się na miejsce przy pomocy songthaew, taksówkarka zorientowała się, że w temacie Tajlandii jesteśmy dość oblatani i spuściła z tonu. Po długich negocjacjach stanęło na 300 bahtach (nie ukrywajmy, że z ciężkimi bagażami podróżuje się wygodniej taksówką) i udało nam się dotrzeć do Lamai.




W tym miejscu mała dygresja: taksówkarze na Koh Samui są rozpuszczeni do granic możliwości. W odróżnieniu od Bangkoku, gdzie taksówki jeżdżą zgodnie ze wskazaniami taksometru i są naprawdę tanie, tutaj ze świecą można szukać takiego, który zgodzi się na przejazd bez z góry ustalonej kwoty. A życzą sobie 200 bahtów (22 zł) za przejazd 2-3 kilometrów w obrębie miasteczka. Pewnie dlatego 9/10 dnia mija im na wysiadywaniu krzesełek obok swojej taksówki i wykrzykiwaniu do każdego przechodzącego "białasa": "taxi, taxi!". Może złapią jednego frajera dziennie, dużo nie zarobią, ale najwidoczniej wystarczy. Tylko do głowy nie przyjdzie im, że przy niższych cenach ludzie skłonni byliby korzystać z ich usług częściej, a nie tylko na dojazd z/do lotniska czy dworca. 

Koh Samui to niewielka wyspa, rozciągająca się na długości zaledwie 25 km w najszerszym miejscu i bardzo popularna wśród turystów ze względu na prześliczne plaże, spokojną atmosferę (a jednocześnie całkiem bogatą ofertę turystyczną) i odmienny od pozostałej części południowej Tajlandii klimat (wtedy, gdzie w pozostałych miejscach ostro pada, na Koh Samui jest dosyć sucho i odwrotnie).



Ten "odmienny" klimat trochę pokrzyżował nam szyki. Na październik i listopada przypada tu szczyt opadów (co trzeba wziąć pod uwagę planując tu urlop) i rzeczywiście padało niemal codziennie. W większości pada krótko, ale zdarzały się też kilkugodzinne ulewy, które przedwcześnie wypędzały nas z plaży. Na szczęście nawet w czasie pory deszczowej proporcje słońca do deszczu są na poziomie pozwalającym na cieszenie się urlopem. 

Najpopularniejszym miejscem na wyspie jest Chaweng, wraz ze swoją słynną plażą, chociaż mówiąc szczerze to miejsce zrobiło na nas słabe wrażenie: praktycznie całe wybrzeże ściśle zabudowane jest hotelami, a plaża podczas przypływu niemal całkowicie znika. Jest tłoczno i głośno, a więc ciężko o relaks.


Nam przypadła do gustu plaża w Lamai, gdzie się zatrzymaliśmy. Ciągnące się na długim odcinku szerokie połacie białego piasku, mało ludzi i dużo przestrzeni dla siebie. Malownicze skały wbijające się w morze wyglądały trochę "seszelsko" Zdecydowanie godna polecenia.



Oczywiście najlepszym sposobem na odkrycie wszystkich uroków wyspy jest wynajęcie motocykla (skuterka). Całą wyspę da się objechać w maksymalnie dwie godziny (jeśli ktoś się spieszy, ale przecież warto robić sobie przystanki na podziwianie widoków). Nie ma tu bardzo dużo miejsc zabytkowych do typowego zwiedzania, ale nie o to przecież chodzi na rajskiej wyspie. Oczywiście można znaleźć liczne i piękne świątynie buddyjskie, malownicze zatoki z widokiem na sąsiadujące wyspy, robiące duże wrażenie piękne wodospady, Wielkiego Buddę (jak wszędzie w Tajlandii) czy też mniej lub bardziej malownicze plaże. Jazda motocyklem sprawia ogromną frajdę, chociaż na głównej drodze trzeba się liczyć ze sporym natężeniem ruchu. Przejście przez ruchliwą ulicę też wymagać będzie ostrożności.





Na całej wyspie znajdują się też niezliczone knajpki, stragany i sklepy, salony z masażem - wszystko, co turyście do szczęścia może być potrzebne. Ale trzeba uczciwie przyznać: ceny odbiegają w górę w stosunku do innych miejsc w Tajlandii (a pisząc te słowa jesteśmy w jednym z najbardziej znanych turystycznych miejsc - wyspie Phuket). Zarówno ceny w hotelach, jak i jedzenie w knajpach jest droższe niż na północy Tajlandii, ale także niż w Bangkoku. Oczywiście da się też znaleźć miejsca tańsze i o wysokiej jakości. Trzeba będzie po prostu odbić od głównej ulicy i zapuścić się w trochę bardziej lokalne okolice.

Oczywiście (jak niemal w całej Tajlandii) dostępne są atrakcje typu przejażdżka na słoniu, parki linowe, zjazdy na linie itp. Warto też dodać, że Koh Samui to największa wyspa w archipelagu, ale są też mniejsze, jeszcze spokojniejsze, na które można popłynąć sobie w ramach np. zorganizowanej wycieczki.

Powszechną tradycją w Tajlandii jest tzw. "walking street", organizowana cyklicznie (najczęściej raz w tygodniu) handlowo-gastronomiczna uliczna impreza. W Lamai taka atrakcja odbywa się w niedzielę. Jest to naprawdę dobra okazja, żeby zaopatrzyć się w pamiątki w dobrych cenach i spróbować bardzo dobrej lokalnej kuchni straganowej. Na Koh Samui moje serca zdobyły grillowane żeberka. Nie wiem, czy są równie dobre jak te, którymi zajadał się u Freddy'ego Frank Underwood, ale na pewno bardzo smaczne.





Co ciekawe, pomimo że wyspa jest nieduża, można znaleźć na niej zarówno duże hipermarkety Tesco Lotus (świetnie zaopatrzone) oraz hale Makro (dostępne również dla klientów detalicznych, chociaż oczywiście jak to bywa w przypadku Makro, niektóre towary dostępne są wyłącznie w ilościach hurtowych). O setkach sklepów sieci 7-Eleven oraz Family Mart nie wspominając...

Wiele miejsc w Tajlandii ma przypiętą etykietę: dla majętnych, dla backpackerów, dla ludzi rozrywkowych, dla ludzi szukających świętego spokoju. Doświadczenie podpowiada nam, że całej wyspie/miastu/regionowi nie da się przypisać jednej kategorii, bo wszędzie oferta jest bardzo zróżnicowana i dostosowana do każdej grupy. Nie inaczej jest w przypadku Koh Samui. No może z zastrzeżeniem, że jeśli spokojniejsza atmosfera to raczej z dala od Chaweng...


-------------------------------------------------------------
Porady praktyczne:

Dojazd z Bangkoku: Autobusem państwowej firmy Transport Co Ltd (zarówno z dworca południowego jak i północnego). Autobus pierwszej klasy (bardzo wygodny) to ok. 500 bahtów za osobę, klasa VIP to wydatek ok. 800 bahtów. Prom na wyspę 120 bahtów od osoby (jeśli nie jest już wliczony w cenę biletu autobusowego). Bilety na autobusy państwowego przewoźnika można kupić na stronie http://thaiticketmajor.com/ i uniknąć w ten sposób konieczności wcześniejszej wyprawy na dworzec (uwaga, trzeba przed odjazdem odebrać w kasie pośrednika właściwy bilet; potwierdzenie rezerwacji nie wystarczy)

Przejazd z dworca autobusowego do Lamai: taksówka ok. 300-400 bahtów, songthaew 60 bahtów od osoby, mogą policzyć ok. 40 bahtów za większy bagaż

Wynajęcie motocykla/skutera: 150-200 bahtów za dobę. Benzyna jest bardzo tania (niecałe 30 bahtów za litr)

Noclegi: polecamy hotel KT Samui Residence. Prowadzony przez Rosjan, bardzo dobry standard. Krótki spacer do plaży, troszkę dłuższy (10-15 minut) do centrum Lamai. Standardowa cena 500 bahtów za noc, ale sugerujemy śledzić promocje np. na Agoda.com albo booking.com



Komentarze

Łączna liczba wyświetleń