Piękne oblicze Cejlonu
Tanie zwiedzanie Australii
Indonezyjskie Bali
Tajlandia - Koh Lanta
Komodo - warany i nie tylko
Langkawi jak z pocztówki
Indonezja - Wyspy Gili
Siquijor - wyspa ognia
Anda - nieodkryta perła Boholu
Australia - Great Ocean Road

Co ta Azja robi z głową?

Stanęliśmy niedawno z Łukaszem przed wyzwaniem niezwykłej wagi - powiedziałabym dziejowym wręcz. Mieliśmy za parę dni opuszczać Koh Lantę  (wyspa w Tajlandii) i przenieść się na Langkawi (wyspa w Malezji). Wyspy nie są od siebie jakoś mocno oddalone, ale opcji transportu sporo. Można lądem, można wodą, można i pewnie powietrzem. Wszystko rozbija się o kwestię ceny. Dyskutowaliśmy długo na temat podróży lądowej (najtańsza opcja), rozważając czy wziąć opcję wygodną (podjeżdżają, zabierają, zostawiają) czy też zgodną z trendem DIY (czyli sam sobie kombinuj taką podróż). Czas nie jest dla nas problemem, możemy poświęcić go więcej na podróżowanie, a od pamiętnego przejazdu na Bali spod Bromo nic nie jest nam straszne, zatem zwykle staramy się wybierać opcje ekonomiczne, chociaż trwające dłużej. Jest to rodzaj współzawodnictwa - my czy oni. Ciągle ktoś nas próbuje ciąć na cenach przejazdów, a w nas budzi to nieodmienne poczucie: w głupa robić to my, a nie nas. W tym wypadku rzecz rozbiła się o 20 zł na osobę. 20 zł, które w Polsce wydawałam na pierdoły idąc na spacer: na kawę w Costa Coffee, na gazety, na drinka w knajpie. Przerażające. Tym razem zastanawialiśmy się jak zaoszczędzić te 20 zł. Przeraziło Was to? Kręcicie ze współczuciem głowami? Zastanawiacie się już czy zbankrutowałam? To pójdźmy dalej.


Będąc na wyspie Phuket z drapieżną tęsknotą w oczach wpatrywałam się w Starbucksa. W Polsce nie jestem jakąś fanką, zresztą cała fascynacja tą siecią zawsze dosyć mnie bawiła. Aż do dnia, kiedy stanęłam przed Starbucksem, rozpłaszczyłam nos na szklanych drzwiach wejściowych i z zachwytem wpatrywałam się w to co dzieje się w środku. Moja wyobraźnia działała we właściwym kierunku. Na pewno jest tam chłodno, cichutko w tle leci muzyka, delikatny zapach świeżo pieczonych muffinków i świeżo palonej kawy unosi się w powietrzu drażniąc zmysły i wołając głośno: choooodź. Spróóóbuj nas...



I wtedy moje spragnione oczęta dostrzegły tablicę z cenami. 200 bahtów (22 zł). I zamiast pięknego kubeczka z kawą zobaczyłam: jeden nocleg w Pai, połowę noclegu na Phuket. Jeden obiad bez napojów dla dwojga. Jedno śniadanie z napojami dla dwojga i napiwkiem dla kelnerki. Klapki Łukasza. Miałam w kieszeni te 200 bahtów i wystarczyło wejść i wziąć sobie kawę. Usiąść przy stoliku, wyciągnąć Kindle'a albo po prostu pogapić się na ludzi. Zawinęłam się na pięcie i poszłam kupić sobie mrożone Nescafe w puszce za 13 bahtów w supermarkecie. Też było dobre. Też miało trochę kofeiny (proszę, Nestle, powiedz, że miało), a ja zaczęłam się zastanawiać co ta Azja ze mną wyprawia. Jeśli kawę przeliczam na noclegi albo pary klapek. Nie zrozumcie mnie źle - naprawdę jeszcze paczek z Polski z żywnością przesyłać nam nie trzeba (choć taką z barszczem, kabanosami i śledzikiem na święta bym nie pogardziła) a i spania na dziko na plaży nie uprawiamy, Nie zmienia to jednak faktu, że nauczyłam się ostatnio trochę inaczej patrzeć na pieniądze i trochę inaczej je liczyć.

Tak sobie myślę, że w zasadzie nie jest to nawet kwestia Azji, ale długotrwałego pobytu poza swoim znanym i bezpiecznym środowiskiem. A poza tym - kwestia prostej matematyki. Jadąc na wakacje zwykle zdarza mi się przepuścić więcej pieniędzy niż planowałam. To w końcu wakacje. Odrobię to później, zaoszczędzę za miesiąc, w końcu raz do roku itp. Wymówek zawsze jest mnóstwo. Teraz mam do przeżycia wiele miesięcy, a pieniądze jakoś mnożyć się nie chcą (ach, za dużo się człowiek o mnożnikach na SGH nasłuchał i potem miał nierealne oczekiwania :)

Te nierealne oczekiwania to w ogóle w Azji spory problem, który też wpływa na sposób myślenia. Weźmy taki pokój w hotelu. Widzisz hotel (w internecie, na żywo, to nieistotne jak). Postanawiasz obejrzeć pokój czy też go zarezerwować. I co? Na zdjęciach w folderze masz śliczny pokój z wielkim oknem. A ciebie prowadzą właśnie do komórki Harry'ego Pottera pod schodami. Ciemno, ciasno i jeszcze śmierdzi. Otwierasz szeroko swoje zszokowane oczka i podsuwasz folder pod nos recepcjoniście. A on patrzy na ciebie z uśmiechem pobłażliwym i wzrusza ramionami. No hello. Chyba nie byłeś tak naiwny, żeby uwierzyć w folder czy zdjęcia w internecie. A jeśli byłeś - cóż, możesz zaprotestować nogami (czyli wyjść) albo wmówić sobie, że przynajmniej masz dobre towarzystwo. Ty, Harry Potter, miotły, pająki...  nie mogło być lepiej! Raz dasz się tak przerobić, ale więcej już nie. Ciekawe tylko jak zareagują w Europie, kiedy rezerwując hotel zapytasz czy pokój na pewno ma okno (w Azji to pytanie nie wystarczy) i czy to okno na pewno wychodzi na zewnątrz (już bardziej) i czy w odległości pół metra od niego nie ma ściany sąsiedniego budynku (komplet!). A zapytasz. Na 100% ;) Osobiście zapytam jeszcze o to czy jest deska klozetowa oraz drzwi do łazienki, ale to już kwestia moich własnych bolesnych przeżyć (i właśnie sobie przypominam, że z podobnie ułańską fantazją - ergo prysznic w pokoju - urządzony był ze 3 lata temu sieciowy hotel w centrum Wiednia).

Jak widać Azja uczy lekkiej paranoi. No dobrze, wpędza nawet w mocną schizofrenię. Z jednej strony ludzie są tu przyjaźni, szeroko uśmiechnięci i często naprawdę chcą i potrafią ci pomóc. Nawet za darmo. Ale zdarzają się niechlubne przypadki kłamstwa w żywe oczy (szczególnie przy noclegach i transporcie), co sprawia, że z jednej strony sam uśmiechasz się do lokalnych mieszkańców, ale każdą rzecz, którą od nich usłyszysz chcesz zweryfikować w trzech innych miejscach. Minimum trzech i to najlepiej, żeby nie były ze sobą powiązane. 

Skoro już jesteśmy przy transporcie i innych - zmieniły się mocno moje oczekiwania w stosunku do podróżowania i  komfortu. Do dziś pamiętam jak dwa lata temu pełni oburzenia wysiedliśmy z busa, w którym pod nogi wrzucono nam bagaż, oczekując, że skuleni i z kolanami przy uszach przejedziemy 200 km. Na dodatek zażądaliśmy zwrotu pieniędzy! A dzisiaj? Jest bus? Dobrze. Jest autobus z 5 siedzeniami w rzędzie, w konsekwencji czego moja europejska pupa lekko zwisa poza siedzeniem? Też dobrze. Jest kura czy koza w pojeździe z nami? Uff, dobrze, że krowa się nie zmieściła. Pełen autobus? No błagam, nie ma czegoś takiego. Są na pewno jakieś drewniane zydelki, na których można usiąść w przejściu. A że trzeba będzie przejechać na nich kilkaset km? I tak prześpię połowę drogi, więc nie ma problemu. 4 godziny w pociągu relacji Warszawa-Wrocław? Jeszcze rok temu przeżywałam, że taka podróż to strata czasu. I do tego tak niewygodnie. Jedziesz Pendolino z klimatyzacją czy też ogrzewaniem, w każdym momencie możesz wstać i rozprostować nogi, iść coś zjeść do Warsa czy też skoczyć na siusiu. I masz całe swoje siedzenie. No tragedia prawdziwa. Bo aż 4 godziny! Ech, zmienia się punkt widzenia w zależności od punktu siedzenia. Czy raczej zwisania jednym pośladkiem przez kilkanaście godzin :)



Skoro już o Warsie wspomniałam to pora przyjrzeć się kolejnemu aspektowi. Kuchni. Rozmawialiśmy ostatnio z Łukaszem o wszystkich zwiedzonych przez nas krajach i ku naszemu zdziwieniu okazało się, że oboje najbardziej polubiliśmy Tajlandię. Piękne widoki i różnorodność? To też, ale w zasadzie można tak powiedzieć o każdym miejscu, w którym się zatrzymywaliśmy. Rzecz rozbiła się o kuchnię. Ja wiem, wiele osób zaraz popuka się w głowie niczym posłanka Pawłowicz do posła Petru (pozdrawiamy Ryśka) i powie, że w pupach nam się poprzewracało i nawet będą mieli rację. Trochę nam się poprzewracało. Bo okazało się, że Europejczyk w Azji jednak czasem ma dość ryżu. Ale przede wszystkim jak już ma jeść ten ryż (po raz kolejny) to chciałby, żeby smakował on inaczej, pełniej, bardziej wyraziście. Filipiny - z całą moją wielką sympatią do tego pięknego kraju - mają fatalną kuchnię. Wszystko jest słodkie, a jak nie jest słodkie to jest trochę nijakie. Indonezja ma trochę lepszą, ale Tajlandia ze swoim bogactwem smaków to już mistrzostwo. I tak to właśnie kuchnia wpływa na naszą opinię o każdym kraju. To, że wpływa, wiedziałam wcześniej. Ale że stanie się głównym kryterium przy ocenie krajów danego regionu - nie spodziewałam się tego.


Tym pięknym akcentem na razie zakończę. O tym, że podróże generalnie kształcą, że człowiek staje się bardziej otwarty na inne kultury i doświadczenia, pisać nie będę - jest to oczywista oczywistość i nie zamierzam was krzykiem i płaczem przekonywać, że białe jest białe, a czarne jest czarne ;) Tak sobie tylko myślę, że nim wybierzecie się do Azji - na krócej czy na dłużej - głęboko przemyślcie na co jesteście gotowi. Bo pewnych cech potem wyplenić się nie da. Ot, takie uzależnienie od curry. Człowiek raz się rozsmakował i jeść przestać nie może. A pupa rośnie....

Komentarze

Łączna liczba wyświetleń