Sos Rohingya

Jedna z najbardziej prześladowanych na świecie narodowości potrzebuje pilnie Twojej pomocy. Włącz się w naszą akcję charytatywną #500kmTrekkinguDlaRohingya i przekaż darowiznę na rzecz pomocy Rohindżom, która organizowana jest na miejscu przez Polską Akcję Humanitarną. Poznaj szczegóły klikając w baner

Piękna strona Sri Lanki czyli co każdy zobaczyć powinien

Moje poprzednie wypociny mogły kogoś skutecznie zniechęcić do Sri Lanki i narazić mnie na opinię (oczywiście szeptaną za moimi plecami) skrajnej lankofobki. Niesłusznie. Oto bowiem są miejsca na Sri Lance, które moim zdaniem warto zwiedzić. Nie jestem uprzedzona do całego kraju. Po prostu część mi się zwyczajnie nie podoba i basta. Dodatkowo dochodzą do tego elementy ludzkie i niechęć do kraju gotowa. Być może nie tyle warto rezygnować z pobytu, ile przemyśleć samą trasę. Bo nie zawsze trzeba biec tą samą drogą co wszyscy, a potem dorabiać teorię, że w zasadzie nie było tak źle. Czasem warto krzyknąć: król jest nagi :)




Naszą opowieść skończyliśmy (o ile dobrze pamiętam) na wyjeździe z Kandy, skąd kierowaliśmy się ku górom i miejscowości Nuwara Eliya. Różne internety zachęcały nas, żeby tą trasę pokonać pociągiem (te malownicze widoczki, które mieliśmy ujrzeć....) my jednak jak zwykle postanowiliśmy iść inną drogą (kiej pies Saba swego czasu) i wybraliśmy autobus. A co. Mało nam widać było jeszcze emocji, które zawsze towarzyszą jeździe lankijskim autobusem, a  zakładaliśmy, że poziom adrenaliny w czasie jazdy lankijskim autobusem w GÓRACH będzie jeszcze wyższy. Uplasowałabym to gdzieś pomiędzy skokiem na bungee bez liny, a rzuceniem się z w fale na australijskiej plaży dla surferów. Czyli - sama przyjemność ;)



Faktycznie droga autobusem (odjeżdżają bardzo często z dworca autobusowego usytuowanego koło stacji kolejowej) okazała się dużą przygodą: te zakręty, ciągłe trąbienie, jazda pod prąd, UAA. No i do tego coraz ładniejsze widoki: wysokie góry, plantacje herbaty. Coś pięknego. Generalnie - polecam (szczerze radzę tylko wziąć ze sobą aviomarin). W końcu dotarliśmy do Nuwara Eliyi - miasteczka w górach, na mniej więcej 2.000 m.n.p.m. Sama mieścina nie powala - ot, zwykłe miasteczko lankijskie. Miało trzy ładne elementy: góry wokół (samo mieści się w dolinie), pocztę oraz jezioro. Niestety jezioro - tak zachwalane przez wszystkich w internecie okazało się dość brudne (powiecie, że się czepiam, ale naprawdę nie rozumiem jaki problem stanowi wyłowienie plastikowych butelek z jeziora), ale i tak do Nuwary warto przyjechać.


Największą atrakcją tego uroczego miejsca są bowiem wspomniane wcześniej plantacje herbaty. I tutaj bez żadnych złośliwości stwierdzam, że przejście się po takiej plantacji warte jest każdych niedogodności (np. zimna w nocy - w końcu tu jest 2.000 m.n.p.m.). My do zwiedzania wybraliśmy sobie plantację Mackwoods. Mieści się ona 10 km od Nuwary, można podjechać do niej tuk tukiem, my oczywiście wskoczyliśmy do autobusu (wszystko co jedzie w kierunku Kandy mija po drodze Mackwoods) i tak samo wróciliśmy. Plantacja liczy sobie ponad 170 lat. Na jej terenie można za darmo obejrzeć proces produkcji herbaty. Wycieczka z przewodnikiem trwa może 25 minut, zaś w jej trakcie widzi się zarówno maszyny jak i cały skomplikowany proces obróbki herbaty. Na zakończenie można przejść do herbaciarni, usiąść przy jednym ze stolików i napić się ich najlepszej herbaty - za darmo oraz zjeść pyszne ciastko czekoladowe - za 80 rupii. Sama herbaciarnia stylizowana jest na stary, angielski dom. Jedyne, co lekko psuje dobre wrażenie w czasie wizyty, to bajzel wśród osób roznoszących herbatę - my czekaliśmy jakieś 20 minut na naszą przydziałową filiżankę. Ma się wrażenie, że nikt nie panuje nad tym, co się dzieje w herbaciarni, a już na pewno nie ma nic wspólnego z angielską perfekcją, ale cóż - nie można mieć wszystkiego.






Poza zwiedzaniem fabryki oraz wypiciem herbaty warto zrobić sobie przechadzkę po polach. W tym celu należy zejść nad rzekę, przejść mostem na drugą stronę i ruszyć ścieżką przed siebie. Im dalej się odchodzi, tym mniej spotyka się turystów (w zasadzie wcale się ich nie spotka), za to widzi coraz więcej malowniczych obrazków. Nie będę tego opisywać, bo nie jestem Szekspirem czy innym poetą - powiem tak: dla samych tych widoków warto odwiedzić Sri Lankę. Idąc między polami herbaty wreszcie miałam wrażenie, że widzę ten wyidealizowany Cejlon, taki obraz, jaki miałam w głowie wcześniej. Prawie widziałam angielskich kolonistów przechadzających się po swoich terenach. To oczkami wyobraźni. Niestety już nie oczkami wyobraźni widziałam za to obecnie pracujące panie - zbierające liście. Historia uczy, że po przybyciu brytyjskich kolonizatorów okazało się, że Lankijczycy nie chcą pracować u nich na zakładanych właśnie plantacjach herbaty. W związku z tym Brytyjczycy ściągnęli sobie pracowników z Indii - Tamilów, którzy zgodzili się pracować za niewielkie wynagrodzenie. Tak jest ponoć po dziś dzień :(

Wróćmy jednak do naszej historii. Zmęczeni w końcu słońcem i wdrapywaniem się na kolejne wzgórza, wróciliśmy do Nuwary. Następnego dnia zaś z uroczego dworca w Nuwarze ruszyliśmy autobusem do Haputale. I tutaj znowu wszystkie blogi mówią: bierzcie pociąg. Ale pociąg nie jeździ z samej Nuwary, a gdzieś z innej stacji i trzeba do niej podjechać. Został więc wesoły, górski autobus.

Haputale nas zachwyciło. Naprawdę. Oczywiście nie samo miasteczko (małe, lekko zapuszczone itp.), ale widok. Miasteczko mieści się na krawędzi góry. Dosłownie. W którym kierunku zaś się nie popatrzy - widać piękne, herbaciane pola. Wspaniałe. Zakochałam się w tym widoku. I nawet napływające chmury i delikatnie przykrywające wzgórza współgrały z moją romantyczną duszą.... Wyglądały jak delikatna pierzynka z bitej śmietany na lodach miętowych....;)




My zdecydowaliśmy się spędzić w Haputale kilka dni, bo to miejsce daje sporo możliwości:

1. można chodzić na spacery po wzgórzach dookoła, przechadzać się między krzaczkami herbaty, zachwycać widokiem
2. można wybrać się na wycieczkę do Ella i zdobyć Ella Rock albo Little Adam's Peak
3. można skoczyć w pobliże Lipton Seat - plantację założoną przez Sir Thomasa Liptona i wdrapać się na punkt widokowy, z którego sam Sir Lipton oglądał ponoć swoje włości
4. można wybrać się na wycieczkę do innego punktu widokowego World's End
5. można obejrzeć stary, brytyjski monastyr.

Z całej tej puli wybraliśmy punkty nr 1,2 i 3. Na resztę nie starczyło nam czasu, sił ani pogody. I to dokładnie w tej kolejności ;)

Punktowi nr 1 nie będę poświęcać dużo czasu. Jest prosty. Idziesz główną drogą Haputale, widzisz ścieżynkę odbijającą w bok (przez tory, do boiska i w dół) i nią podążasz. Obchodzisz np. dwa wzgórza, przechodzisz przez wioskę i wracasz inną drogą. Albo wybierasz jakąś inną wersję. Grunt, żeby pochodzić, usiąść gdzieś na moment i podumać nad zielonymi krzaczkami. Mieć czas dla siebie i trochę odetchnąć od zgiełku miast.





Punkt nr 2 czyli wycieczka do Ella to trochę dłuższa historia. Do Ella z Haputale można dostać się bezpośrednim pociągiem albo autobusem (z przesiadką w Bandarawella). Zgadnijcie jaką wersję wybrali fani autobusów ;) Dotarliśmy zatem do turystycznej Mekki na Sri Lance. Rozejrzeliśmy się po wiosce, konstatując, że coś chyba z nami nie halo, skoro nie potrafimy dostrzec niczego fantastycznego w tej niewielkiej mieścinie, wyglądającej jak setki innych na Sri Lance. No, może miała więcej knajp "dla turystów". Jak pisałam wyżej, wszyscy polecają dwie wyprawy z Elli: na Ella Rock i na Little Adam's Peak. Zdecydowaliśmy się na Little Adam's Peak i była to bardzo dobra decyzja. Wyprawa na LAP (ależ mi ładny skrót wyszedł ;) nie jest zbyt męcząca (no może poza ostatnim podejściem, gdzie człowiek wspina się po schodach na duże wzgórze), ale warto wziąć ze sobą dużo wody. Trasa jest bardzo przyjemna, a dotarcie na sam szczyt gwarantuje przepiękne widoki. Warto :) Dodatkowym plusem jest fakt, że jak na dłoni widać dokładnie Ella Rock. I patrząc na strome podejście, człowiek gratuluje sobie instynktu samozachowawczego, który kazał mu wejść na tą łatwiejszą górę.





Na Little Adam's Peak zobaczyłam też najlepiej umiejscowioną i odpowiadającą na potrzeby konsumenta reklamę:



No błagam, lepiej tego zrobić naprawdę nie mogli ;)

Przejdźmy jednak do kolejnego punktu czyli Lipton Seat. Wszyscy dookoła ostrzegali nas, że na Lipton Seat trzeba koniecznie wybrać się wcześnie rano - czyli najpóźniej być na szczycie koło 8-9 rano. Posłuszni tym wytycznym wstaliśmy o 5 (tak, ja wstałam) i udaliśmy się w poszukiwaniu przystanku. Nie było to proste (w internecie były różne wersje, a lokalni mieszkańcy jeszcze inne), więc zrobię najprostszą rzecz pod słońcem: oto mapka. Ważne: mapka nie wskazuje dworca, tylko drogę na jego tyłach.



W tym miejscu stajecie, a gwarantuję wam, że autobus, który was zabierze na Lipton Seat się tu pojawi. Pierwszy około 6.30 rano - czyli idealny dla nas :) Co prawda mam problem, żeby trasę, którą jechaliśmy autobusem nazwać drogą: jest to raczej większa ścieżka, jednopasmowa na dodatek, już ona jednakże gwarantowała nam piękne widoki. Powoli budzący się dzień, my trzęsący się w autobusie z powodu zimna oraz nierównej drogi... Romantycznie jak trzeba ;) Dotarliśmy do fabryki herbaty i złapaliśmy tuk tuka. Chyba po raz pierwszy jechaliśmy tuk tukiem bez bagaży, uznaliśmy jednak, że 7 km w górę o tej porze dnia jakoś do nas nie przemawia. Tuk tukarze już czekali i po krótkich negocjacjach cenowych wskoczyliśmy do pojazdu (cena: 400 rupii). Oczywiście los jak to los - postanowił spłatać nam figla. Skoro my, dusigrosze przeklęci, zamiast się wdrapywać wybraliśmy droższą opcję dla leniuchów czyli podjazd, to przecież należy przywołać nas do porządku. 1,5 km od Lipton Seat nasz tuk tuk się zepsuł. Wyrzuciłam z siebie dużo negatywnych emocji w postaci brzydkich słów, po czym ruszyliśmy pod górę. Dzięki Google Maps przeszliśmy kilkoma skrótami (dość ostrymi), które jak się okazało sprawiły, że nie zapłaciliśmy za wejście na plantacje (100 rupii). W zasadzie kiedy już zorientowaliśmy się, że tak wyszło było nam trochę wstyd i chcieliśmy zapłacić w drodze powrotnej, ale nie było z kim porozmawiać na ten temat. Brak znajomości języka angielskiego u Lankijczyków wyjątkowo zadziałał na naszą korzyść. Niemniej nadal lekko mi czerwienieją uszy, kiedy o tym myślę :(

Wróćmy jednak do wędrówki, bo przyśniecie. Dotarliśmy w końcu na samą górę i widok zaparł nam dech w piersiach. Stanęłam na skraju i miałam ochotę pójść drogą poety Walta Whitmana, który mówił: "wykrzykuję swoje barbarzyńskie YUP nad dachami świata". Dach świata to dobre określenie - przy dobrej widoczności z Lipton Seat widać nawet odległe morze. Wzgórza, pagórki, góry i doliny - pełne krzewów herbaty. Przycupnięte na skrajach wzgórz malutkie wioski. Odległe jeziora. Bajka. Nie dziwię się, że Sir Lipton wdrapywał się tam (albo go wnosili) i siedział całymi godzinami. Wczesna pora miała swoje dwie dobre strony: widoczność i przejrzystość powietrza (w miarę) oraz to, że poza nami na górze było jeszcze troje innych turystów. Poza tym pustka i cisza. Tuż obok punktu widokowego stoi nieduży domek, w którym można kupić ciepłą herbatę, co oczywiście uczyniliśmy. No bo jak wspaniałe to brzmi: piję Liptona na Lipton Seat. No dobra, zimno mi było, chciałam się rozgrzać ;) Ale teoria niezła prawda?:)




Po jakiejś godzinie postanowiliśmy zacząć wędrówkę w dół (7 km przed nami). Powoli szliśmy drogą, podziwiając widoki, pstrykając zdjęcia. A na górę coraz ciągnął coraz większy tłum ludzi (mijali nas na piechotę, samochodami, tuk tukami). Oprócz rzeszy turystów jako, że była to niedziela, na górę ciągnęła też wielka grupa lokalnych mieszkańców, grając na bębnach i śpiewając. Oj, takie lokalne zwyczaje. Nie będę się powtarzać, pisząc jak fantastycznie się szło wśród tych wszystkich krzaczków, widoków itp. Oczywiście najlepsze z tego, że szłam w dół, a nie pod górę :) Potem zostało jeszcze złapać autobus do Haputale i wrócić do naszego hotelu pod ciepły kocyk. W końcu, trzeba było odespać trudy poranka.





Następnego dnia przenieśliśmy się do Tangalle. Podróż była dość długa (najpierw do miasteczka Wellawaya, a tam już panowie policjanci wrzucili nas jak przysłowiowy worek ziemniaków do odpowiedniego autobusu do Tangalle. Był co prawda przepełniony i część trasy musieliśmy stać, ale co tam - przynajmniej zjechaliśmy już z gór i zakrętów nie było :), w końcu jednak stanęliśmy w jednym z nadmorskich kurortów Sri Lanki.




O noclegach i innych radosnych przeżyciach z pierwszych dni pobytu napisze Łukasz (w końcu gdzieś swoją ponad trzytygodniową frustrację wyrzucić musi), ja zatem skupię się na samym miasteczku. Tangalle - jak wszystkie inne miejscowości brzydkie i lekko brudnawe, poza główną ulicą, dworcem, kilkoma lokalnymi jadłodajniami i targiem owocowo-warzywnym posiada też plażę. A przy plaży promenadę pełną tuk tuków, samochodów i motorków oraz hoteli i restauracji. Nie powiem, wygląda to przyjemnie, sama plaża też jest bardzo ładna: w miarę szeroka, piaszczysta, z falami rozbijającymi się mocno o brzeg. W niektórych miejscach zbudowane są falochrony i za nimi zwykle kąpią się garstki turystów. Co odważniejsi (albo po większej dawce miejscowego araku) wskakują w fale poza falochronami, usiłując pływać na wypożyczonych w hotelach deskach. Różnie im to wychodzi - niektórzy wypadają razem z falami na brzeg szybciej niż są wstanie pomyśleć w swoim języku "o k....", inni wychodzą z topieli cali zakrwawieni, jeszcze inni wjeżdżają na plażę w glorii chwały, leżąc na deskach. I też pięknie. Jest jeszcze grupa osób o obniżonym poziomie inteligencji, którzy wdrapują się na falochron, żeby zrobić sobie selfie. Oczywiście nie może skończyć się to dobrze, w najgorszym przypadku pewnie nawet urazem jakiś kości. Ale zdjęcie jest najważniejsze.





Przyplażowe knajpy oprócz ryżu i curry (w cenie co najmniej dwa razy wyższej niż w lokalnych knajpach) serwują również owoce morza (1000-1500 rupii za danie) oraz dania zachodnie (500-1000 rupii), które są jednak niejadalne i których nie polecamy (szczególnie zaś sznycli z frytkami w czeskiej knajpie - zamiast sznycla bowiem dostaje się 3 stripsy z kością). My trzymaliśmy się lokalnych knajp, raz tylko decydując się na knajpę czeską, ale za to mieliśmy tak doborowe towarzystwo, że nawet sznycel nie był nam straszny (Olga i Daniel - pozdrawiamy, byliśmy bardzo zadowoleni, że udało nam się spotkać i, szczęśliwi waszym zaręczynowym szczęściem, mamy nadzieję, że zamówione fajerwerki się podobały ;)

Poza jedzeniem i leżeniem na plaży można tutaj: wybrać się na wycieczkę na oglądanie delfinów czy na wycieczkę do Yala National Park bądź wynająć rower i pojechać gdzieś samemu. My wybraliśmy opcję: leżę i co mi zrobicie. I muszę przyznać, że ta opcja przypadła mi do gustu :)

Podsumowując (tak mnie uczyła polonistka w podstawówce - pozdrawiam panią Anię :) raz jeszcze chcę podkreślić, że Sri Lanka ma swoje dobre i złe strony. Z naszej perspektywy - gdzie same palmy i ładne plaże nie są już takie ekscytujące - więcej ma niestety złych stron. Z całą pewnością wymaga dobrego zaplanowania i wzięcia duużej poprawki na to, co ludzie piszą w internecie (w tym też my). I jeżeli marzy Wam się Sri Lanka dniami i nocami - nie przejmujcie się innymi, tylko jedźcie. Bo marzenia to najważniejsze co nam zostało i co warto ścigać.... My zmierzamy teraz do Hongkongu i jeśli się tam nie udusimy smogiem to potem do Tajwanu. Niech Moc będzie z Wami jak mawiał Yoda :) Taki mały, a taki mądry, ot co.

PS
Uzupełniliśmy część Praktyczne informacje: transport, koszty życia i wizy o wiedzę odnośnie Sri Lanki. Jeśli jednak dręczyłoby Was jakieś pytanie w temacie tego cudnego kraju, nie wahajcie się pytać. Nie wiem czy nas, ale kogoś na pewno ;) 

Komentarze

  1. Następny fajny opis:) ten już zachęca do odwiedzenia Sri Lanki...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Łączna liczba wyświetleń