Piękne oblicze Cejlonu
Tanie zwiedzanie Australii
Indonezyjskie Bali
Tajlandia - Koh Lanta
Komodo - warany i nie tylko
Langkawi jak z pocztówki
Indonezja - Wyspy Gili
Siquijor - wyspa ognia
Anda - nieodkryta perła Boholu
Australia - Great Ocean Road

Co kryje w sobie Wyspa Kwiatów, czyli indonezyjska Flores w pełnym rozkwicie

Wiele osób wyjeżdżając na wakacje powtarza sobie (i zawsze innym ;), że najchętniej wybierają miejsca mało turystyczne - takie "prawdziwe". Jako prawdziwe uznają te mało zadeptane przez turystów. Kilka takich miejsc w Azji jeszcze jest i na pewno należy do nich indonezyjska Flores. Wyspa Flores (z portugalskiego Wyspa Kwiatów) znana jest głównie jako miejsce wypadowe do Parku Narodowego Komodo. Ogromna większość turystów wpada na 3 dni do Labuan Bajo, spotyka się z waranami i wraca na Bali. Niewielka ilość zapaleńców decyduje się jednak zwiedzić Flores trochę dokładniej. I słusznie czynią ;)




Może najpierw garść faktów - już one z pewnością zaciekawią niektórych :) Flores to niewielka wyspa (13,5 tys. km kwadratowych, ok 2 mln mieszkańców), należąca do archipelagu Małych Wysp Sundajskich. Tuż obok niej znajduje się Timor oraz słynny Celebes (a przynajmniej znany nurkom z całego świata). Flores zachwyca. Po prostu. Liczne wulkany (wygasłe i aktywne), góry i pagórki, piękne lasy tropikalne i sawanny, jeziora, cudne rafy i ładne plaże. To, co wyróżnia Flores  w Indonezji to wiara. Flores leży w regionie East Nusa Tenggara, w którym ponad 55% mieszkańców to katolicy, a 35% to protestanci. Wiara chrześcijańska jest zatem bardzo silna. Swoją drogą to również buduje swoisty koloryt tego miejsca i jego odrębność kulturową. Temat jest tak ciekawy i rozległy, że chyba poświęcimy mu jeszcze jeden dodatkowy artykuł (Łukasz się przymierza), przejdę więc może na razie dalej. Dalej w tym przypadku oznacza wyprawę z jednego końca wyspy Flores na drugi. Od zachodu na wschód. Ponad 700 km przez góry, doliny, rzeki i wulkany. Oraz liczne małe miasteczka. Wszystko to (no dobra, większość) w rozklekotanym autobusie publicznym, którego zabójcza prędkość to 30 km na godzinę - przy dobrych wiatrach oczywiście ;) Gotowi?

1.  Ruteng

Pierwszym miejscem po Labuan Bajo, do którego postanowiliśmy skierować swoje kroki było niewielkie miasteczko o ślicznej nazwie Ruteng. Internet podpowiadał, że co prawda sama mieścina nie powala, ale już jej okolice tak. Wymieniano 3 główne atrakcje: wioskę Ruteng Pu'u, jaskinię Hobbita oraz Spiderweb Rice Field (w wolnym tłumaczeniu: pola ryżowe o kształcie pajęczyny). Pola ryżowe nas nie zachęciły (widzieliśmy już trochę pól ryżowych), za to pozostałe dwie atrakcje wpisaliśmy na naszą listę.

Ruteng Pu'u zwiedza się bardzo łatwo. Należy w tym celu udać się do miejsca, gdzie stoją wszystkie "bemo" (czyli publiczne autobusiki do krótkich tras), znaleźć takie, które jedzie w pożądanym kierunku, zapłacić 5 000 IDR od osoby i wskoczyć. Można też wybrać się tam na piechotkę - wioska leży ok 2 km od centrum miasteczka, więc jest to krótki spacer.




My zdecydowaliśmy się na wyprawę bemo w jedną stronę i powrót na piechotkę. I szczerze mówiąc sam spacer powrotny był dużo ciekawszy niż słynna Ruteng Pu'u, która składa się z 3-4 starych domków i niczego poza tym. Dodatkowo dla mnie dość niekomfortowe było chodzenie od jednego domku do drugiego, gdyż w środku mieszkają nadal ludzie. Jak czulibyście się, gdyby do waszych mieszkań nagle przyszli turyści? I patrzyli na Was trochę jak na specyficzne okazy? Uciekliśmy z Ruteng Pu'u po 10 minutach i szczerze mówiąc  uważamy, że ten punkt programu można sobie całkowicie pominąć. Sam spacer okazał się ciekawszy, obejrzeliśmy kilka kościołów (było ich sporo jak na tak niewielki obszar, co od razu rzuciło nam się w oczy) i lekko zawstydzeni przemykaliśmy się koło naprawdę zrujnowanych domków. Niektóre w oczach cywilizacji Zachodu nie zyskałyby nawet miana domków :( A ludzie mieszkają tam na co dzień....




Druga z atrakcji nosi nazwę Jaskini Hobbita (Liang Bua). W 2003 roku w niewielkiej jaskini naukowcy odkryli szkielet Homo florensiensis czyli wymarłego już gatunku hominida o drobnej budowie ciała i niewielkim mózgu. Szkielet liczy się około 18 tys. lat, co dowodzi ponoć, iż przez pewien czas Homo Sapiens i Homo florensiensis żyły obok siebie. Sama jaskinia - jak twierdzą odwiedzający ją podróżnicy - ponoć niczym się nie wyróżnia, zaś mieszczące się obok niej muzeum posiada materiały jedynie w języku indonezyjskim, doszliśmy jednak do wniosku, że może warto ją zobaczyć.  Do jaskini można dostać się prywatnym transportem (motorkiem, samochodem) bądź też komunikacją publiczną. My, co przyznaję ze smutkiem, nie zdołaliśmy do niej dotrzeć. Po raz pierwszy przez cały okres naszej podróży stanęliśmy wobec wyzwania pt. dotrzeć gdzieś i przegraliśmy. Udało nam się znaleźć miejsce skąd odjeżdżają bemo, nikt jednak przez ponad 2 godziny nie chciał nam udzielić informacji, które bemo jedzie w interesującym nas kierunku. W zamian za to wszyscy proponowali nam transport prywatny za 100-200 tys. IDR. Przejazd bemo powinien nas kosztować nie więcej niż 10 tys. IDR od osoby, zatem sytuacja doprowadziła nas do szewskiej pasji. Nie udało się. Wśród kilkudziesięciu osób obecnych na bemo station nikt nie chciał nam pomóc. W końcu zrezygnowaliśmy i po prostu poszliśmy na spacer. 100-200 tys. IDR to 30-60 zł i wydało nam się zbyt wygórowaną ceną za kilkanaście kilometrów. Szczególnie, że ta cena obejmowała przejazd w jedną stronę. Byliśmy tak rozżaleni, że poskarżyliśmy się właścicielowi hotelu, w którym się zatrzymaliśmy. Sam właściciel hotelu rozumiał naszą złość i rozgoryczenie, co więcej stwierdził, że nie pierwszy raz o tym słyszy i jest mu bardzo przykro, tym bardziej, że bemo to transport publiczny, więc ceny powinny być takie same dla wszystkich. Podejrzewam, że mnie zaraz skrytykujecie za bycie sknerą, ale prawda jest taka, że udaje nam się tak długo podróżować również dzięki temu, że jesteśmy w stanie wyważyć, co jest warte przepłacenia a co nie. Jaskinia Hobbita nie wydała nam się tego warta, ale np. wycieczka rzeką na Borneo już tak (więcej tutaj). Każdy wybiera to, co lubi ;)

<



Wracając do Ruteng - można się w tym mieście zatrzymać chociażby na nocleg, ale nic więcej nie jest tego warte. Jeśli jesteście w stanie jechać od razu do Bajawy - jedźcie. Upewnijcie się tylko, że dacie radę. Dlaczego? Ach, z prostej przyczyny. Po wyspie jeździ się wolno. Trasa Labuan Bajo - Ruteng prywatnym (tzw. prywatnym czyli współdzielonym) samochodem w cenie około 100 tys. IDR od osoby)  zajęła nam ponad 4 godziny, mimo że to tylko ok 130 km. Droga jest bardzo kręta, no i co chwila ktoś się dosiadał. W najlepszym momencie w 7 osobowym samochodzie jechało 12 osób z czego jedna na dachu i trzy na przednim siedzeniu pasażera. Da się ;) Dobrze, że przynajmniej nam przysługiwało po jednym miejscu.

2. Bajawa

Bajawa poza swoim położeniem (wysoko w górach, tuż obok wulkanu) nie powala - ot, zwykle małe azjatyckie miasteczko. Warto jednak tutaj zawitać. Już sam przejazd zapiera dech w piersiach, choć znowu ok 120 km jedzie się ponad 4 godziny (cena za współdzieloną taxi - 100 tys. IDR od osoby, samochód zabiera was z hotelu, a sam transport najlepiej załatwiać właśnie za pośrednictwem hotelu), co może trochę zmęczyć. Na miejscu warto wypożyczyć motorek (80-100 tys. IDR za cały dzień) i wyruszyć na poszukiwanie ciekawych miejsc. My wybraliśmy słynne Bena Village, można jednak również wybrać się do Mangeruda Hot Springs czy też na plażę.




Bena Village jest umiejscowione mniej więcej 16 km od Bajawy. To niewielka wioska u stóp wulkanu Inerie, do której najlepiej wybrać się motorkiem - i najlepiej rano, żeby móc podziwiać wulkan w całej jego okazałości (po południu zwykle jest zakryty częściowo chmurami). Wioska składa się z dwóch rzędów domów (drewnianych, z charakterystycznymi dachami), które odwrócone są do siebie przodem. Między nimi znajduje się przestrzeń wspólna, w której centrum znajdują się dwie "świątynie" (ngadhu i bhaga), reprezentujące przodków męskich i żeńskich.




Dodatkowo niedaleko świątyń można zobaczyć megalityczne formacje, które reprezentują nadnaturalne królestwo i służą do komunikacji z przodkami. W dodatku do pogańskich budowli w wiosce stoi też kaplica katolicka. Wierzenia mieszkańców to mieszanka mistycyzmu z katolicyzmem - wiara w przodków jest tak silna, że zarówno w Bena Village jak i wielu innych wioskach na Flores przed domami znajdują się dwa-trzy groby przodków, otoczone najwyższą czcią. Dzisiaj władze nie pozwalają już chować zmarłych w ogródkach, ale jeszcze parę lat temu można było to robić. Mieszkańcy Flores wierzą, że dzięki temu zyskują ochronę zmarłych, którzy dbają o potomków i zapewniają im szczęście.



Wracając do Bena Village - zaraz po przyjeździe należy zarejestrować się i wnieść opłatę (dobrowolną i w dowolnej kwocie), a następnie zrobić sobie spacer. Mieszkańcy wioski są bardzo mili i chętnie pokazują swoje domy. Dodatkowo wiele z mieszkanek siedzi na tarasach i tka przepiękne materiały, które oczywiście można kupić. Wszyscy są bardzo przyjaźnie nastawieni i chętnie pozują do zdjęć.

Sam dojazd do i z Bena Village jest bardzo ciekawym przeżyciem, bo na uwagę  (i na zdjęcie ;) zasługują zarówno liczne wioski, które się mija jak i np. plantacje kawy. Muszę przyznać, że Bajawę czy też jej okolice wspominamy bardzo dobrze ;)




3. Riung

Prosto z Bajawy pognaliśmy do Riung. No, pognaliśmy to trochę eufemizm, bowiem droga 70 km zajęła nam 4,5 h. Jechaliśmy publicznym transportem (poprosiliśmy o pomoc właściciela naszego hostelu i załatwił, że przyjechał po nas publiczny autobus). Wiedzieliśmy, że droga musi być trudna, skoro tyle godzin jedzie się w sumie tak niewielką odległość, ale szczerze mówiąc do głowy nam nie przyszło, że nie ma na niej jeszcze asfaltu, za to może poszczycić się wieloma dziurami z dużą ilością błota (dwa razy się zakopaliśmy).

W autobusie spędziliśmy jednak nie 4,5 a 6,5 h, bowiem pierwszą godzinę czekaliśmy na przejazd przez Bajawe Tour de Flores (ponoć jakiś Polak też jechał!), a drugą zbieranie pasażerów (standard).




Kiedy wreszcie ruszyliśmy, okazało się, że ta trasa dodatkowo zaowocuje kolejnym tematem na posta (już nad nim pracuję powoli), który będzie miał tytuł: Głupota nie zna granic albo może: Wychowanie w Europie nie gwarantuje inteligencji. Tak, tym razem będzie o idiotach z Europy, którzy mózgi swe przed wyprawą na Flores ewidentnie zostawili w domach. Ale nie będę na razie zdradzać szczegółów ;) Zostawmy może już trasę i przejdźmy do Riung.

Riung to niewielka wioska na północy Flores nad brzegiem morza, w której prąd wytwarzany jest przez wielki generator. Jeszcze niedawno - kilka miesięcy temu - generator włączony był tylko w godzinach nocnych (po 18), teraz jednak chodzi już przez całą dobę. Nie z tego jednak oczywiście słynie Riung. Jego największym walorem jest Seventeen Island National Park of Riung czyli w skrócie Park Narodowy Siedemnastu Wysp w Riung. Jak wynika z nazwy - należy załatwić sobie jakąś łódkę i obejrzeć różne wyspy. Wstęp do parku kosztuje 100 tys. IDR (ok. 30 zł) od osoby, ale większość organizowanych wycieczek ma to już wliczone w cenę. Nam udało się załatwić wycieczkę w naszym hotelu i kosztowała nas 650 tys. IDR łącznie (dla dwóch osób, z  wliczonym wstępem do parku oraz lunchem).







Wystartowaliśmy koło 7 rano i wróciliśmy przed 16. Jak się okazało mieliśmy całą łódkę dla siebie :) Nasz kapitan najpierw zawiózł nas w pobliże wysepki, gdzie na drzewach spały sobie słodko Flying Fox (rodzaj nietoperza, który wygląda jak lis, znany nam już z Australii i Sri Lanki), następnie zaś na dwie rajskie wysepki, koło których znajdowała się przepiękna rafa. Widoczki były z gatunku pocztówkowych, z białym piaskiem i błękitną wodą. Do tego kapitan na prymitywnym grillu zbudowanym z patyków przygotował dla nas ryby z dodatkami i zaserwował pyszny lunch. I jedynie leżące w wielu miejscach na plaży śmieci zepsuły nam nieco obraz tego pięknego miejsca. Nie mogliśmy wówczas i możemy nadal pojąć jak to możliwe, że skoro park pobiera opłaty wstępu, to nikt nie sprawdza/pilnuje/sprząta terenu. Za co zatem te 30 zł od osoby pobierają? Poza nami między wysepkami krążyły jeszcze 3 inne łódki z turystami, którzy też opłaty takie wnieśli, nie rozumiem zatem co stoi na przeszkodzie zatrudnieniu kogoś do sprzątania. Niestety chyba tylko ich mentalność :( Dla Indonezyjczyków śmieci to nie problem - wyrzuca się je w miejscu, w którym się stoi. Długa jeszcze droga przed nimi ;(




Wróćmy jednak do radośniejszych rozważań. Może kilka słów o rafie. Jest przepiękna. Tak, pamiętam, że to samo pisaliśmy o tej koło Komodo, ale co ja poradzę, że morze wokół Flores kryje takie naturalne skarby? Bo kryje. Tęczowe ryby, ogromne rozgwiazdy, rafa we wszystkich odcieniach niebieskiego, zielonego i żółtego. Spędziliśmy wiele godzin po prostu unosząc się na wodzie i obserwując życie w głębinach (no, dobra, na głębokości może 3 metrów, ale co za różnica). Dla samych tych widoków warto spędzić kilka godzin w trzęsącym autobusie ;)

W Riung spotkaliśmy również polskiego misjonarza - Ojca Tadeusza Grucę - który był tak miły, że podzielił się z nami wieloma ciekawymi obserwacjami na temat Indonezji i jej historii, uraczył obiadem oraz zabrał samochodem do Maumere. O samym spotkaniu oraz wspólnie spędzonym czasie jak również katolicyzmie na Flores napiszemy osobny artykuł (już o tym wspominałam na początku), tutaj chciałabym tylko o tym miłym wydarzeniu wspomnieć :)

4. Kelimutu i Maumere

Jak napisałam wyżej, w Riung spotkaliśmy Ojca Grucę, który zabrał nas w podróż do Maumere przez Ende i Kelimutu. Wspólna podróż zajęła nam cały dzień czyli bardzo krótko. Pierwotnie w jednym dniu planowaliśmy dotrzeć do Ende (autobus z Riung o 6 rano), przespać się w miasteczku, następnego zaś dnia dostać się do wioski Moni, która leży tuż obok Kelimutu. Kelimutu ponoć najlepiej zwiedzać rano (wiele osób biegnie na wschód słońca), my jednak dotarliśmy tam po południu. Na szczęście chmury nie były zbyt wielkie i mieliśmy okazję zobaczyć różnokolorowe jeziorka w blasku słońca.




Zwykle turyści nocują w Moni (jest tam bardzo dużo homestay'ów) i rano podjeżdżają do szczytu Kelimutu samochodami/motorkami. Kupują bilety (150 tys. IDR od osoby czyli ok. 45 zł), zostawiają pojazdy na parkingu i przez dwadzieścia minut wspinają się bardzo łatwą drogą na szczyt góry. A tam pozostaje już tylko wyciągnąć aparat i podziwiać. Niektórzy decydują się też na spanie w Ende i wykupienie wycieczki na Kelimutu, ale nie znam cen, więc nie mogę się podzielić. Zainteresowanych tematem odsyłam do przepastnego internetu - na pewno można tam namierzyć te informacje :)




Z Kelimutu pomknęliśmy do Maumere, które jest największym miastem na Flores. Samo miasto nie zachwyca (ot, kolejne azjatyckie itp), ale posiada lotnisko (z połączeniem do Denpasar na Bali) oraz kilka niewielkich plaż w okolicy. My, dzięki uprzejmości Ojca Tadeusza, zwiedziliśmy okoliczne widoczki (piękna sawanna), kilka kościołów i zakonów oraz muzeum Jana Pawła II. Bo trzeba Wam wiedzieć (zabrzmiałam jak Brzechwa), że w 1989 do Maumere zawitał na kilka dni Papież Jan Paweł II. O szczegółach napisze Łukasz w obiecanym wyżej artykule, ja tylko wspomnę, ze w Maumere można zobaczyć miejsce gdzie Papież mieszkał wraz ze zdjęciami z tej niezwykłej wizyty, tak ważnej do dzisiaj dla mieszkańców Flores.




Mimo przestróg Ojca Tadeusza z Maumere postanowiliśmy wybrać się jeszcze do Larantuki - miejsca, gdzie ponoć wylądowali pierwsi Portugalczycy. Mieliśmy nadzieję, że znajdziemy tam coś ciekawego, a przynajmniej piękne plaże. Ojciec Tadeusz pomógł nam znaleźć odpowiedni autobus (60 tys. IDR za osobę) i po 4 godzinach jazdy stanęliśmy w centrum Larantuki :)

5.  Larantuka

Nie pamiętam już gdzie przeczytaliśmy, że warto się wybrać do Larantuki, jedno jest pewne - ktoś nas lekko zrobił w bambuko. Ok, widoczki są naprawdę przepiękne - góry, wulkany. Sama wioska Larantuka leży tuż u stóp wielkiego wulkanu. Ale poza tym za bardzo nie ma co robić. Można skoczyć na pobliską plażę - jak my. Ale plaże koło samej Larantuki nie powalają swoją czystością, więc jeśli komuś to przeszkadza, może mieć problem. Można wybrać się na jakąś oddaloną o 1,5 h jazdy na motorku, ale patrząc po tym, jak jeżdżą po górach mieszkańcy Flores- my spasowaliśmy. Ale można. Niektórzy polecają też wybrać się motorkiem do którejś z pobliskich wiosek, ale znowu - zwyczaje drogowe nas zniechęciły. Sama Larantuka najciekawsza jest ponoć w okresie Świąt Wielkanocnych, słynie bowiem z niezwykle ciekawych procesji. Ponoć miejsca w hotelach i hostelach są wykupione dużo wcześniej, wiele osób bowiem chce obejrzeć to niezwykłe widowisko. Może więc warto rozważyć w tym okresie wyprawę do Larantuki. W przeciwnym razie - sugeruję pominąć to "urocze" miasto.





Z Larantuki wróciliśmy do Maumere, gdzie czekał już na nas samolot  (i tej wersji będę się trzymać:)

Jeszcze jedną rzecz należy napisać w kontekście Flores. Pisaliśmy kilka razy, że w różnych krajach miejscowi bywają... ciut męczący. Kiedy setnej osobie odpowiadasz hello, how are you albo odpowiadasz na pytanie what is your name, to lekko cię to już denerwuje. Na Flores jest to trochę uciążliwe, bo turystów jest naprawdę niedużo, więc każdy obcokrajowiec wzbudza zainteresowanie. I niestety na Flores zauważyliśmy jeszcze coś, co lekko deprymuje. Otóż mają zwyczaj cię zaczepiać, potem coś do siebie zaczynają mówić i wybuchają takich lekko szyderczym śmiechem.  Brzmi jak chichot gimbazy uskuteczniany przez osoby w różnym wieku. Nie jest to najbardziej przyjemne wrażenie. Powiedziałabym, że plasuje się gdzieś między bólem zęba, a złamaną nogą, chociaż może to po prostu zwyczajna radość, że mogą porozmawiać z kimś po angielsku...

Podsumowując Flores: jest to bardzo ciekawa wyspa, szczególnie dla tych, którzy nie lubią utartych ścieżek i którym nie tyle zależy na konkretnych atrakcjach, ile lubią usiąść na skwerku w jakimś miasteczku i porozmawiać trochę z mieszkańcami albo po prostu poobserwować ich życie. My lubimy, więc Flores na pewno będziemy dobrze wspominać, choć nieco nas zmęczyło. Szczególnie podróżowanie, ale również niektóre noclegi. Chyba nie spodziewacie się, że na nieturystycznym Flores wszędzie znajdziecie warunki europejskie w hotelach za azjatycką cenę? No i słusznie. Bo nie znajdziecie ;)

PS
Jeszcze dla porządku kilka informacji praktycznych. Przez Flores najłatwiej przejechać łączonymi taksówkami (nazywa się to travel), które zwykle za jeden odcinek kosztują ok. 100 tys. IDR od osoby. Warunki możecie mieć w nich różne (albo 6 osób albo 12 - co się trafi). Inną opcją są autobusy publiczne - zwykle wyruszają o 6 rano (nie wiem skąd ta zbójecka pora), kosztują średnio 60-80 tys. IDR za odcinek, zaś podróż trwa o jakieś 2 godziny dłużej niż w taksówce. Zwykle hotele/homestaye pomagają zorganizować transport - najlepiej o to poprosić. Trzeba się nastawić, że wszystkie przejazdy trwają długo ze względu na kręte drogi i wysokie góry. I przetrwać. Musicie też wziąć pod uwagę, że Indonezyjczycy palą w autobusach/ taksówkach. Jeśli jedziecie tylko z driverem, to można go pewnie poprosić, żeby nie palił. Ale w autobusie może być to duży problem. Szczególnie na zakrętach....

Ceny noclegów są wyższe niż w innych częściach Indonezji i na pewno  oferują dużo gorsze warunki (a przynajmniej gorszy jest stosunek jakości do ceny). Ponoć nawet całkiem ładne z zewnątrz hotele w środku bywają paskudne. Sporo klasztorów oferuje noclegi w swoich homestayach i one - jak słyszeliśmy - słyną z czystości i normalnych łazienek. W zwykłych homestayach czysto zwykle jest, ale łazienki bywają na modłę indonezyjską. W zależności od miejsca ceny noclegów to 120-250 tys. IDR ze śniadaniem (za dwójkę).

Hmm, może powinnam napisać, co oznaczają te gorsze warunki w hotelach. Do pokoju zwykle ciężko się przyczepić. Łóżko (łóżka) z czystą pościelą. Pokoje nie są zwykle bardzo przestronne, ale znajdzie się miejsce na jakiś wentylator albo klimatyzator. Więc ok. Gorzej z łazienkami. W części homestay'ów łazienki są wspólne, co już bywa dla niektórych problemem. Gorzej jednak, że zwykle są w stylu indonezyjskim. Oznacza to ni mniej ni więcej tylko zwykły kibelek (ale często bez deski) bez spłuczki. Celem spłukania wody pobieramy ją czerpakiem z wielkiego mandi. Jakby to wytłumaczyć... Budują taką komorę - coś jak ceglaną balię i napuszczają do niej wody. Albo stawiają wielką balię plastikową i napuszczają wodę. I tą wodą się spłukuje wszystko w toalecie. Z mandi czy też balii bierze się wodę do mycia. Chcielibyście prysznic? No, czasem nawet wisi, ale niekoniecznie działa. Coś jak u Solskich z filmu Kogel Mogel. Prysznic jest (żeby nie mówili, że nie ma). Ale nie zawsze działa. Chcesz się umyć? Polewasz się wodą z mandi przy pomocy polewaczki :) Czasem woda w prysznicu jest. Ale zwykle są problemy z ciśnieniem. Czyli strumyczek. Szczerze mówiąc mycie włosów w takich warunkach to wyższa szkoła jazdy. No i zębów. Przecież nie napisałam, że gdzieś jest umywalka prawda? Bo jej nie ma. Jest kranik z bieżącą wodą. I radź sobie. Lustra też nie ma. Więc np. golenie się (to do mężczyzn) lepiej sobie odpuścić na czas pobytu na Flores :) A dla większej zachęty - zdjęcie jednej z łazienek poniżej. Ta była full wypas - miała prysznic i nawet trochę z niego kapało. A wszystko to za cenę wypasionego hotelu na Phuket czy na Bali. Bo na Bali jest duuużo taniej :) A przynajmniej porządniej ;)


PS 2
Standardowo - więcej zdjęć dostępnych w galerii Indonezji :)

Komentarze

  1. Faktycznie egzotyka:-) ale to też warto zobaczyć gdyż widoki są wspaniałe ;-) zdjęcia świetnie wykonane... U nas burze ale ciepło ;-) pozdrawiam Was zatem ciepło w

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też myślę, że warto :) Mimo paru niedogodności :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Łączna liczba wyświetleń