Jak poszliśmy na trekking w Himalaje w butach z sieciówki i zwykłych koszulkach...

Myślałam nad tym postem długo, całe 17 dni trekkingu. Nigdy jeszcze w zasadzie nie myślałam chyba nad żadnym tekstem tyle czasu (no może nad tekstem o pączuchu w Azji, który był swoistym grzebaniem we własnej duszy). O tym, że go napiszę, wiedziałam już trzeciego dnia trekkingu, po wieczorze spędzonym (po raz pierwszy) wśród innych podróżników. Kiedy tylko położyliśmy się spać po "wspólnym" wieczorze, a ja przestałam przyglądać się innym z kpiną w oczach. O tak, kpiny miałam w sobie sporo. Łukasz jeszcze więcej. Im dłużej siedzieliśmy we wspólnym pokoju i przysłuchiwaliśmy się rozmowom, tym bardziej ironiczny i złośliwy uśmiech pojawiał się na jego ustach. O tak, wiedziałam o czym myśli. A wszystko zaczęło się od bielizny....

Zaintrygowani? I słusznie, oto chodziło, ale szczerze mówiąc wszystko naprawdę zaczęło się od bielizny. Termicznej. Wyobraźcie sobie taką scenkę: mija właśnie drugi dzień "chodzenia", właśnie wdrapaliście się do Bupsy. Stwierdzenie, że się wdrapaliście nie jest może adekwatne. Ja się prawie doczołgałam do pierwszego homestaya w uroczej wiosce prawie na szczycie wielkiej góry. A przyszłam z wielkiego dołu. Kiedy po raz 1372 otarłam pot szmatą i popatrzyłam w górę zamiast widoku kamiennej drogi "pod górę", ujrzałam Łukasza siedzącego sobie spokojnie (chodzi duuużo szybciej niż ja) na krzesełku i konwersującego z grupą ludzi. Na moje nieme pytanie (nie miałam już wody, a w gardle czułam piasek) wskazał mi homestay, mówiąc, że tu się zatrzymamy, a tu jest klucz od naszego pokoju. W takich sytuacjach zwykle krzyczy się coś pobożnego na cały głos, ja krzyknęłam w sobie (z przyczyn opisanych powyżej) i powlokłam się do wskazanego pomieszczenia.

Godzinę później odświeżona zimnym prysznicem (było cieplutko i można jeszcze było sobie na to pozwolić) rozsiadłam się na wspomnianym wyżej krzesełku, żeby rozpocząć kolejny element trekkingu, popularnie znany jako socjalizacja. Szczerze mówiąc z zaciekawieniem oczekiwałam tej części wędrówki, czytałam bowiem w necie (a i sama pamiętam z młodszych lat i chodzenia po górach polskich), że trekkerzy to barwni ludzie, od których można się wiele dowiedzieć, nauczyć i z którymi można się świetnie bawić. Ze sporej grupy (radosne wrażenia ze spotkania z nimi pozostawię do opisania Łukaszowi w następnym poście, wspomnę tylko o ideałach sięgających bruku) pozostały na dworze (tudzież na polu, jeśli czyta nas ktoś z Małopolski) dwie pary: jedna z Malezji, a druga z Izraela. Rozmowa zaczęła się standardowo od narzekania na podejście, w ich przypadku również na odwołane loty do Lukli (nie planowali pierwotnie wersji z Phaplu jak my) i martwieniem się o kolejny dzień.

Nagle rozmowa wkroczyła na temat ubrań. Być może sprowokowała to moja zwykła różowa bluza (nie trekkingowa!) czy też bawełniany T-shirt Łukasza, niemniej dyskusja potoczyła się w kierunku przygotowań do wyprawy oraz niezbędnego ekwipunku. Od razu z rozbrajającymi uśmiechami przyznaliśmy się do braku "odpowiedniej" odzieży (czyt. szybkoschnących koszulek znanej marki NF, takichż bluz czy też "trekkingowych" skarpetek), co wyjaśniliśmy długim podróżowaniem po cieplejszych rejonach Azji. Nowe koleżanki z minami lekko oburzonymi wysłuchały moich cichych wyjaśnień, że sportowego stanika nie posiadam, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. I o ile Malajka pokiwała głową ze zrozumieniem, o tyle koleżanka z Izraela wyglądała jakbym złamała któreś tabu. Nie wiem, może słowo stanik w jej świecie jest zakazane.

W międzyczasie Łukasz dzielił się historią wyprawy do międzynarodowej sieciówki sportowej, którą dorwaliśmy w Kuala Lumpur. Nim jednak skończył opowiadać o cieplutkiej bieliźnie termicznej (czyli po ludzku mówiąc kalesonach i koszulkach z długimi rękawami), którą tam kupiliśmy, nowi koledzy rzucili się przechwalania czegoż to oni nie kupują w tym samym sklepie, wrzeszcząc jeden przez drugiego, że nigdy w życiu nie kupiliby tam butów. Zamarłam. Jeden i drugi z zadowoleniem, oczekując poklasku zwrócili się do swoich niewiast, kiedy postanowiłam włączyć się do dyskusji i przekuć troszkę ich balon ;) Ich wspólny albo każdego z osobna. Radośnie i z najniewinniejszą minką oznajmiłam, że my właśnie tam kupiliśmy nasze buty trekkingowe. Zamarli. Zrobiłam pauzę, słodką minkę i radośnie zaczęłam im opowiadać jak to niejedną zimę (a w Polsce zimy to ZIMY, a nie ich krajowe popierdółki) przechodziłam w podobnych butach tejże marki, a ciuchy trekkingowe generalnie są pewnie i super fajne, ale w zwykłych też da się po górach chodzić, co już parę razy udowodniliśmy i udowodnimy i teraz. Miny im zrzedły. Łukasz pochwycił temat i spokojnie wyjaśnił im raz jeszcze (popierając historię zdjęciami) czym są zimy w Polsce. Panowie rakiem próbowali wycofać się jak niepyszni, starając się zachować twarz. Kolega z kraju bardziej pustynnego chciał to zrobić, chwaląc się swoją znajomością Europy (raz był w Niemczech!) stwierdzając, że w Europie jak ktoś zna rosyjski i angielski, to rozumie wszystkie języki. Tej piramidalnej bzdury nie zdzierżyliśmy ani my ani Szkoci, którzy się dosiedli i wybuchnęliśmy wszyscy radosnym śmiechem, który poniósł się daleko ponad granią... I teraz powinna być część o chwyceniu się za łapki, odtańczeniu tańca radości i odśpiewaniu radosnej pieśni zwieńczonej tym, że kierowca autobusu wstaje i zaczyna klaskać, ale oczywiście nie będzie, bo to nie to "story". Co prawda w tej konkretnej dyskusji temat ciuchów został zarzucony, ale towarzyszył nam często w trakcie naszej wędrówki.

Zwykle towarzyszył nam - co z przykrością stwierdzam - w ramach pogardliwych uśmieszków i znaczących spojrzeń. Oto biedacy, którzy nawet porządnych ciuchów sobie kupić nie dali rady. Żeby jednak te super wypasione ciuchy "pogardliwcom" pomogły szybciej i sprawniej wkroczyć pod Everest Base Camp, to nie powiem.

Nie przeczę, że  w wielu  przypadkach specjalistyczne ciuchy są lepsze.  Lepiej odprowadzają pot, mniej się brudzą.  Sami mamy kilka sztuk takiej odzieży i jesteśmy z niej bardzo zadowoleni. Ale nie popadajmy w fetyszyzm, bez niej też się da. Na żadnej z moich stópek nie pojawił się odcisk, a przecież nie miałam butów marki na S. za 1000-1200 zł, tylko zwykłe sieciówkowe. Moje podkoszulki (z którymi przyjechałam do Azji) też świetnie się sprawdziły. A patrząc po plamach i zapachach idących często obok "specjalistycznych" wcale nie gorzej radziły sobie z potem niż te droższe wersje. O spodniach wspominać nie będę, bo to już dla mnie lekki absurd. Mają być dostosowane do temperatury, a jeśli jeszcze mają opcję z odpinanymi nogawkami, to już w ogóle wspaniale. I najlepiej, żeby nie były białe, widziałam jedną taką w białych spodniach. Jakieś 3 km od Phakding usiadła na kamieniu ze zmęczenia. I tyle było z jej białymi spodniami.  Staniki - to kwestia bardzo indywidualna, ale jak to powiedziała mi kiedyś trenerka na fitnessie jak się jej o to zapytałam - stanik sportowy sportowca z ciebie nie zrobi, ćwicz w czym ci wygodnie. Skarpetki to dla mnie absurd. Zwykłe ciepłe dały świetnie radę i jak przyglądałam się uważnie tym tzw. trekkingowym (cena tylko 3-krotnie wyższa, prawdziwa okazja) to przypomniałam sobie jak kiedyś dostałam skarpetki do tenisa. Były białe ze ściągaczami. No i to by było na tyle w tym temacie.

Cudów na kiju nasłuchaliśmy się na trekkingu oraz naczytaliśmy w necie na temat puchówek. My je wypożyczyliśmy. Świeżo wyprane. Marki nijakiej. Założyłam, pasowała, rozgrzała mnie od razu. I tyle. Taki miała cel - grzać. Nie wiem jaki jeszcze cel może mieć puchówka (chętnie się dowiem, jeśli ktoś mógłby mnie oświecić), ale doktoryzowanie się nad tym tematem uważam za nieco zbędne. No i hitem było pytanie, które usłyszałam na trekkingu odnośnie mojej kurtki przeciwdeszczowo-wiatrowej. Jakiej jest firmy, bo nikt takiej nie widział. No pewnie, że nie widział, bo ja, Kochani, tą piękną białą kurtkę dostałam kilka lat temu na konferencji sprzedażowej u mojego byłego pracodawcy (dziękuję, Nestle😉). Jak 700 innych osób na niej obecnych. I świetnie się sprawdziła na niejednym wietrze i deszczu, więc ją zabrałam w Himalaje. Po prostu. Jakieś atesty pewnie ma (a przynajmniej tak sądzę), na pewno nigdy nie przemokła i rzadko w niej marzłam. Więc działa. A firma? Co za różnica. Jedyny jej problem to kolor, bo ja oczywiście pierwszego dnia na trasie przejechałam się na błocie (nie ma to jak zejście w deszczu i mgle do Nunthali). Rezultat możecie sobie wyobrazić albo obejrzeć na zdjęciach. Prawy rękaw kryje całą prawdę.

Ale najbardziej przykre z całej tej historii jest to, że na szlaku widzieliśmy wiele osób takich jak my - w zwykłych ciuchach i z minimum niezbędnego sprzętu. I o ile niektórzy umieją się odciąć czy odpowiedzieć pięknym na nadobne, a na pogardliwe zmierzenie wzrokiem odpowiedzieć dokładnie tym samym, o tyle parę razy widziałam smutek i zażenowanie na twarzach tych, którzy mimo braku "najbardziej" profesjonalnej odzieży przyjechali w góry i wspięli się na nie, żeby po prostu z nimi obcować. Bo przecież nie o markę naszej koszulki chodzi, tylko o doświadczenia i góry.

I szczególnie słabo słucha się buńczucznych opowieści o "zbieraniu doświadczeń", "autentycznej miłości do przyrody" czy też poszukiwaniu "samej prawdy i piękna" w górach od ludzi, którzy 15 minut wcześniej jednym swoim spojrzeniem zgasili właśnie młodą duszyczkę zapatrzoną w śnieżne szczyty jak w swojego własnego Graala. Z jedną z takich duszyczek wymieniłam na szlaku parę słów. Jej radość na widok mojej zwykłej bluzy była dla mnie aż lekko dziwna, do czasu jak zauważyłam liczne spojrzenia "profesjonalistów" ukradkiem rzucane na jej niemarkową kurtkę. Moda i pycha przemocą jak widać wdziera się w świat trekkingu, podkopując entuzjazm słabszych jednostek. Można by się zastanawiać czy takie jednostki (słabsze) winny w ogóle chodzić w góry, skoro pogardliwe uśmieszki potrafią aż tak bardzo w nie uderzyć. Z drugiej strony jednak patrząc na tak długim i popularnym trekkingu człowiek chcąc nie chcąc staje się części jakiejś grupy. A w grupie jak to w grupie - każdy chce być taki sam, a jednocześnie każdy chce być wyjątkowy. Ot, jak w szkole czy przedszkolu.

Uff, ależ ze mnie zgryźliwa baba. I teraz każdy, kto choć raz kupił specjalistyczną odzież, czuje się przeze mnie ciężko obrażony i w myślach sobie powtarza: głupia zazdrosna Wydra, której nie stać na porządne ciuchy:) A wcale nie o to mi chodziło. Mój tekst ma na celu jedno: otworzyć kilka ocząt. Jeśli jednym z powodów, dla których nie pojechaliście dotąd w Himalaje, jest strach przed kosztami dookoła (czyt. sprzęt, ubrania itp), to naprawdę przestańcie się bać. Dobra kurtka się przyda, kilka par spodni na różną pogodę. Bluza, czapka, rękawiczki. A marka - jest nieważna. To nie marka za was dojdzie. To wy sami będziecie musieli pokonać kolejne wzniesienie. I nic, nawet buty za 3000 zł nie zrobią tego za was. Może poprawią wasze samopoczucie, pozwolą czuć się pewniej. No to ok. Jeśli taka jest motywacja -  super. Może wierzycie, że będzie wam wygodniej - też super. Ale jeśli na szlaku spotkacie kogoś w zwykłej bluzie i niemarkowych spodniach, pomyślcie trzy razy zanim popatrzycie ze wzgardą na tę osobę. Na koniec dnia wszyscy jesteście wygrani. Wy widzicie Everest i ta osoba też. A że nie ma na tyłku majtek Burberry, a na nogach najnowszej kolekcji drogiej marki? A co za różnica. W końcu pierwsi zdobywcy Himalajów wchodzili na górę w jeszcze gorszych ciuchach. Ale weszli. Bez wsparcia nowoczesnych sprzętów i map. Im należy się najwyższy szacunek, czyż nie?

Komentarze

Łączna liczba wyświetleń