Nasze Kuala Lumpur

Kuala Lumpur. Kuala Lumpur, to chyba gdzieś w Azji, prawda? Zgadza się, gdzieś w Azji. Bądźmy szczerzy. O ile Singapur czy Hongkong kojarzą się jednoznacznie (dużo wysokich budynków, świat finansów i chyba czysto), Bangkok bezbłędnie zwykle utożsamiany jest z Tajlandią (a także z prochami, miastem prostytutek, pysznego jedzenia i idealnego miejsca na wieczór kawalerski, co zawdzięcza głównie filmowi Kac Vegas w Bangkoku), o tyle Kuala Lumpur nie jest takie jednoznaczne. Nie kojarzę niestety żadnego filmu, który by się dział w KL, mimo że miejsc do szalonych pościgów samochodami czy też dzikich scen seksu w eleganckich apartamentach na tle świecących wieżowców byłoby sporo. Ten i ów pamięta o Petronas Towers (dwa do niedawna najwyższe budynki na świecie), ktoś coś słyszał o Batu Caves (hinduskie świątynie w jaskiniach), ale w zasadzie więcej się nie powie. Oczywiście ci, którzy byli, mogą opowiedzieć sporo: o bogatej dzielnicy biznesowej CBD czy słynnej ulicy Bukit Bintang, gdzie sklepy Armaniego migoczą od złotych lampek, a Dolce&Gabbana przyciąga uwagę czerwonym kolorem, o Masjid Jamek czyli wspaniałym meczecie i starej dzielnicy obok, po której warto się poszwędać czy też o Chinatown, gdzie można kupić literalnie wszystko (jak na stadionie X-lecia w Warszawie jeszcze paręnaście lat temu). Zwykle do Kuala Lumpur wpada się na dwa dni, zwiedza obowiązkowe punkty i jedzie dalej, co jest bardzo dobrą strategią, gdy ma się dwa bądź trzy tygodnie urlopu. Kuala Lumpur ma też jednak inną twarz, którą można dokładniej obejrzeć, jeśli człowiek zdecyduje się zostać trochę dłużej, złapać trochę rytm tego niezwykłego miasta.

O tym, co zobaczyć w Kuala Lumpur w trakcie szybkiej wizyty pisaliśmy trzy lata temu, a i inni blogerzy chętnie pokazują liczne zdjęcia i proponują rozmaite wariacje tras zwiedzania. Poza wymienionymi wyżej miejscami przewijają się w opowieściach często Wieża Telewizyjna (Menara KL z parkiem, w którym można pochodzić zarówno ścieżkami na ziemi jak i zawieszonymi na wysokościach korony drzew mostami), mini wioska ze starymi domami malezyjskimi czyli Kampung Baru (umiejscowiona obok KLCC), Lake Gardens (opisane przez nas w poprzednim poście), rozmaite malle (wielgachne domy handlowe, których jest tak dużo, że w zasadzie poza Pavilionem  czy KLCC w żadnym innym nie trzeba się przepychać czy stać w kolejkach). Nie o miejscach do zwiedzania chciałam jednak dzisiaj napisać, a o zwykłym życiu w tym pięknym mieście. No, pięknym, jak pięknym, ale mieście na pewno ;)


Jeśli przyjeżdżasz do KL na dłużej i chcesz złapać trochę "klimatu" miasta, warto rozważyć osiedlenie się gdzieś poza centrum. My najbardziej lubimy wynajmować pokoje lub całe mieszkania w wielkich condominiach. O ile w Polsce coraz więcej osób mówi stanowcze "nie" wysokim wieżowcom, a największy zachwyt wzbudzają maksymalnie czterokondygnacyjne budynki mieszkalne, o tyle w Azji nadal inwestuje się głównie w wielkie mrówkowce, wysokie na min. 40 pięter, z około 1000 mieszkań. Świetnym przykładem jest wspaniałe bloczysko You Vista, oddane do użytku koło 1,5 roku temu. Na "dachu" parkingu, który dociera aż do 8 piętra, postawiono dwa rozłączne budynki. Na najwyższym czyli 36 piętrze mieszczą się najbardziej "wypasione" apartamenty, panuje zresztą zasada, że im wyżej, tym drożej. Co ciekawe w żadnym z tych budynków nie uświadczysz piętra z czwórką (zdaniem Chińczyków ta cyfra przynosi pecha). Zatem zamiast piętra 4 masz 3a, zamiast 14 masz 13a itp.

Wydawałoby się, że gorzej być nie może. Mnóstwo ludzi, pewnie korki przy windach (jakoś nie), wszystko wybetonowane. A jednak tak wysokie budynki z dużą ilością mieszkańców mają swój plus. Ot chociażby części wspólne. Sporo ludzi w czynszu się na nie składa, są zatem dopieszczone do ostatniego źdźbła trawy. Tak, trawy, mimo że główna część wspólnotowa mieści się na dachu garażu czyli 8 piętrze.

Poza sporym basenem (infinity pool), którego chłodna i czysta woda zachęca do wskoczenia przez cały długi dzień i wieczór,  dwoma mniejszymi basenami dla dzieciaków, obowiązkową siłownią (klimatyzowana, dobrze wyposażona), trzema siłowniami na świeżym powietrzu, licznymi leżankami i fotelami, palmami, biblioteką i miejscem do pracy, są jeszcze dwa lub trzy oczka wodne z wielkimi rybami. No i miejsce na grilla. Słabo? To dodajmy jeszcze stoliki z krzesełkami, gdzie możesz zjeść obiad z rodziną (przyniesiony z pobliskiej knajpki), dwie sauny, miejsce do squasha oraz ogromne (kilkadziesiąt metrów kwadratowych) zamknięte, oszklone pomieszczenia na 31 piętrze, które możesz zarezerwować sobie na imprezę. I żadnym sąsiadom nie przeszkadzasz, bo jest teoretycznie przynajmniej dźwiękoszczelne.

Jako mieszkaniec możesz korzystać ze wszystkiego oczywiście, choć w ustalonych godzinach. Wszędzie krążą strażnicy, co z jednej strony zwiększa poczucie bezpieczeństwa, z drugiej trochę denerwuje (ciągła inwigilacja), a będąc codziennym gościem na basenie i siłowni miałam okazję obserwować managera terenów zielonych i jego drużynę, którzy codziennie ogarniali (czyścili, podlewali, pielęgnowali) całość.

Mieszkania są zwykle przestronne, choć dość dziwnie rozplanowane. Min. jeden pokój zwykle jest bez okien, a zdarzają się często również okna na korytarz. Standardowo buduje się dwie kuchnie (lekko rozdzielone ścianką), jedną tzw. "brudną" (wet kitchen) do gotowania i drugą z lodówką, blatem, mikrofalówką (nie wiem po co w sumie). Do tego dwa zlewy. No cóż, taki klimat. W kuchni zwykle (albo na balkonie) trzyma się pralkę. Z naszych obserwacji wynika, że większość mieszkań ma przynajmniej jeden master room z oddzielną łazienką, pozostałe zaś pokoje korzystają z dodatkowej łazienki w korytarzu. Oczywiście można sobie wynająć też małe samodzielne mieszkania, zwykle jest to kuchnia połączona z salonem i do tego oddzielnie sypialnia.

Wszystkie mieszkania mają dodatkową kratę przy drzwiach i sporo osób same drzwi pozostawia otwarte na oścież przez cały dzień (przewiew zawsze w cenie w gorącym klimacie), zamykając na kłódkę tylko kratę. Oczywiście wszystkie pokoje mają podwieszane wiatraki oraz większość ma klimatyzację, ale i tak przewiew najlepiej robić na wylot. No i przy okazji można trochę ekshibicjonizmu okazać, chodząc w samych majtach po domu i machając radośnie do sąsiadów. Taki klimat. Albo podrażnić ich powonienie swoim pysznym obiadem (co tam, że kupionym w mamaku na dole). W Polsce doszłoby jeszcze pokazanie, że się robi schabowe (jakby kto nie usłyszał dobrze tłuczka walącego w mięso) tudzież wskazania nowej meblościanki ;) Zwykle nie ma czegoś takiego jak korytarz do mieszkania, wchodzi się od razu do salonu, więc wszystko widać. Wiele mieszkań między kratą, a drzwiami wejściowymi ma maleńki korytarzyk (z pół metra), w którym wstawia się szafkę na buty, co jest bardzo dobrym pomysłem. Po domu i tak chodzimy na boso (po terakocie, nie widzieliśmy jeszcze mieszkania z deskami na podłodze), po co zatem zaśmiecać i zasmradzać mieszkanie?

Naturalnie są i minusy takich mieszkań. Po pierwsze ciągła inwigilacja. Zanim wejdziesz do mieszkania trzy albo cztery razy musisz przyłożyć gdzieś kartę do czytnika. I jakby tego było mało, karta pod konkretne mieszkanie często bywa zakodowana tak, że można z jej pomocą wjechać windą na swoje piętro, na wszystkie wspólne tereny i tyle. Chcesz odwiedzić sąsiada na 11, a mieszkasz na 15? Schodź schodami pożarowymi i niech sąsiad ci drzwi otworzy na swoim piętrze. Albo umówcie się na 8 piętrze (wspólne baseny), ty zjedziesz, on zjedzie i potem zabierze cię do siebie. Bo przecież inaczej mógłbyś (nie daj bogom azjatyckim) łazić po nieswoich piętrach. Co tam, że wszędzie są kamery i ktoś zawsze cię śledzi. Nie ma takiej opcji i już.

Minusem są również godziny działalności części wspólnych (zwykle max do 22), co akurat w przypadku gorących nocy w KL nie ma uzasadnienia. Osobiście nie miałabym nic przeciwko popływaniu o północy w basenie czy też poćwiczeniu tuż przed pójściem spać. No, ale zasady to zasady. Całe piętro jest odcinane i basta.

Okna. Wielki minus dla projektantów takich budynków. Zwykle ciągną się się podłogi do sufitu, a uchylić (i to na 30 cm) możesz niewielki kawałeczek. Tak, wiem. Chodzi o bezpieczeństwo, żeby nikt nie wypadł itp. Ale z drugiej strony jak osoba dorosła chciałaby zrobić ciut większy przewiew to nie ma jak, bo jest głupia blokada. Nie dość, że otwierane okno jest małe, to jeszcze otwiera się na maleńką szerokość. Bez sensu zupełnie.

Ostatni element to łazienki. Jak się zapewne spodziewacie, większość łazienek nie ma kabin prysznicowych (w końcu to Azja), tylko prysznice po prostu. Zachlapanie łazienki to kwestia dwóch minut. A już nie wszyscy posiadają "ściągaczki"(które nota bene świetnie się sprawdzają) i tak potem, przez pół dnia masz mokrą podłogę w łazience. W konsekwencji musisz mieć dywanik przy wyjściu z łazienki (inaczej pobrudzisz podłogę w innych pomieszczeniach), ale również zagrożenie grzybem rośnie skokowo i trzeba naprawdę często i porządnie sprzątać, żeby tego uniknąć.

Oczywiście zamiast mieszkania w condo przyjeżdżając do KL można wybrać mieszkanie w jakimś mniejszym domku. Tylko załóżcie sobie od razu przy parterowych domach dużą ilość karaluchów (na ulicach jest ich sporo, łatwo wchodzą do domu), mrówek (to akurat również plaga w condo) czy też szczurów. Zupełnie jak we Wrocławiu czy w Warszawie ;) Za condo jednak zwykle przemawiają lepsze warunki, fajniejsze okna (szczególnie jak wychodzą na zewnątrz) oraz możliwość korzystania z infrastruktury wspólnej (ach, ten basen). Osobiście polecamy condo :)


Komunikacja publiczna jest bardzo dobrze rozwinięta, opiera się na sieci pociągów (LRT, MRT, KTM Komuter i Monorail, do tego jeszcze pociągi lotniskowe KLIA Express i KLIA Transit) oraz autobusów (Rapid KL). Przejazdy nie są drogie (max. można zapłacić ok 4 RM za jeden, za wyjątkiem wyjazdów na lotnisko czy poza Klang Valley), choć i tak potrafią trochę szarpnąć po kieszeni. Niestety nie wprowadzono jeszcze biletów np. trzydniowych czy tygodniowych. W tym roku (2019) pojawił się bilet miesięczny, ale jest on dostępny tylko dla osób mieszkających na stałe w Malezji, co jest bardzo przykre.

Poza komunikacją miejską można korzystać również z Graba, trzeba jednak pamiętać, że poziom zakorkowania miasta jest ogromy. Niestety Malezyjczycy nie nauczyli się jeszcze, że można gdzieś podejść i wszędzie gdzie się da jeżdżą samochodami. Być może nowy bilet miesięczny troszeczkę poprawi sytuację w mieście, choć myślę, że jeszcze sporo wody upłynie w niejednym kanale zanim prawdziwe rozwiązania przeciwdziałające korkom zostaną wdrożone.

Zaczęłabym od budowy chodników i przejść. O ile w centrum możesz spokojnie bezpiecznie maszerować sobie chodnikiem (choć warto rozglądać się wokół czy jakiś kretyn motorkiem po chodniku nie jedzie), o tyle w dzielnicach poza ścisłym centrum chodników jak na lekarstwo. Trzeba zadowalać się bokiem drogi i o ile nie jest to droga szybkiego ruchu (a takich też sporo w mieście zrobili), o tyle ma się szansę przeżyć. Niestety budowniczy miasta popełnili i niestety nadal popełniają (co widać w nowych dzielnicach na skraju miasta) wiele błędów w kontekście ułatwienia życia spacerowiczom. Szczerze mówiąc dla nas, uwielbiających długie spacery, to jest to jeden z największych minusów KL. I nie da się tego niczym zrekompensować. Mieszkając w You Vista widzieliśmy z okien pobliski hipermarket Giant, ale teoretycznie droga do niego na piechotę wiodła takimi zakrętami, że trwałaby prawie godzinę (ponad 6 km). Przekraczając nielegalnie jezdnię tuż obok drogi szybkiego ruchu byliśmy w stanie dotrzeć do sklepu w niecałe 20 minut. Ale jednak na nielegalu  i z narażeniem zdrowia. I po co to komu? Jedno przejście dla pieszych rozwiązałoby problem. Albo kładka z metra na drugą stronę. Ech, Malezjo, Malezjo.

Giant zresztą to tylko jeden przykład. Jeżeli ktoś zamieszkał w bloku stojącym po drugiej stronie trasy szybkiego ruchu, to mimo iż do metra w linii prostej miał kilkaset metrów, nie był w stanie się do niego dostać bez samochodu/autobusu. Bo nie da się przejść. I zamieszkaj teraz w ramach wakacji w takim budynku, gdzie widzisz metro i teoretycznie powinieneś być w stanie szybko się do niego dostać. To trochę jak z łazienką u Solskich. Metro jest, ale nie skorzystasz łatwo. Albo w ogóle.

KL jest miejscem dość zielonym, zarówno w obrębie miasta jak i tuż poza nim jest sporo parków, lasków, mini gór do zbycia. I znowu kłania się niekiedy brak myślenia na poziomie abstrakcyjnym. Jest park. Ma parę hektarów powierzchni i ponoć jest super ładny. Ale jest otoczony wielkim murem. A wejście jest jedno. Nim dotrzesz do parku chodnikiem poza murem zdążysz się trzy razy zmęczyć. Szczególnie w tym upale. Inny przykład to górka, na którą poszliśmy "na spacer". Miało być lekko, łatwo i przyjemnie. Trasę wydłużoną, z wyjściem z drugiej strony, ładnie rozrysował nam Google i potwierdziły internety. I niestety jak zmoknięci (burza nas dopadła), lekko brudni (nikt nie napisał, że na tej trasie konieczne było zamontowanie lin, bo inaczej nie da się zejść i byliśmy eufemistycznie mówiąc lekko nieprzygotowani) dotarliśmy do skraju lasu, okazało się, że przejścia nie ma. Znaczy jest, ale przez środek jakiegoś terenu za wielkim płotem. Skończyło się na tym, że musieliśmy obejść płot wielkimi chaszczami, gdzie oczywiście dopadły nas nasze ulubione pijawki. I tak dorobiłam się kolejnych blizn na nogach. Chyba powinnam je zacząć liczyć albo chociaż kolekcjonować. Nadawać imiona? Tyle ich już jest :(

Jedzenie, ach, temat rzeka w tym pięknym mieście. Z niezrozumiałych dla mnie przyczyn sporo ludzi upiera się, że najlepsze malezyjskie jedzenie można znaleźć na Penang. Byłam, próbowałam, dobre jest. Ale czy najlepsze? Najlepszego mamaka ever znalazłam w Cameron Highlands. Najsmaczniejsze Nasi Goreng jadłam w malutkiej knajpce w KL, zaś najlepszą Laksę w Mallace. Nie będę się upierać, że najlepsze na świecie, ale najlepsze wśród tych, które jadłam. I oczywiście na Penang jest sporo super knajpek, w których można dobrze zjeść i niejeden kucharz jest tam mistrzem w swojej dziedzinie. Ale tak sobie myślę, że jednak kręcąc się po ulicach stolicy można znaleźć co najmniej tak samo pyszne dania. Choć to oczywiście tylko moje wrażenie.

W każdym razie z głodu w KL paść się nie da. Liczne mamaki z hinduskim jedzeniem, mnóstwo chińskich restauracji ze wspaniałymi daniami, których nazw nie znam, bo pokazywałam paluszkiem, a potem piałam z zachwytu - są dostępne na każdym kroku. Oczywiście w rejonie Bukit Bintang więcej będzie eleganckich knajpek i drogich restauracji  (też pysznych) niż niewielkich, tanich mamaków, ale wystarczy wyjść poza tę dzielnicę, żeby znaleźć się w niedrogim kulinarnym raju. Dodatkowo w większości dzielnic przynajmniej raz w tygodniu odbywa się Night Market (Pasar Malam po malajsku). Trzeba pytać mieszkańców o lokalizację i termin albo poszukać w Google. A Night Markety to jak wiemy czyste obżarstwo, bo tyle jest opcji i każdą człowiek ma ochotę spróbować. Po takim wypadzie na Night Market naprawdę należy bezwzględnie odwiedzić siłownię albo chociaż basen i to nie celem popluskania się w jacuzzi ;)

Oczywiście o Kuala Lumpur można pisać jeszcze całe książki i człowiek tematu nigdy nie wyczerpie. Osobiście lubię KL, choć dostrzegam wiele jego mankamentów i nie jestem pewna czy chciałabym w mieście mieszkać. Jednak ten brak możliwości dojścia w różne miejsca dla mnie jest sporą barierą (uwielbiam spacery) i ważnym aspektem przy podejmowaniu decyzji. Ale chwilę posiedzieć dłużej? Czemu nie:) Często słyszy się i czyta, że ludzie poszukują "prawdziwej Malezji" i że w KL jej nie znajdą. Protestuję przeciwko takiemu gadaniu! To jest bzdura na resorach. Wystarczy usiąść na chwilę na ławce albo schodkach i popatrzeć na ludzi. W centrum na tych wymuskanych, biegnących do "ważnej" pracy. W mniejszych dzielnicach na tych w codziennych strojach, robiących zakupy, dyskutujących na skwerku czy pijących kawę w małej kafejce i rozprawiających o czymś nad  jedną gazetą. Malezja to nie tylko dzikie dżungle i niewielkie wioski. To również nowoczesne Kuala Lumpur z jej mieszkańcami. Wszystkimi. Ale to już chyba temat na kolejny artykuł ;)

Komentarze

Łączna liczba wyświetleń