Ko Mook: wyspa u progu raju

Mieliście kiedyś okazję być w miejscu, które prawie zasługuje na nazwę raju? I to "prawie" wynika zarówno z faktu, że samo miejsce ma pewne "problemy" jak i z tego, że tuż obok można znaleźć coś, co podnosi skalę rajskości na wyższy poziom? Dla nas takim miejscem okazała się wyspa Ko Mook, kolejny punkt na naszej "wycieczkowej" mapie. Opinie o wyspie były niejednoznaczne, postanowiliśmy zatem osobiście zweryfikować jak to z Ko Mook tak naprawdę jest. A przynajmniej jak nam się spodoba, w końcu bowiem o obiektywizmie ciężko tutaj mówić. Ale jak to mówili starożytni Indianie "moja mojszość jest najmojsza" czy coś w ten deseń. W każdym razie - witamy na Ko Mook. 


Ko Mook znajduje się na północ od Ko Lipe. Najlepiej dostać się na nią z przesiadką w Trang. Jak pisałam poprzednio udało nam się znaleźć transfer do Trang, postanowiliśmy również zostać na jedną noc w tym "prześlicznym" mieście, znaleźć transfer na Mook, zrobić pranie no i wybrać się na nocny rynek. Czy wspominałam już, że mieliśmy kiedyś okazję już nocować w Trang? W czasie naszej poprzedniej podróży, w drodze z Ko Lanty na Langkawi zrobiliśmy sobie stopover. I zachwyciło nas jedzenie na nocnym rynku. Pamiętając nadal pyszne smaki i racjonalizując sobie nocleg koniecznością zrobienia prania, wybrania kasy z bankomatu oraz załatwienia dalszego transportu, dotarliśmy do Trang. Pranie było pierwszym priorytetem i ku naszej radości w naszym hotelu pralki były dostępne. Standardowo za 30 THB za pralkę. Problemem okazał się niestety brak suszarki. Po krótkich dywagacjach zdecydowaliśmy się jednak pranie zrobić i wysuszyć na podwórku za hotelem. Właśnie zabieraliśmy się za wywieszanie, kiedy przyszła burza. Niestety od tego momentu deszcz towarzyszył nam aż do późnego wieczora. Nie przeszkodziło nam to w wyprawie na nocny rynek czy załatwieniu pozostałych tematów, ale nasze pranie... Ujmę to tak: jak się nie ma wyjścia, kupuje się długi sznurek i rozwiesza w pokoju hotelowym, a potem modli się do pradawnych bogów azjatyckich, żeby wyschło do rana. No i wyschło ;) Jak mawiał król Julian: jesteście bomba, pradawni bogowie ;)

Transfer do Ko Mook wykupiliśmy w małej agencji przy dworcu kolejowym, kosztował 250 THB od osoby i zawierał pick up z hotelu, przejazd na przystań i prom na wyspę. Nauczeni doświadczeniem z  Ko Lipe nie rezerwowaliśmy noclegów, prosto z promu udaliśmy się na ich poszukiwanie. I tutaj ciekawostka. Większość blogów/forów mówi, że najlepiej zatrzymać się w pobliżu Charlie Beach, bo tam właśnie wszyscy nocują. Jak się okazało nie jest to do końca prawda. Ok, znaleźliśmy sobie fajny i niedrogi nocleg (tę historię zaraz również opiszę), ale większość knajpek jak i sklepy znajdowały się po drugiej stronie wyspy, koło przystani. Ładniejsza plaża, jak się okazało, również. Z dzisiejszej perspektywy patrząc, polecałabym jednak szukać noclegu w wiosce, w okolicach przystani. 


Jak już wyżej wspomniałam my udaliśmy się w kierunku Charlie Beach (ok. 2,5 km od przystani). Noszenie plecaków w skwarze na taką odległość jednak nie wydało nam się zbyt dobrą opcją, złapaliśmy sobie zatem tuk tuka, który za 50 THB od osoby (standardowa cena) przerzucił nas w pobliże ośrodka Had Farang Bungalow, który wcześniej sprawdziliśmy na Agodzie. Okazało się oczywiście, że pokoje są (turystów było na wyspie naprawdę mało), ale cena na Agodzie jest o 30% niższa. Czy możemy zapłacić niższą cenę bezpośrednio w hotelu? Nie, jak chcecie niższą rezerwujcie przez Agodę. Co oczywiście uczyniliśmy, komentując do siebie, że takiej wersji biznesu (w końcu hotel za każdą rezerwację płaci dodatkowo Agodzie jakiś procent) nie rozumiemy. Co prawda nocleg był skromny, ale czysty, a przed naszym domkiem rozpościerał się cudny widok na zielony ogród. W całym ośrodku oprócz nas mieszkały jeszcze Brytyjka i Belgijka, z którymi się szybko zaprzyjaźniliśmy. Poleciły nam nawet swoje ulubione dania w knajpce hotelowej, które okazały się naprawdę smaczne. 


Wróćmy jednak do wyspy. Jak wspomniałam najbliższą nam plażą była Charlie Beach. Wybraliśmy się ją obejrzeć jeszcze tego samego dnia. Jest bardzo ładna, choć w porównaniu z Ko Lipe wyglądała... dość skromnie. Dodatkowo po drodze na plażę mija się nieczynny ośrodek, który w tym momencie jest trochę śmietniskiem, co oczywiście nie wpływa pozytywnie na odbiór całości. Ale woda jest czyściutka, ciepła, a piasek jasny :) Czegóż chcieć więcej. Dodatkowo z plaży można wypożyczyć sobie kajak i popłynąć do jaskini Emerald. My wybraliśmy wersję wycieczki całodniowej, która zawierała w sobie zwiedzanie jaskini, zatem kajaki zostawiliśmy innym :)

Przybijając do przystani z pokładu łodzi można obserwować przepiękny cypel (palmy, jasny piaseczek), na którym mieści się wypasiony resort ze ślicznymi domkami. Kąpiel w wodzie od strony przystani ponoć do najfajniejszych nie należy (w końcu przystań, łódki itp), ale po jego drugiej stronie jest już bardzo przyjemna. Można bez problemu rozłożyć się pod jednym z licznych drzew i wskakiwać do krystalicznie czystej wody. 


Jak już wspominałam większość "życia" ma miejsce w wiosce koło przystani, powinnam chyba jednak napisać, że wioska ta ma dwa oblicza. Jedno dla turystów (ładne resorty, knajpki, sklepiki, agencje turystyczne) i jedno, w którym mieszkają sobie po prostu Tajowie. Ok, na Ko Lipe też tak było, choć w mniejszym zakresie (tam mieszka zaledwie 800 osób), ale na Ko Mook można dość wyraźnie zobaczyć czym jest tajska uboga wioska. Śmieci to jeden aspekt, błoto i chylące się trochę domki to inny. Entuzjastów zwiedzania zwykłej Tajlandii zapraszam na wyprawę, ci jednak, którzy wolą żyć w przekonaniu, że Tajlandia to piękny kraj szczęśliwych ludzi powinni omijać tą część wyspy. To jest niestety jedna z wielu twarzy tego państwa i choć możemy zaklinać rzeczywistość, wrzucając na FB czy Instagrama tylko ładne, podkolorowane zdjęcia, to nie należy zapominać, że tutaj żyją na co dzień zwykli ludzie. Z drugiej strony dokładanie teorii, że to jest właśnie ta najprawdziwsza Tajlandia też jest bardzo krzywdzące dla kraju. Pisałam o tym już parę razy, ale powtórzę: moim zdaniem prawdziwa Tajlandia jest wszędzie, gdzie żyją Tajowie. I ta wioska na Ko Mook i Bangkok. Tylko tyle i aż tyle. 


Wyspa Ko Mook jest niewielka i poza spokojnym, lokalnym życiem oraz plażami nie ma zbyt wiele do zaoferowania, ale może stać się świetną bazą wypadową na pobliskie wysepki. Nam bardzo zależało na zobaczeniu i postawieniu chociaż jednej stopy na wyspie Ko Khradan (uznawanej za jedną z piękniejszych w Tajlandii), a oferowane przez biura podróży wycieczki nie zakładały tej opcji. Zdecydowaliśmy się zatem w końcu na wynajęcie prywatnej łodzi. Udało nam się znaleźć parę Niemców, którzy również chcieli skorzystać z tej opcji. Za całą łódkę zapłaciliśmy 2300 THB za cały dzień (liczony od 7 do 17). Wersja do godziny 15 (proponowana nam przez agencję) zakładała koszt 2000 THB, ale chcieliśmy zapewnić sobie wystarczająco dużo czasu, żeby na spokojnie zwiedzić wszystkie interesujące nas miejsca. 

Co prawda na dzień dobry złapaliśmy opóźnienie (łódka miała najpierw zgarnąć Niemców z przystani a potem nas z Charlie Beach, ale okazało się, że nie może przybić do Charlie, bo jest za niska woda), ale już przed godziną 8 rano wskakiwaliśmy do wody w kapokach tuż przed wejściem do Emerald Caves. 

Nasz "driver" z latarką na czole pokierował nas do niewielkiego wejścia. Przez jakieś 80 metrów płynie się pod prąd przez dość niski i kręty korytarz, aż nagle z przodu pojawia się dzienne światło. I oto człowiek wchodzi do magicznego świata. Szczerze mówiąc mieliśmy bardzo silne skojarzenia z książką Juliusza Verne'a czy też serialami z dzieciństwa (wchodzisz w magiczny/ zapomniany świat) i oto znajdujesz się w raju. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam. 


Oto bowiem człowiek nagle stoi w niewielkiej lagunie (krystalicznie błękitna woda), w wielkiej jakby studni, z wysokimi skałami dookoła, obrośniętymi dżunglą. O tej porze Emerald Cave było puste, tylko dla nas. Przez ponad pół godziny chodziliśmy wokół, oniemiali z zachwytu, robiąc liczne zdjęcia i szczerząc się tylko do siebie w uśmiechu. 


Ktoś rzucił komentarz, że to idealne miejsce dla piratów (mogliby chować tutaj swoje skarby) i zaraz okazało się (dzięki tablicy informacyjnej), że faktycznie kiedyś to miejsce było ich kryjówką. Wcale się nie dziwię. Myślę, że sam Jack Sparrow byłby zachwycony Emerald Caves. Szczególnie jakby mu pozwolili tam posiedzieć z butelką dobrego rumu ;)

W końcu zebraliśmy się do powrotu i był to ostatni praktycznie moment, bo i tak utknęliśmy przy wyjściu. Oto bowiem przypłynęła pierwsza łódź z turystami z pobliskiej Ko Lanty, którzy tłumnie (a było to jakieś 40 osób) zamiast dać nam wypłynąć, wpychali się na siłę przez niewielki tunel. 

Po wypłynięciu z jaskini wdrapaliśmy się na łódź (niech żyje moja zgrabność i posiniaczone jeszcze po poprzedniej wyprawie longboatem piszczele) i powoli skierowaliśmy na pobliską plażę.

Zrobiliśmy jej kilka zdjęć z wody i udaliśmy się na pierwsze miejsce do snorkelingu. Nie znam nazwy, na szczęście znał je nasz "driver". Rafa była mniej kolorowa niż przy Ko Lipe, ale rybki zachwycały barwami i różnorodnością. 

Kolejny punktem naszej wycieczki była wysepka Ko Ngai. Nasz przewodnik najpierw zabrał nas na jedną z głównych plaż, przy których mieści się mnóstwo resortów. Nie powiem, plaża była malownicza (te piękne formacje skalne w morzu, biały piaseczek i przejrzysta woda), ale dość... "uwięziona". Nie da się z niej za bardzo wydostać na pozostałe części wyspy (brak dróg), człowiek jest zatem całkowicie zależny od jedzenia/knajpek przy plaży. I jeszcze na dodatek przed domkami dziennie przewalają się setki turystów z innych wysp, którzy przypłynęli na wycieczkę. Chętnie obejrzałam tę plażę, ale mieszkać bym chyba nie chciała.


Ach, no i jeszcze jedno. W necie parę razy natknęliśmy się na informację, że Ko Mook jest bardzo brudna, zaś Ko Ngai czysta jak łza. Zatem... no nie jest.O Ko Mook już pisałam. Na Ko Ngai również można zobaczyć sporo śmieci i to w tej części turystycznej. Czy to zatem takie dużo lepsze miejsce...

Poza obleganą powszechnie plażą na naszą prośbę przewodnik zabrał nas na maleńką, pustą plażyczkę. Radośnie zanurzyliśmy się w wodzie, zachwyceni Niemcy rzucili się do oglądania pobliskiej rafy i każdy czuł się tak wspaniale i błogo....

Ale powoli na horyzoncie rysowały się ciemne chmury, uznaliśmy zatem, że trzeba ruszać dalej. Po drodze jeszcze jedno miejsce do snorkelingu i oto gnaliśmy z wiatrem na wyczekiwaną Ko Khradan,w której słyszeliśmy, że to raj. No i faktycznie jest. 

Z przykrością stwierdzam, że nie mamy za dużo zdjęć z tego przecudnego miejsca. Z prostej przyczyny. Zdążyliśmy wskoczyć, popływać, posnorklować (tuż przy plaży jest piękna kolorowa rafa), przespacerować się plażą i udać na lunch do jednej z nadbrzeżnych knajpek (ceny powalające, ale jeść trzeba), kiedy rozszalała się potworna burza. Ogromne wiatrzysko wtargnęło razem z piaskiem do knajpki, a ku naszemu przerażeniu wielgachne fale prawie przewróciły naszą łódkę. Zdążyliśmy jeszcze zobaczyć jak trzech dodatkowych Tajów dopada łódki, przestawia ją z trudem, wskakuje do środka i po chwili łódeczka zniknęła nam z oczu. Uznaliśmy, że nasz "driver" postanowił przeczekać burzę po drugiej stronie wyspy, osłonięty nią (okazało się, że mieliśmy rację), ale było to dość niepokojące. 

Na szczęście burza trwała tylko godzinę i gdy tylko fale trochę się uspokoiły, na morzu ukazała się nasza łódka. Szybko wskoczyliśmy do środka, założyliśmy kapoki, z radością uspokoiliśmy się, że nasze rzeczy, które na niej zostały, nie wleciały do morza (choć wszystko było całkiem mokre) i po półgodzinnym rejsie (dość mocno bujało) postawiliśmy stopy na suchej plaży Ko Mook. Deszcz nadal padał na wyspie, ale my i tak byliśmy mokrzy, zatem nie przeszkadzało nam to w ogóle. 

Usiedliśmy na naszym tarasiku, zrobiliśmy sobie ciepłą kawę i zaczęliśmy się zastanawiać jak ocenić cały pobyt. Wyspa Ko Mook podobała nam się w znacznym stopniu. Ok, w wiosce plus na drodze na plażę Charlie leży trochę śmieci, ale widać też próby segregowania i porządkowania tego. Poza tym ten sam problem dotyczy wszystkich pozostałych wysp (nie wyłączając Ko Lipe), kwestia jest tylko taka, jak dobrze miejscowym udaje się śmieci ukryć bądź nie przed turystami. Emerald Cave jest cudowna, a plaża na Ko Khradan to prawdziwy raj. Nie ukrywam, że chętnie bym na nią jeszcze kiedyś wróciła. 

Nadszedł jednak dzień wyjazdu, załatwiliśmy sobie w naszym hotelu (wszędzie były takie same ceny czyli 250 THB od osoby) transfer do Trang (zabrali nas z hotelu, zawieźli na przystań, zaś przy promie na lądzie czekał już busik, który powiózł nas ku Trang). I tak zaczęła się następna cześć naszej wyprawy czyli podróż do Krabi. Ale to już będzie następny odcinek sagi ;) 

PS
W galerii tradycyjnie znajdziecie więcej zdjęć :)

Dodatkowe informacje praktyczne:
Teoretycznie za Emerald Caves pobierana jest opłata w wysokości 200 THB od osoby, ale my chyba byliśmy za wcześnie, bo nie było komu zapłacić. 

Komentarze

Łączna liczba wyświetleń