Wielka Wyprawa Australijska - jak się przygotować?

Przejechaliśmy w Australii 16 tys. km. To o 400 km więcej niż z Warszawy do Sydney. Albo jakby pojechać w linii prostej z Warszawy do Lizbony - 6 razy. Czyli w sumie: dużo. Bardzo dużo. A przynajmniej z naszej, europejskiej perspektywy. W Australii odległości liczy się inaczej. Rzut beretem to jakieś 300 km, całkiem blisko 500 km. Kawałek dalej to około 1000 km. Kwestia względna. Ale czego można spodziewać się po kraju, który powierzchniowo stanowi 2/3 Europy, a jednocześnie ma mniej mieszkańców niż Polska? I to aż o 10 mln mniej? 

Niby człowiek do szkoły chodził, geografii się uczył i to wszystko wie. Że Australia jest wielka, ale słabo zaludniona. Że wiele terenów do zamieszkania się po prostu nie nadaje albo wymagałoby to bardzo dużo pracy. Że najwięcej ludzi mieszka w południowo-wschodnich rejonach w okolicach aglomeracji jak Sydney, Melbourne. Ale na koniec dnia planując wyprawę po Australii popełnia mnóstwo błędów, bo wiedza wiedzą, ale doświadczenia z innych wypraw sprawiają, że na fakty się ślepnie i przyjmuje się europejski punkt widzenia. A to błąd. 

I my niejeden błąd poznawczy popełniliśmy. Po pierwsze odległości. Wyznaczając trasę planowanego przejazdu zakładaliśmy zrobienie około 12 tys km. Ot, przejazd z Perth nad morzem do Darwin, potem zjazd przez pustynię do Uluru, być może (jeśli trzeba będzie na wybory pojechać) dodatkowa wyprawa do Adelajdy, a potem nadbrzeżem powrót do Perth. Po drodze kilka ładnych miejsc, parę parków narodowych.  Nie doliczyliśmy kręcenia się po różnych miejscach, zjazdów "tuż obok" i paru innych rzeczy. Słowem - nie doliczyliśmy się 4 tys. km. To jak wyprawa z Legnicy na francuskie wybrzeże Atlantyku w obie strony. Tak dla porównania ;)

Oczkami wyobraźni widzieliśmy spanie w namiocie, wieczorne oglądanie gwiazd, częste grillowanie, radosne spotkania z innymi wesołymi podróżnikami, romantyczne zachody słońca na plaży, długie przejazdy pustynią w rytm płynącej z radia muzyki... Takie tam instagramowe widoczki i doświadczenia na pięknej wyprawie. Nie powiem, część z tego udało się zrealizować, ale spora część jest bujdą na resorach i naprawdę naiwność okazałam ogromną wierząc w opowieści innych. A może po prostu cynizmu mam za dużo w sobie, żeby pewne rzeczy komiczne mi się nie wydały, trudno stwierdzić. 

W każdym razie dzisiaj, patrząc z perspektywy czasu mogę napisać tylko jedno: jeśli kiedykolwiek mieliście ochotę zasmakować się w podróży autem przez dziki nadal kraj, wpadajcie do Australii. Nie uda wam się na tym wyjeździe prawie nic z tego, co sobie założyliście, ale cały wyjazd uda wam się znakomicie. Brzmi dziwnie? No worries, mate ;) 

Artykułów na temat naszej Wyprawy Australijskiej (koniecznie pisanej wielką literą) będzie kilka, bo myśli w głowie kłębi się sporo. Zacznę od spraw najprostszych: planowania podróży. Nie będzie tutaj oczywiście wersji pod hasłem: jak dotrzeć do Australii ani nic o wizach - te rzeczy przewijają się przez internet w tylu miejscach, że naprawdę szkoda mi na to czasu. Skupię się bardziej na przygotowaniu samego przejazdu i na co warto zwrócić uwagę. Zatem do dzieła. 

Trasę zaplanowaliśmy "mniej więcej" - palcem po mapie. Start i powrót: Perth. Punkty obowiązkowe: Darwin, Uluru, być może Adelajda. O, pewnie, że im więcej czytaliśmy blogów, zdjęć i grup na Fb (szczególnie tych w rodzaju Australia Backpacker), tym więcej miejsc pojawiało się na naszej liście. Ale ogólnie postanowiliśmy trzymać się głównej trasy i zjeżdżać z niej tylko na wyjątkowe widoczki. I w sumie można uznać, że to się udało. Co prawda te nieszczęsne 4 tys. km on top to w dużej mierze właśnie wynik tego zjeżdżania, ale warto było. Planowanie (głównie robione podczas pierwszego tygodnia w Perth) zostawiło nas z długą listą miejsc po drodze do "być może zobaczenia", kilkoma widoczkami z "must see" i przekonaniem, że resztę jakoś się ogarnie po drodze.

Mieliśmy dwie daty graniczne: wybory 13 października (pytanie tylko było czy trzeba będzie jechać "tylko" do Adelajdy czy aż do Melbourne) plus powrót do Perth najpóźniej 12 listopada. Na to nałożyły się dodatkowe okoliczności: pogoda. Przez większość naszego pobytu w Perth lało jak z cebra. Co więcej temperatura nocą spadała do 7-8 stopni (a tu w domach ogrzewania niestety nie mają), a w dzień utrzymywała się między 16 a 30. Tak, to tutejsza wiosna. Po długiej dyskusji postanowiliśmy zatem uciec na północ nieco szybciej, odpuszczając sobie kilka punktów, gdyż oglądanie ich w deszczu i tak byłoby bez sensu. 

W trakcie dalszej części podróży wielokrotnie odpalaliśmy apki z pogodą (co ciekawe, prognozy się sprawdzały) i dostosowywaliśmy trasę do pogody. W sumie trafiliśmy całkiem nieźle. Jakieś 1000, no może 1500 km na północ od Perth pozbyliśmy się długich spodni i zrobiło się całkiem ciepło. Nim dotarliśmy w okolice Darwin (okolice oznaczają plus minus 2000 km😂) marzyliśmy o porządnym deszczu i z desperacją szukaliśmy cienia oraz ochłody, na pustyni w dzień gotowaliśmy nasze mózgi, a w nocy spaliśmy w bieliźnie termicznej, która została nam po wyprawie w Himalaje.

Zmieniała się nie tylko temperatura, ale i stopień wilgotności. Na północy i na pustyni było tak sucho, że człowiek się w ogóle nie pocił (wszystko od razu parowało), a kremy i balsamy nawilżające skończyły się nim dotarliśmy do Alice Springs i trzeba było kupić nowe.

Na wybrzeżu w okolicach Broome czułam się jak w Azji: gorąco i wilgotno. A czekało nas jeszcze spotkanie z Adelajdą (znowu zimno i pada) oraz trasa do Perth (wszystkie opcje z upałem, zimnicą, wiatrami i nieznośną duchotą zaliczone). Planując tę trasę nie miałam pojęcia, że pogoda będzie aż tak zmienna. Ok, trochę. Będzie ciepło, ale w Azji też bywało ciepło. Tiaaaa... te błędy poznawcze. 

Niemniej jak się okazuje trafiliśmy w sumie na niezłą pogodę na całej trasie. Przynajmniej powodzie zostały nam oszczędzone, a są one postrachem i przekleństwem sporej części Australii i planując trasę trzeba wziąć to pod uwagę. Setki razy mijaliśmy po drodze (szczególnie w części północno-zachodniej oraz północnej) znaki pod hasłem: ta droga jest narażona na zalanie, sprawdź czy jest przejezdna. Oznaczenia wskazywały, że może być zalana do 2-3 m wysokości czyli całkowicie nieprzejezdna. Jest też mnóstwo znaków pod hasłem: droga do X: otwarta/zamknięta. Szczególnie problematyczne jest to w regionie w trakcie pory deszczowej czyli od listopada.

E tam, powiecie. No pada czasem. Tak, pada. Do tego stopnia, że w zeszłym roku miejscowość turystyczną Broome odcięło na 2 tygodnie, a Darwin mierzy się ponoć z tym problemem regularnie. O pomniejszych miejscowościach nie wspomnę. I niby człowiek to wie. Niby raz na jakiś czas gdzieś mu mignie w telewizji informacja, że przeszła powódź przez jakąś miejscowość w Australii i po ulicach pływały krokodyle. Niby się to wie, a jednak dopóki człowiek nie zobaczy tej masy znaków - i to na głównej "autostradzie" tej części Australii - jakoś tak nie uświadamia sobie, co to może znaczyć dla jego podróży. No jak to się nie wydostanę z Broome? Przecież za tydzień mam samolot do Polski z Darwin... I kogo to obchodzi?

Niestety jest jeszcze druga strona medalu - nie tylko bowiem deszcze mogą się okazać problematyczne. Od paru lat coraz głośniej mówi się o tym, że Australia wysycha. Patrząc na statystyki widać, że w wielu regionach ilość średniorocznych opadów spada na łeb na szyję, powodując nie tylko lekką panikę w kontekście zbiorów/przyrody, ale przede wszystkim ogromne ryzyko pożarów.

Przez całą naszą podróż w radiu (jak tylko jakieś się pojawiło oczywiście) słuchaliśmy z lekkim niedowierzaniem o ogromnych pożarach w Nowej Południowej Walii i Queensland. Byliśmy w tych regionach w czasie naszej poprzedniej podróży do Australii i zapamiętaliśmy jako przepiękne zielone tereny. Dodatkowo przecież właśnie skończyła się w tym regionie "mokra" zima, skąd zatem przerażające raporty o kilometrach pożarów? Niestety, dzisiaj sytuacja jest tak trudna, w niektórych miejscach w NSW pozamykano szkoły, a poziom zagrożenia pożarami po raz pierwszy od rozpoczęcia używania takiej klasyfikacji określono jako krytyczny. Płoną setki kilometrów, umierają nie tylko drzewa i plony, ale również zwierzęta. Zagrożone od dawna koala... zginęły ich tam tysiące 😢.  Są też pierwsze ofiary śmiertelne wśród ludzi. A to dopiero początek, lato dopiero się zaczęło, gorące i suche. Władze są przerażone, a turyści na forach pytają co robić: jechać, zmieniać trasę? Nie ma dobrych odpowiedzi na tak postawione pytania niestety. 

Zatem pogoda to kolejny czynnik wpływający na trasę bardzo mocno. Następnym będą drogi. Ok, powiedzmy sobie to szczerze: nie jestem fanką typowego Outbacku, odmienianego przez wszystkich na tysiące sposobów. Nie rozumiem i nie odczuwam radości w jeździe kilkadziesiąt czy kilkaset km drogą bez asfaltu, którą:

a. jeździ się wolniej
b. telepie jak na kocich łbach we Wrocławiu i nie dość, że trzeba trzymać się mocno drzwi, żeby nie latać po całym fotelu, to jeszcze trzeba uważać, żeby się w język nie ugryźć 
c. jedzie się w obłoku cholernego czerwonego pyłu, który wbija się wszędzie, domyć się nie daje przez długi czas i jeszcze poddusza.

No nie i już. Jak trzeba gdzieś kawałek podjechać, żeby coś super fajnego zobaczyć, to się przemęczę (patrz parki narodowe), ale radości mi to żadnej nie sprawia. Samochodowi raczej też nie ;)

Po paru pierwszych przeprawach przez "outbackowe" drogi uznaliśmy, że tylko coś naprawdę, ale to naprawdę "wow" zmusi nas do wjazdu na kolejne. Na szczęście do większości miejsc można dostać się zwykłą drogą, punktów, które zatem odpuściliśmy nie było zbyt dużo. Zresztą udawało nam się raczej bez większych trudności znajdować bardziej dostępne zamienniki. Przykładem jest Purnululu, do którego jedzie się kilkadziesiąt km taką drogą, że sporo osób wraca na lawecie, bo ich 4WD nie dają rady. Widoki są tam ponoć przecudne, ale dokładnie takie same formacje skalne jak osławione Bungla Bungla można znaleźć w Parku Narodowym King's Canyon niedaleko Uluru. Zatem nic straconego ;)

O czym jeszcze należy pamiętać planując trasę? O miejscach noclegowych naturalnie. Jest oczywiście parę opcji. Pierwsza to hostele czy hotele. I tu pojawia się drobny problem: są takie miejsca, gdzie między jednym hotelem a drugim jest kilkaset km. A nawet jak już jakiś się pojawia (najczęściej w formie jakiegoś odizolowanego od cywilizacji roadhouse'a) to warunki są dość słabe, a ceny horrendalne. Zresztą horrendalne ceny noclegowe i słabe warunki to jedna z wizytówek Australii. To zdaje się Julia opisywała swój pobyt w Broome i nocleg w hostelu, gdzie za 30 AUD od osoby warunki były urągające przyzwoitości, a pokoju hostelowym znajdowała się kartka z informacją, że czego się spodziewałeś, przecież to tani hotel. Także tak...

Dużo lepszą opcją i pozwalającą na większą swobodę działania jest spanie we własnym aucie. Oczywiście najfajniejszą opcją są tutaj rozmaite campery, przyczepy czy inne vany. Im bardziej "self contained" czyli samowystarczalne, tym lepiej. Wiele z nich poza opcją spania/kuchnią ma również prysznic i toaletę. Takie auta witane są w wielu miastach z wielką radością, szczególnie, że w sporej większości podróżują Australijczycy. O tzw. Grey Nomads i generalnie osobach, które można spotkać "na szlaku" napiszę jednak później, pewnie w kolejnym poście. Teraz wróćmy do opcji.

Australijczycy często mają takie auta na własność, sporo backpackerów z innych krajów też decyduje się na zakup, jeśli jednak ktoś woli wypożyczyć coś po prostu to i taka opcja istnieje. Jest wiele firm, wiele wersji, warto jednak poza ceną poszukać też informacji na temat ubezpieczeń/opinii/ilości dozwolonych kilometrów (i takie restrykcje bywają wprowadzone) itp. Z tego co widzieliśmy na drogach do popularnych firm należą: Maui, Apollo, Britz, Travellers Autobarn. Dodatkowo pojawiały się gdzieniegdzie Juicy, WickedCampers, australiacampers.com.au, Let's go, hippiecamper.com oraz Mighty Campers. Takie udało nam się zaobserwować, choć na pewno pełnej listy to nie wyczerpuje. Trzeba trochę pogrzebać ;) No i koniecznie poczytać opinie oraz sprawdzić wszelkie kruczki prawne. Na grupach FB pojawiały się historie, jak to komuś się van zepsuł, wypożyczalnia się wypięła, a on został bez auta i bez noclegu, co wygenerowało olbrzymie koszty. Dobre ubezpieczenie to na pewno podstawa!


Oczywiście zamiast wynajmować auto, można je również kupić. Rynek samochodów paro czy paronastoletnich jest w Australii bardzo rozwinięty. Jest oczywiście mnóstwo grup na FB, jest gumtree.au czy też są po prostu komisy samochodowe, do których można podjechać. Dobrze przed przylotem do Australii przejrzeć trochę ofert, zorientować się jakiego typu auta w jakich cenach pojawiają się na rynku i przemyśleć swoje preferencje. Warto wybrać markę w Australii popularną, żeby w razie potrzeby nie szukać po całym kraju zapasowych części. Kwestia budżetu jest bardzo indywidualna, należy jednak pamiętać, że poza ceną za samochód trzeba opłacić jeszcze parę rzeczy (ubezpieczenie, rego, podatek) - tego tematu rozwijać nie będę, bo w necie można znaleźć mnóstwo bardzo szczegółowych artykułów pod hasłem: jak kupić samochód w Australii. No i przy dużej ilości kilometrów należy liczyć się z tym, że jakieś naprawy trzeba będzie zrobić. Kosztuje to zwykle w Australii nie tylko spore pieniądze, ale i czas (często wbicie się do mechanika to kwestia czekania paru dni czy nawet do dwóch tygodni, szczególnie w mniejszych miejscowościach). Niemniej własny samochód ma dużo zalet, nie ma żadnych ograniczeń (kilometrowych czy co do rodzaju dróg). 

Sporo osób decyduje się również na namioty. I one występują w różnych wersjach. Jedna to zwykła klasyczna. Najprostsze namioty dwuosobowe można dostać za 30-50 AUD w sieciach w stylu KMart, Big W, a w okresie letnim również w Aldim czy Coles/Woolworth. Zresztą te sklepy oferują całe campingowe wyposażenie za niewielkie pieniądze, warto zatem zaplanować w nich wizytę przed wyjazdem w nieznane ;)

Problemy z tymi namiotami są dwa. Po pierwsze wersje najtańsze nie mają zwykle siatki przeciw komarom/muchom (o tym też chyba osobny post napiszę pod hasłem: czego nienawidziliśmy w Australii), a po drugie nie wszędzie da się je ustawić. O, miejsce się nawet znajdzie. Ale wbicie śledzi to już inna para kaloszy. Ziemia jest twarda jak kamień i czerwona jak... nie wiem jak co, jak ziemia w Australii ;) Po prost czerwona. Nie da się wbić śledzia bez użycia porządnego młotka, a i to nie daje gwarancji. Popularną opcją są namioty na dachu samochodu (tzw. roof top tent), które występują w wielu konfiguracjach, bywają umieszczone już na naprawdę małych samochodach i są ponoć bardzo wygodne.

Do czasu naturalnie, bo diabeł tkwi w szczegółach. Poza nieprzewidywalną pogodą w Australii straszą bowiem wiatry. Jak jesteś blisko wybrzeża, to głowę próbują ci urwać wiatry znad zimnego oceanu. Raczej płaskie ukształtowanie Australii pozwala im gnać na spore odległości. A do tego dochodzą wiatry pustynne, równie silne. Spanie w roof top tencie czasem po prostu jest niemożliwe albo co najmniej... mało przyjemne. Sama idea jednak zachwyca niemożebnie. Składanie i rozkładanie takiego namiotu trwa dosłownie sekundę, są one tak skonstruowane, że w środku wozi się cały "majdan"do spania już rozłożony. Wystarczy przeciągnąć drabinkę i już można iść spać. Proste i szybkie. Byle nie wiało...

My wybraliśmy opcję łączoną: kupiliśmy zwykły namiot oraz przygotowaliśmy sobie opcję spania w aucie. Kupując auto założyliśmy, że tył musi się tak rozkładać, aby dało się komfortowo spać. Po kilku przymiarkach i różnych opcjach wybraliśmy Hyiundai'a Santa Fe, w którym w ciągu paru minut (szczególnie jak nabraliśmy wprawy) rozkładaliśmy sobie duże łóżko. Żadnych podkurczonych nóg czy niewygodnych pozycji - po prostu wygodne łóżko.

Sporo osób planując taką podróż decyduje się zrobić specjalny drewniany stelaż, pod którym można wpychać różne rzeczy, a na niego rzucają materac. Niestety wtedy przestrzeń między materacem a sufitem jest zwykle nieduża. Nasza wersja zakładała przerzucanie rzeczy z bagażnika na przednie siedzenia (kwestia organizacji i odpowiednio zwymiarowanych kartonów), co zajmowało nam max 7 minut. I już można było iść wygodnie spać. I nawet się usiąść spokojnie dało na łóżku. A poukładane w kartonach rzeczy jak klocki rano wracały na swoje miejsce w bagażniku. Ot i cały nasz patent :)
Pierwotnie zakładaliśmy, że spanie w aucie będzie naszym backupem, ale okazało się, że jest tak komfortowo, że nie korzystaliśmy z namiotu :) 

Australia jest pod kątem campingowym bardzo dobrze przygotowana pod turystów, przynajmniej w teorii. Jest sporo campingów (choć głównie w miejscowościach), po drodze zaś w wielu miejscach są duże parkingi (tzw. Rest Area), na których można legalnie spać przez 24h. Wiele z nich ma toalety, stoliki, grille gazowe, czasem wodę, a nawet miejsca na ogniska. Można je znaleźć na apkach takich jak Wikicamps (nasz przewodnik już po raz kolejny) czy CamperMate, razem z opisami i opiniami osób, które korzystały. Często też można spać przy Roadhouse'ach, nawet za darmo, a płaci się (symbolicznie 5 AUD od osoby) za dostęp do sanitariatów czy prysznice. Zresztą jeśli w trakcie podróży ma ochoty wziąć się prysznic, a trasa nie zakłada noclegu na campingu, można w ciągu dnia podjechać do roadhouse'a/na stację benzynową/na camping i za niewielką opłatą (4-5 AUD od osoby) wziąć ciepły czy zimny (w zależności co się chce) prysznic. Takie opcje są również zaznaczone na wspomnianej wyżej apce Wikicamp i najczęściej dokładnie opisane (razem z poziomem czystości itp). Przydatne informacje.

Skoro już jesteśmy przy roadhouse'ach, to chyba pora przyznać się do kolejnego błędu poznawczego. Planując naszą trasę mieliśmy w rękach mapy Australii (lotnisko w Perth dysponuje całą ich gamą). Widząc zaznaczone nazwy na mapie sądziliśmy, że to wsie albo miasteczka. A często okazywało się, że to tylko roadhouse 😁Ok, sklep jakiś w nim zawsze był, paliwo też, ale często nic poza tym. I weź sobie tu człowieku planuj zakupy.

A właśnie skoro już o zakupach: dla nas głównym źródłem zaopatrzenia były sieci Coles i Woolworths. Liczyliśmy bardzo na Aldiego (ma tyle pyszności z Niemiec), ale niestety ostatni na północ za Perth był w Geraldton, a potem pojawiały się sporadycznie w okolicach Adelajdy i znowu przy Perth. Szkoda. Na szczęście parę rzeczy jeszcze w Perth kupiliśmy ;) Niemniej zakupy też należy planować, bo może się okazać, że najbliższy supermarket macie 300-400 km dalej.

Wracając jeszcze do kwestii map i ustalania miejsc do odwiedzenia: we wszystkich większych miejscowościach mieszczą się Visitor's Center, gdzie można dostać mnóstwo darmowych ulotek, książeczek, map i informacji na temat danego regionu. W paru takich miejscach spotkaliśmy prawdziwych entuzjastów (najwspanialsza była pani w Albany, która przekonała nas do zostania w mieście przez prawie trzy dni, opowiadając o atrakcjach w okolicy), w niektórych już po ich minach widać, że nie warto podchodzić i należy tylko złapać ulotki i wyjść.

Najbardziej rozśmieszyła nas pani w Darwin, która na pytanie czemu powinniśmy pojechać do Kakadu skoro widzieliśmy już takie cuda jak tam mają (kaniony, rzeki, wodospady, zwierzaki), potrafiła nam jedynie powiedzieć, że przecież to największy park jest i po prostu trzeba. No cóż, my uznaliśmy inaczej ;) Niemniej warto do takich miejsc wpadać, zawsze coś ciekawego można się dowiedzieć. Ot, ulotkę o Stonehedge na przykład...


Kolejny temat to paliwo. Ujmę to tak: są miejsca, gdzie tankujesz bez względu na cenę, jeśli następna stacja jest 300 km dalej. Zwykle co prawda są w odległości około 100-150 km, ale i dłuższe przejazdy bez stacji się zdarzają. Wszędzie przy stacjach są informacje za ile km jest następna, można też posiłkować się stroną petrolspy.com.au Ta strona ma tę zaletę, że pokazuje w miarę na bieżąco ceny poszczególnych typów paliwa, działa bowiem na zasadzie, że ludzie wpisują ceny, które zapłacili. Najczęściej widać ceny sprzed paru minut, choć zdarzają się i miejsca, gdzie są ciut starsze.

Kto by się cenami paliwa przejmował, zakrzykniecie zaraz. Jednak warto się przejmować, jeśli różnice są do kilkudziesięciu centów na litrze, macie auto, które pali jak smok i robicie kilkanaście tysięcy km. Co najmniej kilkaset złotych "spala się" dodatkowo jak nic :) A zawsze można je na coś lepszego przeznaczyć. Wystarczy dobre planowanie z petrolspy.com.au, dobre wyliczenia i można "dolewać" niezbędne minimum na drogich stacjach, a w większych miasteczkach tankować do pełna. Choć i tak wielkość miasteczka nie zawsze gwarantuje dobrą cenę. Zmowy cenowe są widoczne jak na dłoni na danym terenie niestety. I często z cenami transportu paliwa nie ma to wiele wspólnego, za to z pazernością dużo.

Ach, jeszcze jedna drobna kwestia: komunikacja. W końcu uzależnienie od internetu to przekleństwo naszych czasów i prawdę mówiąc i my przeklęci jesteśmy.

Przed przylotem do Australii wybraliśmy sobie Telstrę (jednego z trzech głównych operatorów), bo z mapek wynikało, że mają największy zasięg w kraju. Może i mają największy, ale w praktyce oznacza to, że masz sprawny telefon/internet tylko w miejscowościach, czasem w roadhouse'ach (choć tam czasem jest tylko Optus), prawie nigdy na drodze. Czyli przez 85% czasu jesteś poza siecią. Nie działa nic, nie ma zasięgu. W niektórych parkach narodowych był zasięg sieci Optus (szczególnie w WA, chyba mają jakąś umowę podpisaną), a w niektórych nie było nic.

Na niektórych parkingach znajdowały się urządzenia Telstry do wzmacniania sygnału i trochę to pomagało, ale tylko trochę. W razie problemu na drodze... masz kłopot spory i musisz liczyć na pomoc innych, bo czasem przez kilkaset km nie masz ani grama zasięgu. Z tego tytułu osoby jadące na "outback" w rodzaju przejazd przez pustynię kilkaset km zabierają ze sobą zwykle nie tylko cały bagażnik części zapasowych do auta, ale też telefony satelitarne. W każdym razie - jeśli wybieracie się poza większe miasta, to polecamy Telstrę. Może nie pokrywa wszystkich miejsc, ale pokrywa ich najwięcej. Choć najlepszą opcją byłoby mieć zarówno Telstrę jak i Optus: szansa, że przynajmniej przy roadhouse'ach będzie zasięg zwiększy się znacznie. Po prostu.

Niestety nie ma nigdzie po drodze wzmacniacza sygnału radia, a szkoda. Pamiętając o doświadczeniach z USA i poprzedniej wyprawy po Australii przygotowaliśmy sobie sporo muzyki, którą gdy radio nie działało (czyli przez 95% czasu) można było puszczać. Jak się jednak okazało - zbyt mało. Skończyliśmy śpiewając rozmaite piosenki od "Domowego przedszkola" zaczynając, na "Mniej niż zero" kończąc, w międzyczasie zaś ćwicząc wszystkie kolędy ;)

Kolejny istotny temat to płatności. Od lat powtarza się, że w Australii za wszystko da się zapłacić kartą. Nie jest to do końca prawda, choć faktycznie w większości miejsc da się. Wyjątkami są miejsca takie jak parki narodowe (szczegóły w następnych postach) oraz momenty, kiedy system pada - parę razy mieliśmy taką sytuację na pustyni. Warto zatem poza kartą (dolarową, wielowalutową - w zależności co kto posiada) zabrać ze sobą w podróż gotówkę chociażby na jeden pełen bak paliwa :)

No i last but not least - ubezpieczenie. Tak, wiem - mamy cały artykuł na ten temat, ale raz jeszcze podkreślę jakie to ważne. My nie mieliśmy żadnych problemów, ale na grupach podróżniczych australijskich czytaliśmy kilkanaście historii jak to ludzie przyjeżdżali bez ubezpieczenia do Australii, ruszyli w trasę, mieli wypadek/ problem zdrowotny (przykładowo infekcję od zęba) i nagle okazywało się, że trzeba do szpitala. A najbliższy jest kilkaset km dalej, wzywano więc do nich helikopter. I potem pisali na grupach zrozpaczeni, że co oni biedni mają zrobić, dostali rachunek 10 tys. AUD za sam helikopter, do tego kilka- kilkanaście tys. AUD za pobyt w szpitalu i leczenie. I co teraz? Teraz to muszą zapłacić :( A to spora kasa niestety. Dlatego ubezpieczenie - podstawą każdego wyjazdu!

Hmm, mam nadzieję, że niczego nie pominęłam. A jeśli coś pominęłam albo macie jakieś dodatkowe pytania, to piszcie. Posta można zedytować i nowe informacje dorzucić. O ile się je posiada oczywiście.

 W kolejnych postach pokażemy naszą trasę, z najważniejszymi jej punktami. Wszystkich nie da się oczywiście opisać, bo mielibyśmy z tego książkę, a nie posty na bloga, ale te najważniejsze pojawią się na pewno. Ze zdjęciami, żeby od razu zachęcić wszystkich zainteresowanych własną wyprawą. 16 tys. km to kawał drogi. Po drodze kangury, wielbłądy, krokodyle i wielkie ptaszyska. Ot, Australia po prostu :) 

Komentarze

Publikowanie komentarza

Łączna liczba wyświetleń