Piękne oblicze Cejlonu
Tanie zwiedzanie Australii
Indonezyjskie Bali
Tajlandia - Koh Lanta
Komodo - warany i nie tylko
Langkawi jak z pocztówki
Indonezja - Wyspy Gili
Siquijor - wyspa ognia
Anda - nieodkryta perła Boholu
Australia - Great Ocean Road

Dzień z życia...

Minął już miesiąc od naszego przyjazdu na Langkawi i wyobraźcie sobie, że nadal nam się nie znudziło :) Tak, wiem - zaraz zostanę nazwana największym leniem Rzeczpospolitej, potwornym obibokiem i osobą bez przyszłości - co ja jednak poradzę na to, że 4 tygodnie wypoczynku wcale nie wydają mi się za długie. Nadal każdy dzień jest ciekawą przygodą, nawet jeśli pewne jego elementy są dość powtarzalne. Powtarzalność ma często złą konotację, sama jeszcze parę lat temu nie znosiłam tego, co postrzegałam jako stagnację. Dzisiaj myślę, że trochę spokoju i rytuałów w życiu nie zaszkodzi - wręcz przeciwnie, pozwalają one skupić się na nieco bardziej filozoficznych rozważaniach jak tajemnica życia czy też czy kosmici nas odwiedzą albo kiedy George Clooney się wreszcie ze mną ożeni. Czekając na to ostatnie radosne wydarzenie, postanowiłam podzielić się z wami inną wielką tajemnicą czyli odpowiedzią na pytanie: co wy tam właściwie robicie. Początkowo chciałam to nakręcić w formie filmiku, ale Łukasz uświadomił mi, że taki filmik mógłby stać się czymś w rodzaju "patostream" czy też wręcz z gatunku: to się już "nie odwidzi". Mając zatem szacunek dla waszej psychiki tudzież oczu, opiszę to tylko ;)




Początek dnia z zasady różni się głównie czynnikiem budzącym. Może to być: głos muezina (5:45), pianie koguta (w liczbie 10-15, bo pod tym kątem teambuilding w Azji nie zawodzi, jak jeden pieje, zaraz konieczność dodania swojego głosu odczuwa 15 innych kogutów),  wrzask ptaków, szczekanie psów albo przejeżdżający motorek. Kilka słów wyjaśnienia odnośnie motorków: otóż musicie pamiętać, że tutaj nie ma czegoś takiego jak mandat za zepsuty tłumik czy też zbyt głośną jazdę. Dźwięk motorka może zatem nieść się naprawdę daleko, jeśli tylko właściciel sobie tego życzy. A wielu życzy sobie niestety. No, ale cóż - taki mamy klimat. Kup korki do uszu albo przywyknij. Twoja broszka.

Skoro już oczęta się rozwarły, podnosimy nasze szanowne ciałko i kierujemy się do łazienki. Pamiętajcie, że w Azji łazienki bywają różne: często zdarza się, że brakuje umywalki (wtedy dobrze mieć kuchnię ze zlewem) oraz lustra. To drugie akurat bywa pożyteczne, bowiem wilgotny klimat ma to do siebie, że wpływa dość dziwnie na włosy. Moje na przykład upodobniają mnie do owcy, tylko rudawej. Co wrażliwsi mogliby nie przeżyć rzucenia okiem w lustro, może zatem brak lustra w łazience nie jest taką złą opcją ;) O szczegółach ablucji pisać nie będę, wspomnę tylko to, o czym mówiłam wielokrotnie - prysznic warto wziąć, ale o ile nie planujecie spędzić całego dnia w klimatyzowanym pomieszczeniu, przyzwyczajajcie się do myśli, że wasz świeży zapach zbyt długo się nie utrzyma. Warto się nim cieszyć, póki jest ;) Z balsamów dla Pań polecam wersję używaną pod prysznicem. Taka zwykła nie działa. Wytrzesz się ręcznikiem, ale zaraz znowu spływasz, więc nakładanie balsamu się średnio udaje. No chyba, że lubisz robić to bez końca - to w sumie czemu nie ;)



Następny punkt dnia to śniadanie. My mamy kuchnię (już drugą), zatem nie nastręcza nam to zbyt dużo trudności. Och, oczywiście kuchnię mamy w wersji malezyjskiej, co oznacza, że jej wyposażenie odbiega nieco od wersji polskiej. Co zatem mamy: zlew (zwany przez Malezyjczyków Dishwasher - nie dajcie się zwieść, nie jest to automatyczna zmywarka, do której szybko wrzuca się naczynia a ona już robi swoje), dwupalnikową, gazową kuchenkę oraz lodówkę. W naszym nowym domku mamy również toster (Alleluja!), co sprawia, że nie musimy już bawić się z robieniem tostów na patelni. Tostowanie to must niestety, bowiem malezyjski chleb do pyszności nie należy i bez tostowania naprawdę ciężko go jeść. No jeszcze może z raz da się przełknąć, ale na dłuższą metę niewykonalne. Malezyjczycy na śniadanie jedzą zwykle ryż gotowany w mleczku kokosowym z różnymi dodatkami (kurczak, ryba, ryba suszona, do wyboru do koloru) zwany Nasi Lemak. Fajnie coś takiego raz czy dwa przetestować, na co dzień jednak preferujemy wersje europejskie: jajecznica, jajka na twardo, omlety, pasty jajeczne, sałatki, tosty z dżemem czy też miodem. Można też kupić kiełbaski a'la europejskie, które po przegotowaniu smakują jak parówki z lat 90tych czy też ser żółty (trochę mu do naszej goudy brakuje, ale z pomidorem daje radę). Takie też opcje można dostać w różnych restauracjach, hotelach - więcej przysmaków się nie spodziewajcie. Do tego kawa lub herbata i można się wreszcie dobudzić. Udało nam się rozwiązać problem mleka - jest tu oczywiście dostępne zwykłe UHT, ale do kawy zużywa się go niewiele, zaś przy tych temperaturach zbyt długo by nie postało. Dodatkowo jest dość drogie - ok 7 zł za litr.  My korzystamy z mleka w proszku - rozrabiamy je (tyle, ile nam potrzeba), chłodzimy i super się sprawdza do kawy. Lepiej niż wszelkie creamery szczerze mówiąc :) Niektórzy z was zakrzykną - hola hola - ponoć macie tam mnóstwo krów. Trzeba jakąś złapać i wydoić. No może i trzeba. Jak się umie. Ja tam nieodmiennie boję się tutejszych krów (są wielkie, czarne lub brązowe, mają wielkie rogi i muczą bez opamiętania). A ja wiem, co w głowie takiej krowy siedzi? Ona jest większa niż ja, waży więcej ode mnie (wreszcie mogę to napisać;) i ma aż cztery nogi a ja tylko dwie - od razu się "Folwark zwierzęcy" przypomina. Zatem nie, no(ł), a nawet nein jak mawiały świnki w Shreku.  Nie będę doić krowy. Na razie przynajmniej, ale w przyszłości.... ;)



Śniadanie zjedzone, kawka wypita, teraz trzeba coś porobić. Opcji jest kilka: plaża, spacer, wyprawa skuterkiem, zakupy, słodkie lenistwo w ogrodzie pod palmą, pisanie bloga, surfowanie po sieci... do wyboru do koloru i na co pogoda pozwala. Teoretycznie rozpoczęła się już pora mokra (w tej części Malezji pora sucha trwa od stycznia do kwietnia), co jednak nam specjalnie nie przeszkadza. Pada głównie w nocy, czasem przejdzie jakaś szybka burza w dzień, ale trwa chwilę. W zasadzie tylko dwa razy trafiło nam się dotąd, że większą część dnia padało. Schłodziło się wówczas (do 28 stopni), człowiek mógł troszkę odetchnąć. W sytuacji deszczowej zawsze można posiedzieć w necie, popatrzeć na bujną zieleń czy też poczytać książkę. Nie nudzimy się na pewno :)

Naszą ulubioną plażą jest Pantai Cenang, koło której rezydujemy. Dotarcie do niej zajmuje nam 10-15 minut piechotką. Sama plaża jest spora, można znaleźć sobie na niej zarówno miejsce nasłonecznione (przestrzegam, słońce jest naprawdę bardzo mocne) jak i zacienione - pod palmą, w otoczeniu mrówek. Goście hotelowi najbliżej położonych hoteli mogą korzystać z wyjścia pośredniego - pod parasolem, na leżaczku. Oczywiście zawsze można sobie takie coś wynająć, nie mieszkając w żadnym z plażowych hoteli w cenie ok. 20 RM za dzień (czyli ok. 20 zł). My mamy swoją ulubioną palmę z mangowcem, pod którymi wygodnie nam się leży, a do mrówek się przyzwyczailiśmy. Jest cień, muszą być mrówki. Na szczęście jak się człowiek umiejętnie ułoży, to za dużo ich nie ma. A te kilkanaście w ciągu dnia się z ręcznika wywali. Albo się człowiek stara z nimi zaprzyjaźnić. Tylko chyba nie rozumieją po polsku. Po rosyjsku "paszoł won" też niestety nie :)



Dla wielbicieli sportów Pantai Cenang oferuje różne atrakcje: loty na spadochronie za motorówką, znane znad Bałtyku banany czy też skutery wodne. Standardowo. Ja co prawda nie lubię takich sportów, wolę sobie popływać czy też pospacerować po plaży, ale jak ktoś jest fanem to why not.



Na plaży - jak juź wspomniałam wyżej - uwielbiam pływać, leżeć w cieniu z książką, spacerować i obserwować ludzi. Ten ostatni element może budzić niestety  trochę negatywnych konotacji. Czymże bowiem jest obserwowanie jeśli nie pospolitym podglądactwem. Niestety na wścibstwo  i ciekawość lekarstwa jeszcze nie wymyślono. Osobiście mi to nie przeszkadza, choć czasem mam wrażenie, że zachowuję się jak podstarzała klotka, podglądająca sąsiadów przez firankę, a potem komentująca ich zachowania. Z tym komentowaniem trzeba zresztą uważać, bo można na rodaka trafić i wstydu się najeść. Bo jak tu się wytłumaczyć ze stwierdzenia: co za blady  kretyn się na słońcu rozkłada, zaraz będzie w kolorze buraka czyli okaże swoje prawdziwe ja? O swoich obserwacjach plażowych napiszę osobny post (będzie wredny i złośliwy, od razu zniechęcam do jego czytania tych, którzy mają wysoko ustawione standardy moralne), nie będę zatem się nad tematem rozwodzić.

Tras spacerowych oczywiście tutaj nie ma - błagam, przecież to jest Azja, w której nawet na drugą stronę ulicy podjeżdża się motorkiem - co nie zmienia faktu, że można sobie z tematem poradzić. Wybieramy jakiś odleglejszy punkt i szukamy trasy przez pola/tereny dżunglaste/polne ścieżki itp. Byle dało się przejść. Staramy się, aby nasze spacerki miały jakieś 10-12 km, co w tutejszym klimacie męczy i tak bardziej niż 20 km w domu. Po drodze oglądamy zielone wzgórza, lokalne domki, przepiękne kwiaty, a nawet rosnące ananasy, o jaszczurach (zwanych przez nas stefanami), małpach, wiewiórkach czy też krowach nie wspomnę. Niesamowicie przyjaźni są tutaj ludzie, którzy choć z wielkim zdziwieniem obserwują nasze spacery, to jednak uśmiechają się do nas szeroko i radośnie.



O lenieniu się w ogrodzie czy pisaniu bloga nudzić nie będę: oba zajęcia zaliczam do kategorii "miłe i przyjemne". Coś jak głaskanie małego kotka albo ganianie za nim po domu jak już tam wbiegł. Wypraw motorkiem też opisywać jeszcze nie będę, gdyż zasługują na osobny post.

I tak właśnie upływa mniej więcej dzień. Załóżmy zatem, że ze wszystkich możliwych scenariuszy dzisiaj mieliśmy plażowanie. Pomoczyliśmy radośnie pupki (i żadna meduza nas nie zjadła), obejrzeliśmy nowy narybek na plaży (turyści bladzi jak my parę tygodni temu) i wróciliśmy do domu. Najczęściej koło 19-19:30 idziemy coś zjeść. Do wyboru mamy róźne knajpki: hinduskie z chlebkami nan czy roti oraz kurczakiem Tandori, malajskie z nasi goreng ayam (smażonym ryżem z kurczakiem) czy też tajskie z curry z kurczaka. Do tego dochodzi jedzenie na street food (różne grilowane szaszłyki, też tzw. gary czyli różne sosy jako dodatek do ryżu) bądź znane powszechnie KFC, McDonalds (lub tutejsza wersja zwana  Marry Brown) oraz Subway. Nie ukrywam, że do Subway'a zdarza nam się wpadać - na pyszne kanapki z wędlinką i dużą ilością warzyw. I nie wstydzę się tego w ogóle :) Dobra kanapka nie jest zła. I nie, nie jest to artykuł sponsorowany. Tak jak miewamy ochotę na zjedzenie ziemniaków z kurczakiem i sałatką (i dlatego tak chętnie wynajmujemy mieszkania z kuchnią), tak i na dobrą kanapkę w niezłej bułce z dużą ilością warzyw też miewamy. A zachcianki takie należy spełniać:) Ryżu jeszcze zdążymy się najeść ;)


Obecnie mamy tutaj Ramadan, można zatem wybrać się również na Bazaar (taki codzienny Night Market), ale on jest umiejscowiony dość daleko od nas, trzeba zatem wybrać się tam na rekonesans motorkiem.

I tak oto nastał już wieczór (słońce zachodzi koło 19:30), można zatem usiąść w jednej z knajpek na plaży i wypić drinka (co my robimy bardzo sporadycznie) albo przejść się do jednego z licznych sklepów Duty Free i kupić zimne piwo (bądź inne whisky), a następnie rozłożyć się na samej plaży i pooglądać gwiazdy, posłuchać szumu fal (to robimy często). Można dosiąść się do innych ludzi na plaży siedzących i podpytać ich o plany i marzenia. Można też posiedzieć na werandzie, pooglądać jakiś film albo po prostu posłuchać ciszy. Mknących w oddali motorków, muczenia krów, głośnych cykad. Zachwycić się spokojem i pomarzyć. O przyszłości, podróżach, przygodach, kiełbasie podwawelskiej, karkówce z grilla z musztardą sarepską, polskiej bułce z Biedronki.... ot takie małe marzenia, a takie piękne :)












Komentarze

Prześlij komentarz

Łączna liczba wyświetleń