Pattaya w dzień i w nocy

O tym, że tajlandzka Pattaya nie jest trendy, dżezi, czy jak się tam teraz mówi, pisała już Ola. To prawda, że Podróżnicy (przez wielkie "P") prześcigają się wręcz w kreowaniu hejtu na Pattayę i tych, którzy zaplanowali w niej urlop. Bo jakże to tak: zamiast na boskiej Koh Tao, Ko Phi Phi czy innej Koh Phangan planować urlop w tej zadeptanej przez miliony Pattayi z przenajbrzydszymi w całej Tajlandii plażami? Dochodzimy wręcz do absurdu, że ludzie, którzy wykupili wycieczkę z biurem podróży albo jadą tam samodzielnie od początku usprawiedliwiają się, że to tylko na parę dni, że będą stamtąd jeździć w inne miejsca, albo wręcz nie przyznają się do tego faktu bojąc się publicznego linczu na fejsbuku. Ponieważ nasze ego nie jest aż tak przerośnięte, żeby uważać się za Podróżnika (przez wielkie "P"), hejtu się nie boimy ("resortowym dzieckiem" zostałem kiedyś nazwany na jakiejś publicznej manifestacji i spłynęło to po mnie jak po - par excellence - kaczce), mistrzami lansu i bounce'u nie byliśmy i być nie zamierzamy, opinie w internecie szanujemy, ale przyjmujemy do wiadomości, że istnieją gusta i guściki, więc zawsze wolimy wyrobić sobie własną, dziś powiem tym, którzy byli lub wybierają się do Pattayi: możecie o tym mówić z podniesioną głową! :) Oczywiście z racji nieprzerośniętego ego uczciwie przyznam, że moja opinia jest czysto subiektywna (każda opinia jest, choćby ktoś się zaklinał, jaki to był obiektywny), ale być może pomoże komuś jeszcze raz zmierzyć się ze stereotypami i popłynąć pod prąd fetyszu miejsc "wyjątkowych" (które zwykle są naprawdę fajne swoją drogą i z pewnością warte zobaczenia). Pewnie jasne jest już w tym momencie, że zamierzam Pattayi wystawić cenzurkę całkiem pozytywną. Ale nie będzie hektolitrów wazeliny. Rozumiem argumenty tych, dla których Pattaya to syf (bo szukali czegoś innego). Postaram się napisać uczciwie, co mi się podobało, a co nie, co można w Pattayi znaleźć, a czego lepiej unikać. Enjoy!


Nie będę się rozwodził za bardzo nad plażami. Na ten temat rozpisała się ponad miarę Ola w tym miejscu. Od siebie dodam tyle, że jak woda jest ciepła, mokra, nie śmierdzi i nie kwitną w niej glony, fale nie chcą mnie zabić a rekiny zjeść, a w dodatku mam kawałek piasku, gdzie mogę rozłożyć ręcznik w cieniu, to jestem happy. Naprawdę, każda kolejna plaża nie musi być ładniejsza od poprzedniej. Widziałem już wiele pięknych plaż (ups, czyżby właśnie moje ego puchło?), jeszcze parę pewnie zobaczę. Nie ze wszystkich muszę wyprodukować zachwycającą pocztówkę. Zestaw obowiązkowy to to, co napisałem i nic więcej. Pod tym względem Pattaya i Koh Larn dają radę (nawet w wersji powyżej oczekiwań zusammen do kupy).



Zdecydowanie więcej czasu poświęcę niesławie Pattayi powiązanej z jej "nad wyraz rozbudowanym" sektorem rozrywkowym. Ileż to ja się naczytałem w internetach o tej światowej stolicy seksturystyki! Można by się spodziewać, że jak tylko postawię nogę na tej ziemi z miejsca rozszarpie mnie gang lesbijek satanistek (kto czytał "Millennium" Larssona powinien zrozumieć przytyk do uprzedzeń). Istnieją dwie możliwości, że nikt mnie nie rozszarpał: albo nie jest tam wcale tak źle, albo jestem zbyt szpetny nawet dla prostytutek. Szanując opinie czytelnika pozostanę jednak przy próbie udowodnienia tej bardziej przychylnej dla mej fizjonomii tezy :)

Oczywiście prostytucja, kluby go-go, tańce na rurze, ping-pong show, masaże z podtekstem, karaoke z podtekstem (wiedzieliście, że w Azji karaoke też może mieć "podtekst"?) w Pattayi istnieją. Nawet w dużych ilościach. Podobnie jak na Phuket, w Bangkoku i wielu innych miejscach w Tajlandii i na świecie. 3 lata temu pisząc artykuł o Bangkoku podsumowałem, że to popyt warunkuje podaż. Dzisiaj dodam jeszcze jedną rzecz: seksturystyka nie rozwinęłaby się w taki sposób, gdyby nie przymykanie oka przez władze. Tak, oficjalnie prostytucja w Tajlandii jest zakazana. A to, że istnieje, jest tajemnicą poliszynela, bo wielu ważniaków jakiś tam swój udział w tym torciku ma. Miejsc z tego typu rozrywką jest dużo, sporo koncentruje się w okolicach Pattaya Night Walk (najbardziej imprezowa część miasta na przedłużeniu drogi wiodącej wzdłuż plaży w centrum). Jest kolorowo, głośno, czasami na granicy dobrego smaku albo i poza nią, ale są też fajne kluby, puby, muzyka na żywo, dobre jedzenie. Dla każdego coś miłego. Choć dla wielu jedna wyprawa na Night Walk będzie wystarczająca i nigdy więcej nie zechcą już tam wrócić. Podobnych siedlisk rozpusty jest w różnych miejscach sporo (zadziwiające, że zwykle występują w sporej gromadzie). Nie, nie odwiedzaliśmy wszystkich :) Po prostu idąc przez miasto nietrudno zauważyć specyficzny wystrój z dominującym różem, rury do pole dance itp. Chodzi mi raczej o pokazanie, że takie miejsca występują, a nie wyłącznie z nich składa się miasto. To samo dotyczy masaży z podtekstem. Jak ktoś szuka, to znajdzie (i nawet nie będzie musiał długo szukać), ale nie znaczy to, że każda "masażownia" jest domem publicznym. Konkludując - ktoś kto szuka tego typu rozrywek, znajdzie je bez problemu, ktoś, kto nie ma ochoty oglądać ich z bliska - będzie miał jeszcze więcej przestrzeni dla siebie.




A'propos przestrzeni: Pattaya to naprawdę duże miasto (właściwie zespół miast). Z intensywną zabudową, wielkimi hotelami, gigantycznymi blokami zwanymi w tym regionie "kondominiami", w których można kupić sobie (w dość niskiej przyrównując do polskich warunków cenie) własny apartament i próbować zarabiać na jego wynajmie. Niestety jako duże miasto, szczególnie w wydaniu azjatyckim, boryka się ze wszystkimi bolączkami tego typu skupisk: dużym i chaotycznym ruchem drogowym (przechodzenie przez ruchliwe ulice jest wyzwaniem), korkami, hałasem, zanieczyszczeniem powietrza. Zamieszkanie przy głównej ulicy nie byłoby dobrym pomysłem, chyba że ktoś planuje cały czas mieć włączoną klimatyzację przy zamkniętych oknach. Ale z dala od głównych ciągów komunikacyjnych i imprezowych dzielnic jest generalnie cisza i spokój, a mieszkając na wyższym piętrze z oknami wychodzącymi na morze ma się możliwość chłodzenia przyjemną morską bryzą zamiast klimatyzacją. Jeśli szukacie dobrej równowagi pomiędzy spokojem, odległością od głównych punktów zainteresowania, dostępnością bardzo przyzwoitej plaży i świetnych opcji jedzeniowych to według mnie najlepszym wyborem będzie Pratamnak.



Dlaczego Pratamnak ma dużo fajnych opcji zjedzenia smacznych rzeczy? Ponieważ zatrzymuje się tu podczas urlopu wielu Rosjan. Pewnie zaraz znajdzie się parę głosów, że jak tam dużo "ruskich", to od razu miejsce odpada. Ja nie widzę powodu. Turyści jak wszyscy inni. A dzięki temu, że jest ich tam wielu, powstały knajpki z rosyjską kuchnią, Tajowie nauczyli się przygotowywać niektóre dania na wschodnioeuropejską modłę, jedzenie jest pyszne, tanie i łatwo dostępne. Uprzedzając ewentualne zastrzeżenia, że jak się gdzieś jedzie to trzeba jeść w lokalnym stylu, a nie po swojemu, powiem tylko, że po kilku miesiącach żywienia się kuchnią azjatycką z przyjemnością zatopiłem zęby w szaszłyku wieprzowym, ogórku małosolnym, zanurzyłem łyżkę w barszczu, soljance czy chłodniku na bazie kefiru. Nie oznacza to, że kuchni azjatyckiej nie lubię czy nie jadam. Po prostu miła odmiana jest czasem wskazana. I według moich obserwacji chęć dostępu do jedzenia jak w domu nie dotyczy wyłącznie tych, którzy poza krajem kręcą się dłużej. Doskonale rozumiem te osoby, które są bardzo przywiązane do swoich smaków. Zachęcałbym ich do spróbowania lokalnej kuchni, ale nie przymuszał do jedzenia tego w kółko. Ktoś mógł wyprawić się do Azji dla pięknych widoków, upalnego klimatu i czynienie takiej osobie zarzutu, że skoro nie jadła jak locals to tak jakby w ogóle nie podróżowała, byłoby ogromnym nadużyciem. A z drugiej strony medalu - tu pytanie do tych którzy jeżdżą po świecie z dziećmi - czy aby na pewno łatwo nakarmić dziecko super ostrym curry?



Z liczną reprezentacją Rosjan w ogóle jest zabawnie. Przechodząc przez Pratamnak obok rosyjskich knajpek można wielokrotnie usłyszeć zaproszenie "zachodicie rebiata" albo inne "zdrastwujcie". Wcale się nie dziwię, odezwanie się po rosyjsku przez restauratora do "białasa" zapewnia trafienie w pewnie 90%. Śmieszniejsze było, kiedy to Tajowie mówili do nas po rosyjsku (który rozumiem piąte przez dziesiąte) i dziwili się, że my nie rozumiemy :) Wiecie, parę lat temu zżymałem się lekko, kiedy ktoś na ulicy wietnamskiego Trang czy tajlandzkiego Phuket brał mnie za jednego z naszych wschodnich sąsiadów. Dziś się uśmiecham i po angielsku odpowiadam, że mój rosyjski jest zbyt słaby, żeby poprowadzić w nim konwersację. Bo to po prostu element marketingu, mówienie do klienta jego językiem. Żadne big story, można tylko pozazdrościć braciom ze wschodu lepszej rozpoznawalności.

Ponadto, ze względu na liczne grono ekspatów mieszkających w Pattayi tutejsze sklepy są naprawdę dobrze zaopatrzone w jedzenie typu "western food". Ma to swoje dobre i złe strony. Dobre, bo można dostać prawdziwy chleb (a nie, tfu, tfu, na psa urok i takie tam, azjatycki papierowy tost), dobrą szynkę, wybór serów, w tym twaróg (po raz pierwszy widziałem w Azji), nawet jogurty Bakomy, generalnie mnóstwo pysznego jedzenia z Europy i nie tylko. Złe, bo importowane towary mają status premium i ich ceny są horrendalnie wysokie. Trzeba nauczyć się trudnej sztuki dokonywania wyboru pomiędzy kupnem 100 gramów twarogu a zjedzeniem obiadu w tajskiej knajpie :)


Nie będę rozpisywał się w szczegółach o wszystkich atrakcjach Pattayi, choć jest ich mnóstwo: ogród botaniczny, parki wodne, buddyjskie świątynie, wycieczki w góry, rejsy statkiem na wyspy bliższe i dalsze, fishing trips, mnóstwo centrów handlowych i bazarów ze świetnymi, choć czasem także "złodziejskimi" ofertami. Nie wszystko nas interesuje, nie mamy tendencji do "zaliczania" wszystkich miejsc, które tworzą Top 10 na TripAdvisorze, czasem na miejscu szukamy "czegoś innego". O szczegółowe informacje na temat innych atrakcji naprawdę łatwo w internecie i już na miejscu, w tysiącach agencji turystycznych oferujących atrakcje w pakietach oraz skrojone na miarę. Niezależnie od preferencji, każdy może znaleźć coś dla siebie i dobrze się bawić. Chyba tylko najbardziej marudny typ mógłby powiedzieć, że absolutnie nic nie przypadło mu do gustu.



Domykając ten przydługi wywód chciałbym podkreślić, że mam świadomość tego, że Pattaya nie wszystkim będzie odpowiadała. Bo wcale nie musi. Może być dla niektórych całkowicie "do dupy". Da się pewnie znaleźć z tysiąc argumentów przemawiających za taką opinią. Inni mogą ją pokochać miłością bezwarunkową. I prawda wcale nie leży pośrodku. Ona leży w każdym z nas, gdyż to każdy z nas ma swoje potrzeby, preferencje, oczekiwania i nawyki. Czy ktoś odnajdzie swoje miejsce w rozrywkowej dzielnicy Pattayi, na rajskiej plaży Koh Tao czy na szczycie Mount Everestu - pozostaje jego lub jej wyłączną domeną. Dla nas było to całkiem pozytywne doświadczenie. Nie najlepsze. Nie najgorsze. Gdzieś pomiędzy. Ale to tylko i aż nasze "pomiędzy".

Komentarze

Łączna liczba wyświetleń