Everest Base Camp - trekking dla każdego...

Pamiętam jak dziś (pewnie dlatego, że było to zaledwie 3 miesiące temu 😉) reakcję pierwszej osoby, z którą podzieliliśmy się myślą o wyprawie do Everest Base Camp. "Zgłupieliście do reszty". Kolejne reakcje były równie szczere: "za długo siedzieliście na słońcu", "czy wy tam coś palicie?", "pod Everest? Wy???" Ano pod Everest. My. I szczerze mówiąc, nawet się tym reakcjom tak bardzo nie dziwię. W końcu to Himalaje, na dodatek wysokie. Jakim trzeba być niepoważnym (sic) albo zadufanym w sobie, żeby sądzić, że z biegu można tak po prostu pójść na trekking pod EBC. Jak się okazuje, można.


Sama nazwa Himalaje ma sobie coś mitycznego. Miałam kiedyś kumpla - zapalonego "górzystę", który marzył o wyprawie pod Everest i o Himalajach nie mówił nigdy inaczej jak "Te Góry" (koniecznie z wielkiej litery). Marzył latami, ale choć i kasa i zdrowie były,  zawsze mu się wydawało, że nie jest jeszcze gotowy na to spotkanie, że potrzebuje jeszcze roku na przygotowanie, że musi wszystko sobie ułożyć... Co roku przesuwał ten wyjazd, aż straciłam z nim kontakt i nie wiem czy kiedykolwiek zrealizował to marzenie. Mam nadzieję, że tak.


Mityczność Himalajów buduje się w nas od dziecka - na geografii słyszymy o najwyższych górach, w ramach motywacji wszyscy krzyczą o zdobywaniu Himalajów swoich możliwości. Ba, nawet w trakcie oceny rocznej w pracy człowiek potrafi usłyszeć, że Himalajów to jeszcze nie zdobył. A jak się na to nałoży medialne doniesienia o zdobywaniu kolejnych szczytów Tych Gór przez organizowane przez lata ekipy specjalistów, to już naprawdę ma wrażenie, że ani godzien, ani gotów nie jest i nigdy nie będzie na jakąkolwiek, najmniejszą nawet wyprawę w Himalaje.


A to, moi drodzy, jedna wielka BZDURA. Ależ jak to, zakrzykniecie, kimże jesteś, żeby to oceniać. Ano mogę oceniać, bo po pierwsze to mój post i mogę tu sobie pisać, co mi się żywnie podoba, a po drugie właśnie dwa dni temu wróciłam do Katmandu po 18 dniowym trekkingu po Himalajach wysokich, w ramach którego dotarłam pod Everest Base Camp. Ja. Chodząca na siłownię raz w tygodniu, uwielbiająca długie spacery po płaskim, jeszcze trzy lata temu o dobre 50 kg cięższa, z rozwalonym kolanem. Czy jestem niepoważna? Pewnie tak. Spontanicznie podjęta przez nas decyzja (picie alkoholu w urodziny i łapanie doła związanego z kolejnym straconym rokiem pewnie miały z tym dużo wspólnego) o chęci zobaczenia RAZ W ŻYCIU najwyższej góry świata przerodziła się we wspaniała wycieczkę, która zmieniła całkowicie moje myślenie o Himalajach. Marzysz o zobaczeniu Everestu? Zbierz kasę, zaklep urlop i po prostu przyjedź. Everest zobaczysz na pewno (wystarczy dotrzeć do Namche Baazar), a jeśli będziesz uparty i cierpliwy oraz nie powali cię choroba wysokościowa - dotrzesz do Everest Base Camp.


Trasa nie jest trudna. Naprawdę. Ok, są odcinki, które wyciskają pot z czoła i sprawiają, że zagryza się wargi aż do krwi. Osobiście podzieliłabym trasę na dwie części - przed i po Tengboche. Zakładając, że (inaczej niż my) swój trekking zaczynasz jak większość ludzi od przylotu do Lukli, Tengboche jest trzecim miejscem, w którym nocujesz po Namche Baazar i Phakding (liczę tutaj standardowe tempo, a nie supermanów wlatujących pierwszego dnia do Namche). Na tej części trasy masz dwa większe podejścia - tuż pod Namche Baazar (ok. 600 m w górę na odległości 2-3 km, więc ostre) i tuż pod Tengboche - bardzo podobne. Poza tymi podejściami trasa biegnie pagórkami w lasach, przy rzece, wzdłuż góry.

Myślę, że jeśli porównam te odcinki (poza wspomnianymi podejściami) do Karkonoszy albo Beskidu Sądeckiego, to się mocno nie pomylę. Naprawdę. Idziesz sobie spokojnie ścieżką, co jakiś czas przechodzisz przez most (ok, dla mających lęk wysokości to może być trudne, bo mosty się huśtają, a nie za bardzo da się trzymać poręczy, gdyż jest zrobiona z poskręcanej siatki i można się pokaleczyć. Osobiście trzymałam się swoich kijków. Tak, wiem jak to kretyńsko brzmi, ale czegoś się trzymać musiałam😅). Po drodze mijasz liczne tea house'y, w których w każdej chwili możesz zrobić przerwę na coś do jedzenia, picie czy na siusiu. Co kilkaset metrów stoją murki, na których można przysiąść (przeznaczone głównie dla porterów, ale turystów nikt nie zrzuca). Idziesz swoim tempem, nikt nikogo nie pogania. Liczne dodatkowe przystanki (idealne dla złapania oddechu czy napicia się wody) zawdzięczasz przechodzącym osłom czy też jakom. Żyć, nie umierać. Średnio dziennie robi się 10-12 km i człowiek ma na to cały dzień. Spokojnie zatem się da.


Za Tengboche robi się trudniej i to nie ze względu na trasę, która nadal jest podobnej trudności (i w dodatku bez tych masakrycznych podejść), ale ze względu na mniejszą zawartość tlenu w powietrzu. Początkowo jest to ledwo odczuwalne - ot, trzeba ciut szybciej oddychać przy podejściach i tyle. W okolicy Gorak Shep (na wysokości koło 5000 m.n.p.m.), kiedy tlenu jest już prawie o połowę mniej niż standardowo, do częstszego oddychania dochodzą bóle mięśni, które nie otrzymują wystarczającej ilości tlenu przy wzmożonym wysiłku jakim jest podejście. Idzie się wolniej, jest to trudniejsze. Ale się idzie. I o ile się nie trafi choroba wysokościowa  (a ona nie wybiera, strzela jak chce, w ludzi mocno fit również), to spokojnie się człowiek doczłapie. Mocniej dysząc, z lekko spuszczoną głową, ale się doczłapie. I sama trasa nie będzie trudniejsza niż podejście pod Śnieżkę, za to widoki będą przepiękne i warte każdego wysiłku.


Czy trekking na EBC jest trudny? Nie. Czy jest męczący? Zdecydowanie tak. No, błagam, przez kilkanaście dni wędruje się po górach. I nie ma przebacz. Ale idzie się zaledwie parę godzin, spokojnie własnym tempem. Z dużą ilością przystanków na herbatkę, wodę, kanapkę z Nutellą czy innego batonika. Jak w Karkonoszach. Nie ma żadnych lin, żadnego wdrapywania się na czworakach (choć akurat na Kala Pathar miałam taki plan), człowiek po prostu idzie. Często po płaskiej trasie, często po niewielkich wzniesieniach, codziennie docierając troszkę wyżej. A po kilku godzinach (w naszym przypadku między 13 a 15) dociera się do nowego miejsca do spania i już nic nie trzeba. Poza wypoczywaniem i czekaniem na kolację tudzież spanie. Można grać w karty, czytać, leżeć, spać. Do wyboru do koloru. Najważniejsze to odpoczywać i pozwalać organizmowi na regenerację. Czasu będzie miał dość, a wy zdążycie się nieźle wynudzić. 

A teraz najlepsza część - dla kogo przeznaczony jest ten trekking? Dla większości! Naprawdę. Razem z nami przez kilka dni szedł 10-letni Brytyjczyk z ojcem. Ojciec - widać, że wielbiciel siłowni, radośnie prezentujący mocne mięśnie pod opiętą koszulką i krótkimi (bardzo!) spodenkami - ledwo za swoim synem nadążał. Młody szedł ze słuchawkami na uszach i śpiewał w rytm dyszenia wszystkich dookoła. Myśleliśmy, że ojciec mu jakieś specjalne odżywki zapodaje, ale okazało się, że ich tajemnicą była duża micha owsianki na śniadanie. Może coś do tej owsianki jednak dorzucał? W każdym razie Młody szalał na szlaku zachwycając wszystkich. W drodze powrotnej spotkaliśmy jeszcze kilkoro dzieci na szlaku, między innym rodzinkę Australijczyków z czworgiem dzieci, z których najmłodsza dziewczynka na oko miała jakieś 7 lat. I też twardo parła do przodu ze swoim plecaczkiem.

Dzieci jak to dzieci, dużo energii mają, ale poza nimi spotkaliśmy też bardzo dużo osób w wieku 65+. O znaczącej liczbie pięćdziesięcioparolatków, w dużej mierze z Niemiec i Francji, już nie wspominam, bo to oczywiste. A wielu z nich pokonywało tą trasę po raz któryś. I wcale na fit nie wyglądali. Liczne piwne brzuszki zderzały się na trasie z amerykańskimi pupciami, a chudzinki nie raz bywały wyprzedzane przez australijskie pączuszki. Naprawdę patrząc na masę ludzi, ciągnącą do i z EBC człowiek miał nieodparte wrażenie, że ma przed sobą całkiem niezłą reprezentację społeczeństw tego świata. Wielokrotnie na trasie mijaliśmy się  (i motywowaliśmy wzajemnie) z parą Brytyjczyków w naszym wieku, którzy (no offence) sprawiali wrażenie, że chętniej siedzą przed TV z chipsami i piwem niż odwiedzają siłownię. Mieli chęć zobaczyć Everest Base Camp. I zobaczyli. Kosztowało ich to sporo potu, dyszenia i bólu mięśni. Spotkaliśmy ich pod EBC, panna się popłakała z radości. To był jego prezent dla niej, na piątą rocznicę ich ślubu. Znajomi mówili, że ona nie da rady ze względu na kondycję. A dała. I płakała pod EBC z radości. Aż mi się oczka z zaszkliły jak na nią patrzyłam. Tak, mi, pierwszej cyniczce Rzeczpospolitej.

Nie zrozumcie mnie źle, nie namawiam do tego, żeby całkowicie bez kondycji ruszać w góry - w żadne! Ale mityzowanie Himalajów i trekkingu pod EBC też do niczego dobrego nie prowadzi. A przynajmniej nas, Polaków. Bo o ile kilka par w naszym wieku i większą grupkę naszych rodaków spotkaliśmy, o tyle mam wrażenie, że wiele osób, które technicznie i fizycznie spokojnie mogłyby na taki trekking wyjechać, odmawiają sobie tej przyjemności, bo mają w głowach wizję Himalajów niedostępnych dla zwykłego człowieka. Bo za trudne, bo trzeba latami się przygotowywać. Nie trzeba. I z całą świadomością to powiem. Na ten trekking nie trzeba. Jeśli ktoś, kto był, wmawia wam inaczej, to może robi to po to, aby zachować nimb wyjątkowości i pławić się w powszechnym zachwycie. WOW. Wszedł pod EBC. Zobaczył Everest. Wielu może to zrobić. Kwestia urlopu, szybkiego przygotowania i kasy. Chcesz zobaczyć Everest? Marzysz o tym? Zastanów się co cię wstrzymuje. Rzeczywistość czy wyimaginowane obawy? Ja postawiłam na rzeczywistość. A teraz czas na imaginację - George Clooney, gdzie jesteś?

PS.

Jeszcze raz chciałam podkreślić, że nie namawiam do brawury. Góry zabijają. Himalaje również. Ale przy odrobinie rozsądku, stosowaniu zasad i założeniu, że zdrowie najważniejsze (co oznacza dłuższy postój albo nawet zejście w dół w przypadku ataku choroby wysokościowej - o tym w następnym poście) nie trzeba lat przygotowań do trekkingu EBC. 

Komentarze

Łączna liczba wyświetleń