Ziemniaczane tarasy czyli drugi trekking koło Katmandu (z Nagarkot do Dhulikel)

Widzieliście kiedyś zdjęcia z azjatyckich krajów, na których pokazane były tarasy obsadzone ryżem lub herbatą? Są one bardzo często znakiem rozpoznawczym różnych krajów. Jadąc do Wietnamu, Indonezji czy na Filipiny zwykle planuje się wycieczkę na pola ryżowe, a Sri Lankę czy Malezję wprost trudno sobie wyobrazić bez przechadzki wśród krzaczków herbaty. Im wyższe i bardziej strome góry dookoła, tym ładniejsze widoczki i bardziej spektakularne zdjęcia. Na Sri Lance wiele osób decyduje się obejrzeć wschód słońca, siedząc na murku i popijając z kubka herbatkę Lipton, podczas gdy otaczające go pola herbaciane Lipton wynurzają się powoli z porannej mgły. Co jednak jeśli to, co z daleka wygląda na piękne i romantyczne pola herbaciane okazuje się polem ziemniaków? Ale idźmy może po kolei.


Jak już pisaliśmy kilkakrotnie w ramach przygotowań do trekkingu pod EBC (te 200 km po nocach mi się już śni jako lekki koszmar), postanowiliśmy zrobić parę rundek po górach koło Katmandu. Pierwszy trekking opisał Łukasz tutaj, ten post będzie zaś o naszym drugim "spacerze". Witamy na szlaku z Nagarkot do Dhulikel - przed nami 15 km.

Ten piękny dzień zaczął się dość hmmm.... wybuchowo. O czwartej nad ranem obudziły nas odglosy wybuchów oraz szyby drżące w oknach. Zerwaliśmy się z łóżek (no dobra, uniosłam lewą powiekę i spytałam czy nas atakują) i przypadliśmy do okien, skąd widać było słup dymu, unoszący się nad jednym z budynków mniej więcej trzy ulice dalej. Co chwila słychać było dalsze wybuchy, po których w niebo wzbijał się słup ognia. Jak się później okazało, wybuchł składzik z butlami gazowym na trek (takie małe), na szczęście nikomu nic się nie stało. Tak, wiem, że rozsądni ludzie w tym momencie wybiegliby z hotelu, żeby zobaczyć co się dzieje albo przynajmniej jakiś filmik nakręcić, ale trwała właśnie straszliwa burza, uznaliśmy zatem, że można iść spać. Szczególnie, że o 6 rano planowaliśmy pobudkę. 

Nie ukrywam, że wstawanie było trudne, podnieśliśmy się jednak po 6 rano, a już o 7:20 siedzieliśmy w wesołym autobusie do Bhaktapur, gdzie przesiedliśmy się do jeszcze weselszego autobusu do Nagarkot. Nazywam je wesołymi przez lekką przekorę, bowiem są nie dość, że mega zapchane, pachnące człowiekiem, to jeszcze ja zawsze wychodzę z nich poobijana (połączenie tego, że drogi są nierówne i ciągle ktoś nade mną wisi). Tym razem jednak nie dojechaliśmy do samego górnego Nagarkot (są dwa przystanki z tą nazwą), wysiedliśmy jakiś kilometr od niego, bowiem aplikacja Maps.me pokazała, że tam zaczyna się skrócik na trasę do Dhulikel, a wjazd do miasta wiązałby się z opłatą 339 rupii (ok 10 zł) od osoby. I o ile zwykle nie mamy problemów z płaceniem podatków czy innych opłat klimatycznych, o tyle zapłacenie 20 zł za wejście i wyjście z miasta wydało nam się już zbytnią ekstrawagancją. Zatem wybraliśmy skrót.


Niestety jak się okazało całonocna burza nie pozostała bez wpływu na ścieżynkę, którą mieliśmy iść, pojawił się bowiem na niej strumyk z dużą ilością błota oraz pijawkami. Klnąc na czym świat stoi i obiecując twórcom aplikacji najgorszą zemstę brodziliśmy w błocie, zrzucając z butów drapieżne pijawki. Po jakiś 200 metrach wydostaliśmy się na szczęście z tej lekkiej masakry, oczyściliśmy buty z niedobitków (tym razem zaliczając tylko jedno ugryzienie pijawki na nas dwoje, co jest znacznym sukcesem, jak sobie człowiek Chisapani i Langkawi przypomni) i radośnie ruszyliśmy szutrową, a następnie asfaltową drogą pod górę, mijając po drodze hoteliki oraz bazę wojskową.

Pogoda była całkiem znośna (chłodno, bez słońca, ale i bez deszczu), trasa przyjemna, trudne początki zaczęły zacierać się w naszej pamięci, a uśmiechy szerokie pojawiły się na twarzach. Co prawda co rusz musieliśmy zaglądać na Maps.me (nie było żadnych oznaczeń) i raz omyłkowo poszliśmy dłuższą drogą (właściwej ścieżki nie dało się zauważyć wśród chaszczy), ale absolutnie nie zepsuło nam to humorów. Las, przez który szliśmy, przypominał te w polskich górach z pięknymi drzewami iglastymi i masą kolorowych roślinek. Jedyną skazą na naszej radości były osłonięte chmurami szczyty gór. Ach jakże pięknie wędrowałoby się z widokiem na Mt. Everest, który ponoć tam już jest, ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Grunt, że trasa była przyjemna, szliśmy jakby granią. Do czasu oczywiście.


Mniej więcej po pierwszych 5 km na zakręcie natknęliśmy się na miejsce do odpoczynku, co skwapliwie wykorzystaliśmy na wywietrzenie stópek (panicznie boimy się odcisków, a naszą metodą jest wietrzenie stóp co parę kilometrów przez 20 minut), zjedzenie bananów i nawodnienie. Następnie zerknęliśmy na Maps.me i okazało się, że nasza trasa wiedzie w dół zarośniętą ścieżką tuż przy rest area. Byliśmy na dość znacznej wysokości, zejście wydawało się strome, ale nie to niepokoiło nas najbardziej. Wielkie pajęczyny z ogromnymi pająkami (po kilkanaście na jednej) przecinały naszą ścieżkę. Na szczęście tuż przed nami na ścieżkę wkroczyło dwóch nepalskich turystów (przecinaliśmy sobie drogę przez cały dzień, radośnie się pozdrawiając), którzy bez strachu rozwalali wszystkie pajęczyny. To straszne, ale wykorzystaliśmy ich bezwstydnie. Wstyd mi bardzo, ale zrobiłabym to jeszcze raz. Nienawidzę pająków.


Przedzieranie się przez rzeczoną ścieżkę trwało całe wieki, trzeba było uważać na śliskie stopnie, kamienie, kłujące krzaczory. Ale widoczki rekompensowały wszystko. Szkoda ogromna, że aparat tego idealnie nie oddaje, a ze mnie żaden Słowacki, żebym mogła nasz zachwyt ubrać w słowa.


Tuż przed wkroczeniem na ścieżkę zobaczyliśmy w dole tarasowe pola. Krzaczki nie przypominały ryżu ani herbaty. Dwa dni wcześniej po wizycie w naszej ulubionej nepalskiej knajpce (bardzo polecamy,  mapka tutaj) mieliśmy dyskusję na temat jednego z głównych (jak się wydaje) składników w tutejszej kuchni - ziemniaka. I dlatego widząc z daleka krzaczki na tarasach,  zaczęliśmy się śmiać, że to pewnie ziemniaki. Jakież było jednak nasze zdumienie, kiedy okazało się, że to faktycznie nasze swojskie pyry. Tak Kochani, Nepalowi bliżej do Polski niż się wydaje. Katmandu ziemniakiem stoi. I jak się okazuje, nie tylko pola ziemniaków przypominają naszą ojczyznę, ale również plantacje pomidorów czy cukinii. Różnią się jedynie tym, że na polskie pola wyjeżdżają maszyny, które pomagają zbierać pyrki, a na tarasy na stromych górskich zboczach raczej nie.


Po drodze spotkaliśmy również kilka pań, niosących na plecach w koszach trawę. Ponoć jest to specjalna trawa, która jest bardzo zdrowa i robi się z niej jedzenie i lekarstwa. Nie wiemy jednak na ile to prawdziwa historia, usłyszeliśmy ją siedząc na obiedzie od pana, który chciał nam ewidentnie coś sprzedać.

Po zejściu z "cudnej ścieżki" przeszliśmy obok kilku domków i zgodnie z planem zaczęliśmy wspinać się pod górkę wśród tarasów ziemniaczanych. Widoki były cudowne (wielka zielona dolina pełna tarasowych pól) i tylko drobny głosik powtarzał mi w głowie: jaka szkoda, że są chmury, jakże wyglądałoby to wszystko, gdyby za doliną wypiętrzały się ośnieżone szczyty Himalajów Wysokich.


Samo podejście było troszkę męczące, ale nie jakoś wybitnie mocno. Na samej górze zaś natknęliśmy się na kolejne gospodarstwa a nawet na jakiś hotel.  Krótki odpoczynek i kilka bananów później zaczęliśmy wędrówkę w dół. Ścieżka wiodła początkowo przez pola tarasowe, momentami wymagając od nas zdolności cyrkowych (osuwiska), po kilku kilometrach przekształciła się w szeroką drogę szutrową. Dojście do Dhulikel wymagało od nas jeszcze jednego drobnego podejścia pod górkę (w pięknym lesie z ogromnym drzewami iglastymi).

W Dhulikel złapaliśmy przejeżdżający autobus (oczywiście pomogli dobrzy ludzie wsadzając nas do właściwego pojazdu jadącego bezpośrednio do Katmandu). Za bilety  zapłaciliśmy po 100 rupii od osoby (podobno miejscowi płacą 60, ale nie mamy zamiaru się targować, jeśli ktoś za przejazd 26 km chce równowartość 3 zł). Dotarcie do stolicy zajęło nam mniej więcej 2-2,5 godziny (hurra dla dróg i korków w Nepalu). 

Drugi trekking natchnął nas jeszcze większym optymizmem. W końcu łącznie zrobiliśmy już po 50 km czyli razem 100 km. Do naszego celu 500 km (po 250 km na każde z nas) zostało tylko 400. Jedną piątą już mamy. Na tych 500 km bardzo nam zależy, bo w końcu do nich zobowiązaliśmy się w ramach akcji #500kmTrekkinguDlaRohingya 

Zrobimy wszystko, żeby się udało :) A Wy?

Komentarze

Łączna liczba wyświetleń