Jaskinie Phong Nha czyli naturalne piękno Wietnamu

400 milionów lat temu na terenie dzisiejszego Wietnamu pradawni azjatyccy bogowie postanowili pobawić się w chowanego. W okolicy dzisiejszej wioski Phong Nha (a w zasadzie Son Trach) znaleźli góry, wśród których mogli biegać i skakać. Ale chować się? Z tym już było dużo gorzej. Co sprytniejsi zatem zaczęli drążyć jaskinie w górach, a niektórzy dla ochłody przed palącym słońcem poprowadzili przez jaskinie rzeki. A że czasu mieli dużo, zaś umiłowanie do piękna zawsze jest cechą bogów, w jaskiniach bogowie namalowali kolorami przepiękne obrazy, stworzyli wspaniałe rzeźby. Przez lata woda zmieniła ich kształt i zmyła trochę kolory, ale i tak do dzisiaj można podziwiać kunszt prawdziwych naturalnych artystów.  I tak oto powstały słynne jaskinie Phong Nha. Ładna bajka?

Oczywiście bajka poza datą (400 milionów) nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Ale brzmi nieźle ;) Prawda jest dużo bardziej "przyziemna". Ot, wypiętrzyły się góry, pojawiły rzeki, wydrążyły jaskinie.  W jaskiniach zaś przez wieki powstały różne formacje skalne, stalaktyty, stalagmity. I  tyle. Gdy jednak człowiek stoi pośrodku jednej z tych jaskiń i z niemym zachwytem wpatruje się w przepiękne kolorowe "rzeźby" ma się wrażenie, że któryś z azjatyckich pradawnych bogów miał naprawdę dobry dzień tworząc kompleks Phong Nha. Zacznijmy może jednak od garści faktów. 

Park Narodowy Phong Nha-Ke Bang znajduje się około 450 km na południe od Hanoi. Obejmuje tereny o powierzchni około 860 km. kwadratowych, a na jego terenie znajdują się pierwotne lasy tropikalne, jaskinie, podziemne rzeki - w dużej mierze nadal niezbadane (kto chętny?). Łączną długość jaskiń szacuje się dzisiaj na 65 km, ale jak to z jaskiniami bywa: prawdy na razie nie zna nikt. W 2003 roku park został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. O tym, że wiele jeszcze na terenie jest do odkrycia, świadczy chociażby fakt, że zaledwie 10 lat temu (w 2009 roku) brytyjscy badacze dokonali eksploracji jaskini Son Doong (odkryto ją w 1990), uznawaną dzisiaj za największą na świecie. Co więcej, miesiąc temu (maj 2019) podano do publicznej wiadomości, że jaskinia jest jeszcze większa niż myślano, bowiem nurkom (tak, nurkom) udało się dotrzeć korytarzami jaskini Son Doong do innej wielkiej jaskini zwanej Hang Thung. Jak to określono, to trochę tak, jakby do Everestu dorzucić 1 km wysokości. 

Choć Son Doong swoją sławą (największe zawsze pociąga ;)) i zdjęciami pociągała nas strasznie, to jednak ograniczenia w jej zwiedzaniu (koszt 3.000 USD za osobę, konieczność wyprawy ze zorganizowaną wycieczką i limitowana miesięcznie ilość wydawanych pozwoleń) skutecznie nas zniechęciły. Może kiedyś... ;)

Niemniej pozostałe jaskinie kompleksu są dostępne bez większych trudności dla "zwykłych" ludzi, na nich zatem oraz pobliskich górach i kilku innych atrakcjach postanowiliśmy się skupić w trakcie naszego prawie tygodniowego pobytu w Phong Nha. 


Co zatem warto zobaczyć podczas pobytu w Phong Nha?

1. Jaskinia Phong Nha

Oficjalne źródła donoszą, że odkryto ją w 1899 roku. Ponoć przed wiekami mieściła się w niej jakiegoś typu świątynia Czamów (w trakcie eksploracji jaskini odkryto ich inskrypcje oraz pozostałości po ołtarzu). W okresie wojny wietnamskiej w jej środku mieścił się szpital. W 1992 roku brytyjscy naukowcy zorganizowali ekspedycję w głąb jaskini, odkrywając korytarze o łącznej długości ponad 7 km. Obecnie uznaje się ją za najdłuższą jaskinię "mokrą", co wynika z faktu, że przepływa przez nią rzeka. Turyści mogą zwiedzać ok 1,5 km korytarzy. 

Wyprawa do jaskini jest bardzo prosta do zorganizowania. Wystarczy z samego rana podejść do przystani (mieści się w samym środku wioski, nazywa Phong Nha-Ke Bang Tourism Center, nie popełnijcie błędu jak wiele osób, które podjeżdżają motorkami do miejsca oznaczonego na mapie jako Phong Nha Cave. Co prawda faktycznie tam się mieści jaskinia, ale nie da się do niej dostać z tego miejsca. Trzeba z przystani popłynąć łódką, taki mają system), znaleźć kilka osób, które również mają ochotę na wyprawę (najlepiej usiąść przy budce z biletami i poczekać), kupić bilet do samej jaskini (150 tys. VND za osobę dorosłą, dzieci poniżej 1,3 m wzrostu wchodzą za darmo) oraz miejsce w łódce (łódka pomieści do 12 osób, koszt całej łódki to 360 tys. VND) i można ruszać. Jeżeli ktoś ma ochotę zobaczyć również jaskinię Tien Son, to warto połączyć zwiedzanie tych jaskiń (są tuż obok siebie). Wówczas należy kupić również bilet do Tien Son (80 tys. VND za osobę dorosłą), zaś łódka dla 12 osób to koszt 400 tys. VND. 

My wybraliśmy opcję ze zwiedzaniem jaskini Tien Son, udało nam się na nadbrzeżu znaleźć dodatkowe dwie osoby i już koło 9:30 ruszyliśmy w kierunku jaskiń. 

Wyprawa trwa około 4 godzin. Najpierw przez około pół godziny płynie się łódką. Wokół rozciągają się piękne widoczki: samo miasteczko, pola, w oddali widać góry. Mieszkańcy Phong Nha wypływają na "połów" jakiś glonów oraz ryb. Jest to ewidentnie bardzo ciężka praca i angażuje całe rodziny, od najmłodszych do najstarszych jej członków. 

W końcu na horyzoncie pojawia się skała tuż nad rzeką i oto już widać jaskinię. Jeszcze tylko krótki przystanek przy budkach strażniczych (wyskakuje na brzeg tylko nasz "kierowca") i  już wpływamy do jaskini Phong Nha. Silnik naszej łódki milknie, w nagle zapadłej ciszy słychać tylko przytłumione głosy turystów, kapiącą wodę i dźwięk wioseł uderzających o powierzchnię podziemnej rzeki. Daszek naszej łódki tuż przed wpłynięciem do jaskini został ściągnięty, możemy zatem swobodnie oglądać wszystkie ściany i sufit.


Łódź powoli zanurza się w coraz ciemniejszej jaskini. Elektryczne lampki zamontowane na ścianach dają niewiele światła, za to przepięknie podkreślają kształty i kolory poszczególnych formacji skalnych. Człowiek ma trochę wrażenie, że znalazł się w pradawnej świątyni kilka tysięcy lat wstecz, a za moment usłyszy dźwięk bębnów i lekko wyjące śpiewy szamanów. Wszyscy na łódce milczą jak zaklęci. Zanika dźwięk rozmów turystów chodzących już po części suchej jaskini, słychać jedynie wiosła i kapiącą wodę. Co jakiś czas powietrze przeszywa skrzekliwy krzyk nietoperza. I kapanie. Kap, kap, kap. Tak musiały czuć się zmarłe dusze w trakcie podróży Styksem. Czyżby Homer był tu kiedyś na wycieczce?

Nasz "kierowca" zawraca łódkę, podwozi nas pod kamienne schody i pokazuje, żebyśmy ruszyli dalej na piechotkę. Wyskakujemy na ląd i obracając głowę we wszystkich kierunkach (moja biedna szyja) staramy się nie zabić na śliskiej od wody kamiennej podłodze.


Powoli (dużo zdjęć, kilka filmików i wiele jęków zachwytu) docieramy do wejścia do jaskini. A stamtąd schodkami zmierzamy do kolejnej atrakcji dnia czyli jaskini Tien Son. 

Poetka ze mnie żadna, ale mój zachwyt był ogromny. A przecież to była dopiero pierwsza i jak się okazało "najmniej" spektakularna jaskinia ze wszystkich, które obejrzeliśmy (no dobra, poza 8 Ladies, ale to bardziej dziura w skale). Przejdźmy zatem dalej.

2. Jaskinia Tien Son

Ta przepiękna jaskinia nazywana również bywa "Fairy on the mountain" (ślicznie i słusznie) i choć rozumiem bajkowy kontekst, mimo długiego myślenia nie znalazłam zgrabnego tłumaczenia na język polski. Jakby ktoś miał jakiś pomysł, napiszcie proszę w komentarzach :) 

Jaskinia jest umiejscowiona około 100 m. nad jaskinią Phong Nha, dotrzeć do niej można po schodkach. Nie powiem, wspinaczka wyciska z człowieka trochę potu (głównie dlatego, że jest gorąco i nie ma absolutnie żadnego przewiewu), ale widoki są warte każdej kropli (czy raczej każdego litra). Niemniej duża butelka wody się przyda ;)


Po pokonaniu schodów wreszcie wchodzimy do jaskini, gdzie czeka na nas 400 metrów pięknych widoków. Wewnątrz chodzi się po drewnianych platformach, co znacznie ułatwia zwiedzanie. Panuje przyjemny chłód (można odparować po wspinaczce), wszędzie świecą się rozliczne lampki. Muszę przyznać, że z wielkim uznaniem patrzyłam w jaki sposób lampki są porozmieszczane, podkreślając kształty jednych stalaktytów, ożywiając barwy innych.


Miejscami trzeba przeciskać się dość wąskimi przejściami, chwilami człowiek utyka za jakąś grupką, ale w tej jaskini generalnie nie widać tłumów. Jest cicho i przyjemnie. Ludzie rozmawiają półgłosem, wysokie, łukowate sklepienia wielu osobom kojarzą się z katedrą średniowieczną. Przepięknie. 
Po półgodzinnej przechadzce (znowu zdjęcia i momenty zastygnięcia z zachwytu nad poszczególnymi elementami) decydujemy się powoli wracać do łódki. Znajdujemy naszego "kierowcę", wskakujemy do łódeczki i wracamy do miasteczka. Resztę dnia spędzimy wałęsając się nad rzeką i szukając cienia (gorąco!), przysiadając na mrożoną kawę w lokalnych kawiarniach. Ot, trzeba odpocząć ;)

3. Jaskinia Paradise

I oto stał się cud. Po obejrzeniu dwóch poprzednich jaskiń myśleliśmy, że Paradise to będzie tylko kwiatek do kożucha (można, ale nie trzeba), a skończyło się na tym, że przeszliśmy ją 3 razy i sporo czasu przesiedzieliśmy na ławeczkach, wpatrzeni w ściany ze szczękami gdzieś na poziomie platformy drewnianej, po której się chodzi, a momentami nawet parę metrów poniżej. Tak, Paradise Cave to zdecydowanie miejsce MUST SEE jak się człowiek już w okolice zapuści.


Dotarcie do Paradise Cave z naszego miasteczka wymaga skorzystania z jakiegoś środka transportu (motorek, taxi, zorganizowana wycieczka). Można wybrać trasę dłuższą (czerwona trasa na poniższej mapce, przejazd przez rzekę drogą Ho Chi Minh Highway East, a potem West, przejazd koło Dark Cave), ale łagodną, z licznymi pięknymi widokami, bądź też trasę krótszą (najpierw brązową trasą obok Botanical Garden, następnie czerwoną), ale dużo bardziej górzystą (więcej zakrętów, bardziej strome zjazdy i podjazdy). Cała pętla ma około 60 km (niektóre źródła podają 50 km, inne 65 km, przyjmijmy więc prawie średnią wartość) i zapewnia na całej swojej długości malownicze widoki. My przejechaliśmy ją kilka razy, odbijając w różne mniejsze czy większe dróżki, robiąc dużo przystanków na zdjęcia i zachwyty. Warto trochę się w okolicy zgubić :)


Obojętnie, którą trasę wybierzemy, w końcu dociera się do Paradise Cave. Jeszcze tylko opłata za parking dla motorków (5 000 VND) i już można ruszać w kierunku budki z biletami. Wejście do Paradise Cave to koszt 250 000 VND dla osoby dorosłej, 125 000 VND dla dziecka o wzroście 1,1 m do 1,3 m i 0 VND dla mniejszych. Najpierw czeka nas około 1,5 km spacer prostą ścieżką "przez dżunglę" ;) Oczywiście spacer nie jest obowiązkowy. Można wybrać opcję jazdy meleksem (4-osobowy w dwie strony kosztuje 100 tys. VND, można też wybrać wersję 6-osobowy za 120 tys. VND, 8-osobowy za 200 tys. VND lub 14-osobowy  za 350 tys. VND. Cena za cały samochodzik).


My wybraliśmy spacer i po 10 minutach stanęliśmy pod górą.


Stąd trasa staje się trochę trudniejsza,  meleks  wyżej nie podwozi, trzeba się wdrapać samemu. Podejście na górę jest dość proste, zrobione w formie podjazdu z dużą ilością zakrętów, schodzi się zaś schodami. 

10 minut później lekko zasapani (brak przewiewu) stajemy przed wejściem do jaskini. Jest niewielkie, więc krzywię się lekko, że chyba nas ktoś zrobił w bambuko. Kilkanaście schodków w dół i moja percepcja relacji ceny do jakości zmienia się diametralnie. Jestem w szoku. Widzę przed sobą wijące się mocno w dół schody, gdzieś na ich końcu majaczy platforma drewniana, prowadząca daleko do przodu, a sama jaskinia, w której stoję jest ogromna. A to dopiero początek.


Jak się okazało można wejść ponad 1 km w głąb jaskini (idzie się po drewnianych kładkach), cały system ma jednak około 31 km.


Zorganizowane wycieczki (odpowiednie oczywiście, nie te najbardziej podstawowe) wiodą dalej w głąb (około 7 km). Cóż ja będę opisywać, ujmę to tak: jakieś 2 godziny później wynurzyliśmy się z jaskini wciąż mając przed oczami wspaniałe formacje i kłócąc się zajadle, co które komu przypominały. Warto, zdecydowanie warto.

Jeśli kogoś zdjęcia nie przekonują, to może filmik da radę? :)


Paradise Cave - Phong Nha National Park
Opublikowany przez pod-palmami.pl Wtorek, 21 maja 2019


4. Dark Cave

Od razu napiszę, że nie byliśmy. Pogrzebaliśmy w necie, porozmawialiśmy z osobami spotkanymi w Phong Nha i wyszło nam, że nie jest to atrakcja, która nas pociąga. Sama jaskinia jest ponoć całkiem fajna, ale została przerobiona na swoiste wesołe miasteczko. Zamiast do niej wejść, wjeżdża się zip line, potem człowiek gdzieś tam chodzi (głównie brodzi w wodzie) w ciemnościach, tylko w świetle latarki, tapla w błocie i coś tam jeszcze. Niespecjalnie mnie taplanie w błocie zachęciło (nie wiem co w tym błocie pływa, mam lekką schizę w tym temacie, za dużo filmów o jaskiniach), cała atrakcja trwa ponoć 2-3 godziny i kosztuje 450 tys. VND od osoby za wszystkie atrakcje. Zainteresowanych odsyłam do innych blogów i opisów na forach. Wystarczy wpisać Dark Cave w Google :)

5. Ogród Botaniczny

Nie mam pojęcia, kto jest autorem nazwy Botanical Garden, ale miejsce, które odwiedziliśmy na tak szumną nazwę nie zasługuje z całą pewnością. Ot, jest sobie wodospad, do którego można podejść albo krótką trasą (dosłownie parę minut, praktycznie po płaskim terenie po wygodnej ścieżce) albo dłuższą (nam zajęło to niecałą godzinę) trasą przez dżunglę.


Ta druga jest trochę trudniejsza, wymaga na pewno co najmniej sandałków, miejscami trzeba się podciągać trochę na linach albo przytrzymywać ich przy schodzeniu w dół. Bywa ślisko, jest bardzo duszno i człowiek czuje się jak w wielkiej saunie. No i dopadają go miliony komarów (żaden antykomar przy takiej ilości wydzielanego potu nie utrzyma się na skórze dłużej niż parę minut). Ale sama wycieczka jest naprawdę bardzo przyjemna, nie zapomnijcie tylko wziąć ze sobą dużo wody. No i najważniejsza część: idzie się dżunglą. Po wyjściu z niej człowiek ma plus 5 punktów do zajebistości ;)

Ponoć w dżungli żyją gibony i bardzo, bardzo się starałam w trakcie wycieczki je gdzieś dojrzeć, ale nie było mi dane :( Strasznie żałuję, bardzo chciałam zobaczyć takiego gibona. Może bały się wydrzej konkurencji, może akurat miały dzień leniwca. Nie pokazały się :( Choć Łukasz robił wszystko, żeby je godnie zastąpić. Na huśtawce.


Wracając do samego wodospadu, to nie jest on może duży, ale niebrzydki, warto więc chwilkę na niego poświęcić.


Po drodze mija się jeszcze małe bajorko, w którym się można kąpać. Reklamowane jest jako świetne miejsce do schłodzenia i kąpieli, ale nas szczerze mówiąc nie zachwyciło. Chcesz się pokąpać w czystej wodzie z wodospadu? Jedź na Langkawi. Twój wodospad już tam czeka ;)


Bilet wstępu kosztuje 40 tys. VND, zaś koszt parkingu dla motorka to 4 tys. VND. 

6. Jaskinia 8 Ladies i Pagoda

Hmm, to miejsce tak naprawdę jest ważne z punktu widzenia historycznego. Otóż w roku 1972 w trakcie wojny wietnamskiej grupa ochotników budowała drogę nr 20. Amerykanie zrzucili bomby na ten teren, ochotnicy uciekli do jaskini w nadziei, że pozwoli im to uratować życie. Niestety osunęła się skała, zamykając ich w środku. Podjęto próbę ich odkopania, ale niestety nie udało się dotrzeć do nich na czas.

Dzisiaj jaskinia nosi nazwę 8 Ladies (choć wśród ochotników byli też mężczyźni) i jest po prostu zagłębieniem w skale, w którym to zagłębieniu wstawiono ołtarzyki w ramach hołdu dla ofiar. Tuż obok stoi niewielka pagoda, którą można zwiedzić. Całość darmowa. Można, ale nie trzeba.


7. Mooc Spring Eco Trail

I tu od razu znowu się przyznam: odpuściliśmy sobie tę przyjemność. Kolejna atrakcja z gatunku było sobie bajorko z kawałkiem rzeczki czy też strumyka i zrobiono z niego płatną atrakcję z pływaniem kajakiem, chodzeniem po mostkach itp. Pogadaliśmy z ludźmi, którzy byli (strata kasy ich zdaniem), poczytaliśmy w necie i powiedzieliśmy pas. Zainteresowanych odsyłam na inne blogi :)

8.  Po prostu jedź...

Jak już wspominałam wyżej całą pętlę i liczne mniejsze drogi przejechaliśmy kilka razy. Byliśmy zachwyceni samym terenem, widokami, trasami. Góry są przepiękne, gdzieniegdzie widać wielkie jamy (kto wie, może kolejne jaskinie), liczne doliny, w których błękitne wstęgi rzek przecinają zieloną dżunglę. Można też powłóczyć się po polach ryżowych czy wioskach. Odpocząć nad rzeką, przysiąść na kawę czy herbatę w jakiejś knajpce. Parę dni w okolicy nas zachwyciło.


9. Jaskinie dla wyczynowców

Na ten temat wiem niewiele, ale chciałam zaznaczyć, że agencje w Phong Nha oferowały bardzo dużo wycieczek do innych jaskiń (dla profesjonalistów jak to określano), które wymagały dodatkowego treku przez dżunglę i noclegów gdzieś na szlaku. Ceny kształtowały się koło 2-3 mln VND za takie wycieczki, choć widziałam i takie za 5 mln VND. Zainteresowanych odsyłam do netu. 

Czy warto będąc w Wietnamie poświęcić czas na wyprawę do Phong Nha? Naszym zdaniem zdecydowanie tak. Oczywiście jeśli to czego człowiek szuka to natura i piękne widoki. My spędziliśmy w tym miejscu kilka dni, ale spotkaliśmy sporo osób, które wpadały na jeden pełen dzień (rano płynęły na Phong Nha i Tien Son, a po południu motorkiem gnały zobaczyć Paradise Cave), zatem można i taki model wybrać. Wszystko zależy od możliwości i preferencji. Gdzieś w mojej głowie powoli rodzi się myśl, że kiedyś chciałabym wrócić i zobaczyć te bardziej "profesjonalne" jaskinie. Tylko wcześniej trzeba pewnie się czegoś nauczyć i coś poćwiczyć. Hmm, może to kolejny pomysł na drobne hobby albo na ciekawą przygodę. Kto wie...;)


Informacje praktyczne:
Uwaga: miasteczko, powszechnie funkcjonujące jako Phong Nha, tak naprawdę nazywa się Son Trach

1. Transport: do Phong Nha można dostać się bezpośrednio autobusem (z Hanoi czy też z Danang) albo wybrać opcję łączoną (pociąg/samolot do Dong Hoi, autobus miejski do Phong Nha). My wybraliśmy opcję numer 2, dotarliśmy do Dong Hoi pociągiem z Danang. Koszt pociągu w zależności od typu siedzenia jest do sprawdzenia w necie na stronie www.dsvn.vn, bilety kupiliśmy 2 dni przed wyjazdem. Podróż trwa około 6 godzin, ale pociąg często jest opóźniony i dodatkowo łapie opóźnienie w trakcie przejazdu, w naszym przypadku była to ponad godzina, w rezultacie czego nie udało nam się złapać autobusu do Phong Nha tego samego dnia i musieliśmy nocować w Dong Hoi.

Jak się jednak okazało Dong Hoi jest bardzo przyjemnym miastem z piękną i dużą plażą, nie mieliśmy zatem z tym żadnego problemu. Rano złapaliśmy autobus B4 do Phong Nha (bilet kupuje się w autobusie, koszt około 40 tys. VND, ale ceny zmieniają się dość dynamicznie), można go złapać naprzeciwko dworca autobusowego Ben Xe Nam Ly (ważne: nie na dworcu, a na ulicy naprzeciwko dworca!). Autobus kursuje od 5.30 rano do 17 mniej więcej co godzinę (rano jest trochę częściej, zdaje się, że koło 12 mają przerwę i nie ma kursu), jedzie  około 1,5 h i dojeżdża do samego miasteczka Phong Nha. Można też wybrać opcję taxi (koszt około 500 tys. VND)
W naszym przypadku z Phong Nha jechaliśmy do Hanoi na wybory do PE, co oznaczało całą noc w autobusie z leżankami (nawet dało się trochę nogi wyprostować jak się człowiek mocno do góry podciągnął). Bilety załatwiliśmy w hotelu, kosztowały nas 160 tys. VND od osoby, autobus zgarnął nas spod hotelu bezpośrednio.

2. Nocleg: można rezerwować wcześniej, ale patrząc po relacji ilości turystów (niezbyt wielu) do ilości hoteli (naprawdę sporo) można po prostu jak my przyjechać na miejsce i przejść się szybko po kilku, wybierając najbardziej nam pasujący.

My wybraliśmy hotel Nam Anh Hotel: dość duży pokój z oknem i łazienką, czyściutki, nowy, za 170 tys. VND za noc ze śniadaniem (cena za dwie osoby). Dwa drobne problemy w hotelu: klimatyzacja nie była zbyt wydajna (trafiliśmy na ponad 40-stopniowe upały i musieliśmy poprosić o dodatkowy wentylator), zaś śniadania są codziennie identyczne (omlet, bagietka, kawa, banany). Po 5 dniach było to już lekko monotonne, ale z drugiej strony za taką cenę.. ;)  Obsługa była dość sympatyczna, nawet jedna osoba mówiła po angielsku, pozwolili nam również bezpłatnie zostać cały dzień on top (wieczorem mieliśmy autobus do Hanoi), co było bardzo miłe.

Samo miasteczko jest niewielkie i poza hotelami, knajpkami i małymi sklepikami oraz oczywiście domami stałych mieszkańców nic tam nie ma.


3. Wynajem motorka: my wynajęliśmy nasz motorek w hotelu, bez żadnych problemów (również w kontekście oddawania, nikt rysek nie oglądał z lupą jak to czasem bywa), koszt to 100 tys. VND za dzień plus paliwo. Może motorek do najmocniejszych nie należał i czasem bałam się, że czeka mnie znowu wciąganie na piechotkę pod górę, ale jakoś w końcu wdrapywał się na kolejne szczyty i zakręty (Yupi ;) Przy okazji przypominam nieśmiało, że uprawnienia do kierowania motorkiem w Wietnamie mają tylko osoby z międzynarodowym prawem jazdy (konwencja wiedeńska) kat. A. Kategoria B nie jest wystarczająca! Druga przypominajka: nigdy nie zgadzajcie się zostawiać paszportów jako zastawu przy wynajmie motorka lub podczas pobytu w hotelu. Bywały przypadki, że za wyimaginowane szkody nie chciano oddawać paszportów. My w takiej sytuacji informujemy zawsze, że oczywiście zdjęcia paszportów mogą sobie zrobić, ale ich przetrzymywanie przez kogokolwiek jest niezgodne z wietnamskim prawem. Jeśli hotel/wypożyczalnia się nie zgadza, wychodzimy. Nigdy nie zostawiamy paszportów, to nasz najważniejszy dokument podróżny!

4. Jedzenie: w Phong Nha jest mnóstwo knajpek i restauracji na każdą kieszeń. Można znaleźć pyszną pizzę za 80 tys. VND (małą) oraz polskie pierogi za 50 tys. VND (sic!) w Paradise Pizza (bardzo polecamy!!) bądż też pyszne wietnamskie dania (wspaniałe hot poty, sajgonki, zupę Pho) w niewielkiej knajpce Nhat Minh wraz z niezłym piwem Bia Hoi (świeże piwo, dostępne "niestety" tylko w beczułkach o pojemności 2 litrów).


Komentarze

  1. Super opisane, jak zwykle. Napiszcie książkę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy za miłe słowa :) chwilowo książka leży, bo ja piszę prozę, Łukasz poezję i wychodzi z tego dramat 😂😂😂

      Usuń

Publikowanie komentarza

Łączna liczba wyświetleń