Kraina Oz w zielonej odsłonie

Zielono. Soczysta zieleń, lśniąca w słońcu. To było nasze pierwsze wrażenie po dotarciu w okolice Adelajdy. Ile czasu można bowiem patrzeć na czerwoną ziemię? Brakowało nam tej soczystej zieleni. Nawet jeśli po drodze były krzaki czy drzewa to wszystkie miały lekko przybrudzony, zielonkawo-błękitnawy kolor. I za zielonym, żywym, soczystym po prostu się tęskni. A jeśli na dodatek pojawiają się łagodne pagórki, pola porośnięte złocącą się w słońcu pszenicą, łąki pełne kwiatów i krów, to człowiek zaczyna czuć się jak latem w Polsce. No, prawie, skoro nad głową przelatują wiecznie kłócące się ze sobą papugi ;) Zrobiło się naprawdę swojsko ;) A raczej zrobiłoby się, gdyby nie kangury... ;)

21. Adelajda i okolice
Nie planowaliśmy jechać do Adelajdy. Naprawdę, te 600 km w obie strony nie było nam potrzebne. Nie dla wielkich miast przylecieliśmy do Australii, a jak już bym miała wybierać to Perth stanęłoby u mnie na podium. Ale niestety PIS wycofał możliwość głosowania korespondencyjnego (z czego skorzystaliśmy 4 lata temu w czasie poprzedniej podróży) i musieliśmy dołożyć te setki kilometrów, żeby móc skorzystać ze swojego prawa wyborczego. Nieładnie PISie! Ograniczanie prawa do głosowania podróżnikom to nieładne zagranie. W odpowiedzi wymamrotaliśmy parę brzydkich słów i zaplanowaliśmy wizytę w Adelajdzie. Jakby się nie dało głosować w Adelajdzie, to byśmy pojechali do Melbourne. I zrobili sobie potem zdjęcie pokazując gest Kozakiewicza. Wszyscy chyba już widzą komu ;)

Skoro jednak nie było wyjścia, 13 października stawiliśmy się w Adelajdzie w Domu Polskim. Przedstawiliśmy się komisji, zagłosowaliśmy, pogadaliśmy jeszcze chwilę (między innymi dowiedzieliśmy się o polskim kościele i byłej polskiej osadzie niedaleko Adelajdy) i ruszyliśmy na miasto. Pogoda była słaba (siąpiło), udało nam się jednak obejrzeć parę rzeczy.

Warto na pewno przejść się trochę po samym centrum: są tu liczne urocze uliczki, stare, kojarzące się z angielską architekturą budynki ukrywają się między wieżowcami.

Jest sporo knajp, kawiarni oraz sklepów. Na pewno warto swoje kroki skierować do budynków Uniwersytetu, skąd szybko można przejść nad rzekę. Na obu jej brzegach widać zielone parki z dużą ilością kwitnących właśnie kwiatów. Po drugiej stronie rzeki uwagę przyciąga Katedra Świętego Piotra.

Tego dnia mieliśmy farta i trafiliśmy akurat na dzień otwarty w miejskim Ratuszu. Można było go zwiedzić, dowiedzieć się paru ciekawostek o historii miasta, ale również o jego planach i strategiach na przyszłość. A na koniec zrobić sobie zdjęcie z pracownikami magistratu przebranymi w stroje z epoki królowej Wiktorii. Bardzo przyjemne doświadczenie, choć zabrakło rozdawanych cukierków (oj, zjadłabym dobrą krówkę) 😄

Nie należy również zapomnieć obejrzeć plaże Adelajdy. Choć nam pogoda nie sprzyjała (oj te deszcze), z przyjemnością przespacerowaliśmy się deptakiem (no i co, że pada, jest wiosna to powinno padać!). Na jedną z plaż dojeżdża nawet tramwaj z centrum miasta :) Wyobrażam sobie, że w lecie jest tu naprawdę przyjemnie :)

Poza samą Adelajdą w okolicy można wpaść jeszcze na chwilę do takim miejsc jak Port Augusta. Są urocze, czyściutkie, zielone i leżą tuż nad brzegiem oceanu. Rejon ten słynie również z winnic - jeżeli zatem ktoś chce się dowiedzieć jak produkuje się, że te pyszne australijskie wina za 5 AUD, to czemu nie ;) Oczywiście, te droższe też ;) 

22. Eyre Penisula
Półwysep Eyre na mapie Australii wygląda dość niepozornie, jednak jeśli przyjrzeć się mu bliżej, okazuje się, że jego powierzchnia odpowiada połowie powierzchni Polski. To zmienia postać rzeczy.


Jeśli do tego dołożycie parę faktów: brzeg morza o długości 2 500 km, populację na poziomie 58 tys. osób oraz tytuł (choć nie wiem kto im go przyznał) "stolicy" owoców morza, to nagle okaże się, że warto odwiedzić ten uroczy zakątek.

My przemknęliśmy przez niego, wpadając na chwilę do rezerwatów przyrody, na kawę do uroczych nadbrzeżnych miasteczek czy na dłuższy spacer po nabrzeżu z nadzieją na spotkanie z wielorybami czy też lwami morskimi, jednakże myślę, że mocniejsza eksploracja tego miejsca może być bardzo ciekawa. Najlepiej tylko poczekać na lato, żeby naprawdę móc cieszyć się z morskich kąpieli i przepięknych plaż. My byliśmy trochę za wcześnie i pogoda nas za bardzo nie rozpieszczała. Ale i tak zabraliśmy z tego miejsca garść przemiłych wspomnień :)


23. Nullarbor
Jeżeli chcesz przedostać się z Eyre Penisula do Perh musisz przejechać płaskowyż Nullarbor. Podróż trwa długo - to jakieś 1 200 km nużącej dość trasy. Co prawda jest kilka miejsc, w których warto się zatrzymać (punkty widokowe na klifach przed granicą stanu), ale tak naprawdę całą tę trasę trzeba po prostu przetrwać.

No dobrze, poza klifami, wielbłądami, strusiami i najdłuższą prostą drogą (bez zakrętów: około 145 km długości) w Australii nic tu nie ma.


Ok, jeszcze najdłuższy płot przeciw Dingo się gdzieś w okolicy ciągnie. No i ten kurs golfowy. Na całej trasie od Ceduny do Kalgoorie przy wszystkich roadhouse'ah czy wioskach są pola golfowe, które w jakiś sposób zostały uznane za jedno pole (a mówimy odległości ponad 1 300 km) i zyskały miano najdłuższego pola golfowego na świecie (a przynajmniej tak się reklamują). Nie znam się na tym kompletnie, ale warto pewnie wspomnieć. A nuż ktoś szuka takiego miejsca  ;)

24. Esperance i okolice: Cape Le Grand National Park i klify
Po lekko męczącym i nużącym przejeździe przez Nullarbor dotarcie w okolice Esperance jest jak powiew świeżego powietrza. Abstrahuję tutaj od dostępności sklepów (stęskniłam się za pysznym steakiem) czy fajnych campingów, ale przede wszystkim wrażenie robią widoki.
Samo miasteczko Esperance jest na pewno urocze, ale nas nie powaliło. Za to jego klify i plaże już tak. Włodarze miasta przygotowali niedługą (jakieś 50 km) trasę, którą nazwali Great Ocean Drive. I zapewniam, że słowo "Great" w tym wypadku w pełni oddaje rzeczywistość.


Poruszając się nią ma się okazję zobaczyć przecudne klify (punkty widokowe), plaże, farmę wietrzną (a wieje tam straszliwie), strusie (oczywiście musieliśmy się zatrzymać na zdjęcia) i różowe jezioro, które już nie jest różowe (ale pracują nad tym naukowcy, może znowu będzie). Cały przejazd zajmie minimum 2 godzinki z robieniem zdjęć i czasem na pozachwycanie się widokami. Dla nas ogromna niespodzianka (trafiliśmy przypadkiem) i wielkie "must see".


O Lucky Bay w Parku Narodowym Cape Le Grand usłyszeliśmy od paru osób na trasie naszego przejazdu. Wszyscy byli zachwyceni i usilnie namawiali nas, żeby odwiedzić to miejsce. Bywamy sceptyczni w stosunku do tego typu rekomendacji, ale tyle ich było i podparte takimi zdjęciami, że uznaliśmy, iż warto sprawdzić ki diabeł. No i długo jeszcze musieliśmy szczęki zbierać.

Park mieści się kilkadziesiąt km na wschód od Esperance, warto wybrać się do niego jak najwcześniej rano. My zaparkowaliśmy auto przy Lucky Bay (po drodze spotkaliśmy strusie, a widoki od samego początku sprawiały, że zbieraliśmy z podłogi własne szczęki i gratulowaliśmy sobie wyprawy mimo, że jeszcze przecież "nic" nie widzieliśmy).


Było dość wcześnie, wiało, niebo zaciągnięte deszczowymi chmurami, zdecydowaliśmy zatem najpierw wybrać się na dłuższy spacer- do Helfire Bay, a następnie wrócić i przejść się plażą na Lucky Bay (a nuż słońce wyjrzy). Plan był świetny, wykonanie jeszcze lepsze. Spacer po kamienistych ścieżkach wśród kwiatów, krzaków i iglaków z widokiem na morze i klify wywołał tylko radość. Dodatkowo po drodze spotkaliśmy kangury i węża (ok, tego się baliśmy, leżał w poprzek drogi i musieliśmy poczekać aż łaskawie sobie pójdzie). Po powrocie do Lucky Bay z radością zauważyliśmy dwie rzeczy: słońce świeciło, pokazując zatokę od jej najlepszej strony, a po plaży "kangurują" sobie kangury.

Zwierzaki były tak oswojone z ludźmi, że pozwalały się pogłaskać, zrobić masę zdjęć, a nawet próbowały nam wejść do auta. Długi spacer po przepięknej plaży zakłóciły nam tylko rozważania czemu Australijczycy z taką lubością wjeżdżają swoimi autami na plaże. Nawet w parkach narodowych. Jaka to frajda?

25. Fitzgerald River National Park: klify, wspinaczka na górę
Park Fitzgerald River jest naprawdę przepiękny. Miał tylko jedną zasadniczą wadę: oglądaliśmy go dzień po klifach Esperanzy i Cape Le Grand NP, z którymi naprawdę ciężko konkurować. Choć park stara się jak może ;)

Na pewno warto go zobaczyć:
- wspiąć się na górę Mt East Barren (czapka antymuchowa i adidasy na nogi to minimum)

- popatrzeć na klify na Cave Point (klapki i czapka antymuchowa)

- przejść się na plażę West Beach (klapki i czapka antymuchowa)

- zatrzymać się przy jednej z pozostałych plaż i popatrzeć na morze (może ktoś zobaczy jakieś wieloryby?)
Przed przyjazdem do tego parku należy zebrać dokładne informacje na temat dróg (szczególnie tego, w jakim są aktualnie stanie), bo sporo tras jest nieutwardzonych. Do wymienionych wyżej punktów można dotrzeć od strony miasteczka Hopetoun normalną drogą, ale im głębiej "w park" tym trudniej o dobre drogi.

26. Stirling Range National Park
Do tego parku trafiliśmy troszkę przypadkiem. Nie było go na naszej liście. Ot, stojąc na stacji i sprawdzając trasę do Albany stwierdziliśmy, że ta przez Stirling jest tylko o 10 km dłuższa. I można się tam wspiąć na jakąś górę, pogoda jest ładna, słońce świeci, jest dość wcześnie rano, a nasz pass na parki narodowe WA jest jeszcze przez parę dni ważny.

Zakręciliśmy i siup, ruszyliśmy do Stirling. Godzinę później wspinaliśmy się już na wielką górę (ma około 1 000 m.n.p.m., samo podejście to jakieś 600 m w górę, odległościowo zaś 3 km w jedną stronę). Trasa jest przecudowna. Najpierw co prawda trzeba dość ostro wspinać się po "wspomagających" schodach (nie lubię ich), ale potem trasa zmienia się po prostu w zwykłą ścieżkę. Z jednej strony przepaść, z drugiej krzaki (z pięknymi kwiatkami). Na koniec podchodzi się już po bardziej płaskim terenie, wśród licznych kwiatów górskich, w oddali zaś widać ocean. Przepiękny widok i wart wysiłku.


27. Albany i okolice (Torndirrup National Park)
Przeurocze miasteczko Albany jest jednym z większych ośrodków "miejskich" w promieniu dobrych kilkuset km. Może się pochwalić kilkoma plażami, ścieżkami do spacerowania, knajpkami z owocami morza oraz zachowaną w nienaruszonym stanie XIX-wieczną zabudową miasta. Jeśli do tego dodamy bliskość parku narodowego Torndirrup, to pobyt w Albany może być naprawdę bardzo przyjemny :)

Sam park wart jest przynajmniej jednodniowej wyprawy. Największą atrakcją jest wyprawa na Bald Head (kilkunastokilometrowy spacer na cypel). Niestety całej trasy nie zrobiliśmy ze względu na wietrzną pogodę (a idzie się często wąską "granią" z morzem po obu stronach), ale widoki, które mieliśmy okazję zobaczyć były zachwycające.

Drugą atrakcją jest miejsce zwane "the Gap". Jest to punkt widokowy, z którego można przyjrzeć się rozmaitym formacjom skalnym, wyrastającym z morza. Nie będę tego opisywać, niech przemówią zdjęcia :)


28. Walpole-Nornalup National Park
Widzieliście kiedyś zdjęcia albo na własne oczy ogromne sekwoje amerykańskie? Amerykanie są z nich bardzo dumni (i słusznie), nie wiedzą jednak, że w kontekście ogromnych drzew mają niezłą konkurencję w Australii. Do walki o zachwyt spokojnie mogą bowiem stanąć ogromne eukaliptusy z gatunku karri i red tingle, które można podziwiać na terenie parku narodowego Walpole-Nornalup niedaleko Perth.

Park słynie z atrakcji znanej jako Tree Top Walk (spacer po podwieszanych platformach na drzewach) oraz Ancient Walk (naziemnych spacerów wśród najwyższych okazów drzew). Dodatkowo można wybrać się po prostu na spacer po parku (jak my oczywiście) i samemu znaleźć sporo wielkich eukaliptusów. Dodatkowym plusem samodzielnych spacerów są przepiękne i liczne kwiaty, które przecudnie kwitną o tej porze roku. Cały las pachnie :)

Przy okazji warto obserwować otoczenie, bo można dojrzeć gdzieś kuokę (uśmiechniętego zwierzaka, podobnego do kangura, jest to jedno z niewielu miejsc, gdzie można je oglądać na wolności na kontynencie) czy oposy (choć one w dzień śpią). Poza tym standardowo mnóstwo ptaków (o wdzięcznych polskich nazwach jak np. chwostka jasnowąsa, fletówka żółtobrzucha, lamparcik plamisty, kraśniczek czrwonouchy czy nektarynka złotoucha), trochę węży i kangury. Czyli same najlepsze zwierzaki ;)


29. Augusta, Margaret River, Busselton, Bunbury
Jadąc do Perth nadbrzeżem człowiek po prostu "wpada" do tych miasteczek. Są urocze, niewielkie domki z przecudnymi ogródkami, zadbane trawniki, stare (lub postarzane) budynki w centrum z licznymi sklepami i knajpkami. Często dodatkowo deptaki przy plaży, liczne place zabaw dla dzieciaków, trasy spacerowe. Ot, ładne nadbrzeżne miasteczka, z hotelami i campingami. Świetne miejsce na weekend poza miastem czy nawet parodniowy reset. Warto na chwilę wpaść :)

30. Yalgorup National Park, Lane Pool Reserve
Najpierw dosłownie dwa słowa o Yalgorup NP. Wybraliśmy się w nim na spacer. Kilka kilometrów spacerów po buszu. Nas nie zachwyciło, ale jak ktoś lubi...
Dużo lepsze wspomnienia mamy z Lane Pool Reserve. Obowiązuje tutaj pass na parki narodowe i szczerze mówiąc w ogóle mnie to nie dziwi. Spory teren, z campingami. Można go opisać dwoma określeniami: lasy i rzeka.

Z tego co widzieliśmy sporo osób przyjeżdża do tego parku z własnymi kajakami i robi sobie wycieczki. Inni organizują sobie pikniki albo kąpią się w rzece. Można też, jak my, ruszyć na wycieczkę po lesie. Sam spacer (kilkunastokilometrowy) był bardzo przyjemny, jedynie końcówkę mieliśmy ciut słabszą, bo trzeba było z dość ostrej skarpy zejść na dół. Niby powinno się schodzić powoli, ale wszędzie były dodatkowo mrowiska ogromnych mrówek, próbowaliśmy więc pokonać tę część jak najszybciej. W rezultacie ja zaliczyłam parunastometrowy zjazd na pupie (moje biedne spodnie nie nadają się do niczego), co wywołało mój wielki uśmiech, a u Łukasza napad śmiechu. Jak stwierdził, wyglądałam na tak szczęśliwą w trakcie jazdy, że nie wiedział czy łapać czy uskakiwać. W końcu uskoczył. A co 😂

31. Serpentine National Park
And last but not least: Serpentine Park. Wspaniały park z długą trasą (ok.7 km w jedną stronę). Idzie się zarówno lasem, jak i wśród łąk, nad rzeką.

Wszędzie słychać i widać kolorowe papugi, a kangury skubią sobie trawę i potrafią nieźle wystraszyć pojawiając się znienacka. Bardzo przyjemny spacer, miejscami wymagający skakania po kamieniach (adidasy na nogach się przydadzą). Przy parkingu w samym środku parku można też zobaczyć całkiem ładny wodospad, a nawet pokąpać się w wodzie. Dla nas było ciut za zimno, ale Australijczycy ewidentnie nie mają z tym problemu, co zaobserwowaliśmy już w poprzednich miejscach. Jest słońce, ciepło, jest woda - trzeba się schłodzić. A że jest lodowata? Oj tam. Nie bardziej niż ocean ;)

32. Perth
O Perth nie będę się rozpisywać, podkreślę tylko, że samo miasto mieści się nad rzeką Swan ( ma też liczne nadmorskie plaże) i jest bardzo fajne. Nowoczesna architektura przeplata się ze starymi budynkami.

Szczególnie urzekło nas CBD z nowowybudowanym nadbrzeżem Elisabeth Quay. Widok zarówno w dzień jak i wieczorem jest fantastyczny. Perth jest bardzo zielonym miastem, z dużą ilością parków i parczków, licznymi winnicami oraz parkami narodowymi dookoła aglomeracji.

Nowoczesne drogi szybkiego ruchu pozwalają w trybie ekspresowym przemieścić się z jednego końca miasta (rozumianego jako zbiór mniejszych miasteczek) do drugiego. My mieliśmy okazję mieszkać w dwóch lokalizacjach: Ellenbrook oraz Gosnells. Obie bardzo dobrze wspominamy :)

Wszystkie trzy posty odnośnie trasy wskazują tylko najważniejsze punkty, które odwiedziliśmy. Nie ma również opisów miejsc, które pominęliśmy (trzeba by mieć pewnie minimum 5-6 miesięcy, żeby na spokojnie wszystko zobaczyć).

Długo dyskutowaliśmy na temat tego, jakie są nasze wrażenia z tej podróży. Większość jest na pewno nader pozytywna. Australia, takim marudom jak my, gwarantuje jedno: olbrzymią różnorodność widoków i przeżyć. Wielbiciele natury znajdą tutaj sporo miejsc, które ich zachwycą, a zwierzęta... tego nie da się opisać, to trzeba po prostu zobaczyć. Fani historii również nie będą zawiedzeni o ile oczywiście wcześniej zrobią dobry research i odpowiednio się nastawią. Poza postkolonialnymi zabytkami można tutaj bowiem "zanurzyć się" w kulturze Aborygenów, którzy są mieszkańcami Australii od 30-40 tys. lat. I ich kultura w formie niezmienionej dotrwała w wielu miejscach do połowy XIX.

Gdzieś na naszej drodze trafiliśmy na znak, że w tym miejscu odbyła się "bitwa" czy raczej masakra "białych", mniej więcej w połowie XIX, kiedy po raz pierwszy dotarli na dany teren. Aborygeni myśleli, że to złe duchy i należy je wybić. Nie rozumieli idei białej skóry i innych ubrań. Przez wieki ich kultura pozostawała niezmienna, co oznacza, że pierwsi odkrywcy poznali ją taką, jak wyglądała kilkadziesiąt tysięcy lat wcześniej. To robi wrażenie :) I nie tylko to. Zainteresowanych tematem odsyłam do netu i książek.

Wracając do naszych doświadczeń: bardzo cieszymy się, że mieliśmy możliwość objechać taki kawał Australii. Choć jednak zrobiliśmy ponad 16 tys. km, mamy świadomość, że jedynie liznęliśmy ten kraj. Jest jeszcze tyle do zobaczenia i przeżycia... może następnym razem ;) W końcu 3 lata temu wyjeżdżając z Oz, myśleliśmy, że następnym razem kangury obejrzymy w zoo albo może za kilkanaście lat... A tu proszę :) Nieznane są wyroki bogów, a pomysły tandemu Łukasz i Wydra są jeszcze większą niewiadomą. Ciekawe tylko, że idee wyjazdów tak niestandardowych (standardowo to plażowanie w Azji) wpadają nam do głowy w okolicach moich urodzin: w zeszłym roku Himalaje, w tym Australia... Aż się boję następnych ;)

Komentarze

Łączna liczba wyświetleń