Czego niespodziewanego należy spodziewać się w Australii?

Australia. Wielki, czerwony kontynent pełen kangurów, misiów koala i strusiów. Brutalny w swej czerwonej inności, uwielbiany przez backpackerów i mieszkańców. Pełen kontrastów kraj pustyni oraz rafy koralowej, gdzie wszystko chce cię zabić i zjeść. Brzmi znajomo?


Mam nadzieję, bo to oznacza, że nie tylko ja miałam w głowie taki właśnie wizerunek Australii przez całe lata. Nie zmienia to faktu, że wiele osób o wyprawie do kraju kangura  marzy i to dość szczegółowo. Góry Błękitne, Opera w Sydney, święte Uluru, no i oczywiście Wielka Rafa Koralowa. Na palcach obu rąk, a nawet moich brzydkich stóp nie zliczę ile znajomych i nieznajomych osób, słysząc o naszych wojażach po Australii, ze swoich marzeń nam się zwierzało. Że czytali, że widzieli zdjęcia. Że by chcieli tak bardzo, ale daleko, drogo no i niebezpiecznie. W zasadzie trochę nie wiadomo jak to ogarnąć i co zobaczyć.


My również zadawaliśmy sobie swego czasu te pytania i grzebaliśmy w necie czy też przepytywaliśmy osoby, które Australię odwiedziły z nadzieją, że choć na ich część uda się odpowiedzi znaleźć. Nie będę ukrywać, że dla mnie największym problemem były zwierzaki, szczególnie zaś pająki. Czego bowiem w Australii może szukać osoba wrzeszcząca na całe gardło, gdy w oddali zamajaczy  mały, nieszkodliwy pajączek? Arachnofobia przez lata wpływała na moje życie dość negatywnie i dopiero w Azji udało mi się jakoś przejść nad nią do porządku dziennego. Nie było po prostu innego wyjścia. W Azji pająków jest mnóstwo i albo je zaakceptujesz albo wracaj do Polski. I tyle.

Niemniej Australia jawiła mi się jako nowy wymiar "Kraju Pająka", w końcu w tym konkretnym przypadku strach przed pająkami wydawał się dużo bardziej uzasadniony i podzielany przez mnóstwo osób. Wiadomo: pająk w Australii na pewno cię zabije. Jak mawiali w Grze o tron: It is known.

Dzisiaj mądrzejsza o dwa pobyty w kraju kangura (niekoniecznie zaś mądrzejsza ogólnie) mogę z całą pewnością stwierdzić, że faktycznie pająków w Australii mnóstwo, ale w większości są nieszkodliwe. Co nie zmienia faktu, że parę razy uciekałam z wrzaskiem, w tym raz z łazienki w stroju Ewy, kiedy to uroczy wielgachny pająk postanowił zeskoczyć na podłogę w trakcie mojego prysznica. Mój wrzask poniósł się hen daleko strasząc okoliczne kangury, wywołując dziki śmiech kukabury i podrywając do lotu całe stado różnobarwnych papug. I ściągając Łukasza z nożem w pobliże sanitariatów, gdzie stałam drąc się w niebogłosy jakby mnie co najmniej diabeł tasmański żywcem zjadał. Ale to temat na inny wpis z gatunku najdziwniejsze historie jakie się człowiekowi na wyprawie przydarzyły.

Niemniej potwierdzam istnienie pająków. Prawdą jest też, że dzieci australijskie są uczone najpierw łapać to coś, co ugryzło je czy kogoś w ich towarzystwie, a dopiero potem dzwonić po karetkę w razie potrzeby. Ponoć australijskie służby medyczne mają odtrutki na prawie wszystkie toksyny, ale muszą wiedzieć co kogo użarło. Tak przynajmniej opowiadali nam spotkani po drodze Australijczycy.

Wróćmy może jednak do pozostałych pytań i strachów, o których wspomniałam wyżej. 

Cóż, odnośnie finansów pisaliśmy już sporo (tutaj), na temat tras również się wypowiedzieliśmy (tutaj choć oczywiście nie wszędzie byliśmy, warto zatem pogrzebać zawsze na innych blogach czy w przewodnikach, szczególnie polecam blog Julii i Sama), a i organizacja przez bloga się przewinęła (tutaj), wracać zatem do tych "oklepanych" tematów nie będę. No chyba, że któryś powiązany z poprzednimi wpisami akurat mi "wejdzie" w top 10.


Za to z przyjemnością rozprawię się z kilkoma strachami oraz dorzucę parę nowych. Równowaga bowiem zawsze być musi, jak mawiał Mistrz Yoda (albo jakiś inny zielony i uszasty kosmita), skoro zatem kilka strachów ubijemy, to parę dorzucić należy. Przecież przed każdą podróżą należy zadać sobie jedno, zajebiście ważne pytanie: czego niespodziewanego mogę się w danym kraju spodziewać? A że Australia spora jest i różnorodna, to i niespodzianek sporo może nas spotkać, wszystkich opisywać nie będę, ale naszym top 10 chętnie się podzielę.

10. Papugi i inne ptaszyska

Wstyd być może się przyznać, ale widok pierwszego stada papug wprawił mnie w ogromną konsternację. Nie miałam pojęcia, że w Australii są papugi i niech rzuci we mnie kamieniem osoba, która wiedziała. Aaaa, no właśnie. O kukaburach słyszałam, drapieżniki również wydawały mi się "oczywiste", ale papugi? I to na dodatek w takich ilościach i kolorach? Nie będę ściemniać, 4 miesiące w kraju kangura nie wyleczyło mnie z tego stanu zdziwienia i ilekroć na horyzoncie pojawiały się kolorowe ptaki, wpadałam w czysty zachwyt. No, papugi. Prawdziwe. Prawie mi z ręki jadły. Jak zajebiście to brzmi? Szczególnie zachwycają mnie te małe różowe, latają zwykle wielkimi stadami i drą się nieprzeciętnie. Cud natury prawdziwy.


Nie tylko jednak papugi nas zadziwiły. Oczywiście o kukaburze czytałam wcześniej, ale czytać a usłyszeć to dwa różne doświadczenia.


Śmiech kukabury naprawdę brzmi jak śmiech szaleńca i potrafi przerazić wieczorową porą. Szczególnie jak się jest jedynymi gośćmi na kempingu, robi się ciemno i człowiek pierwszy raz w życiu usłyszy ten chichot. Rechot Nicholsona z Lśnienia to przy tym pikuś.


Kolejne zaskoczenie to strusie. Nie w sensie ich bytności, o tym oczywiście wiedzieliśmy. Raczej ich... głupoty. Wiecie, że jak struś widzi auto to się z nim ściga? Autentycznie tak to wygląda. Stoi sobie struś przy drodze, przejeżdża obok niego samochód, a ten rusza jak sprinter. Oglądaliście Strusia Pędziwiatra? No, mniej więcej tak to wygląda. Ach te bajki z dzieciństwa, tyle prawdy w nich.


I last but not least to drapieżniki. Wielgachne ptaszydła, wyglądające jak orły siedzą sobie na padlinie (wielka napuchnięta krowa albo wielki napuchnięty kangur potrącone pewnie przez jakąś ciężarówkę) przy drodze i raczą się delicjami (piwo dla osoby, która wiedziała, że orły są padlinożercami), a jak widzą nadjeżdżające auto to podrywają się do lotu. Najczęściej w kierunku samochodu, należy zatem mieć mocne hamulce, niezły refleks i dobrze zapięte pasy, żeby się z nimi nie zderzyć. W każdym tego słowa znaczeniu. A i pamiętać należy, że to są naprawdę wielkie ptaszydła, wielkości sporego psa. Mogą nieźle przestraszyć.

9. Wieczny uśmiech= prozac w wodzie?

Hmm, ujmę to chyba tak: kręcił się człowiek trochę po świecie i widział różne narody w akcji, ale tak "prozakowy" uśmiech wcześniej zdarzyło nam się widzieć tylko w USA. I to w niewielkim miasteczku, gdzieś w okolicach Death Valley, gdzie psy szczekają tyłkami a diabłu nawet się nie chce mówić dobranoc. Nie wiem, naprawdę nie wiem co biorą Australijczycy, ale sztuczne uśmiechy, którymi nas raczyli przypominały mi wielokrotnie rozmaite horrory, a nawet (strach się bać) film Żony ze Stepford. Aż ciarki czasem przechodzą.


Brzmi to może trochę dziwnie albo bardzo po polsku (w końcu w naszym pięknym nadwiślańskim kraju za uśmiechnięcie się na ulicy do kogoś można dostać w paszczę), ale naprawdę coś przerażającego jest w osobach z takim nienaturalnie przyklejonym uśmiechem. Oczywiście nie wszyscy Australijczycy tak mają, część jest całkiem "normalna", warczą na siebie i innych albo nie patrzą w ogóle czy też po prostu się uśmiechają jakoś tak zwyczajnie, ale sporo osób... no dość to dziwne. Mieliśmy swoją teorię, że razem z chlorem do wody pitnej dodaje się tutaj prozac. Jeśli tak jest, to my pozostaliśmy odporni. Choć stwierdzenie: no worries mate weszło do naszego języka. No i tego uśmiechu też musieliśmy się szybko oduczyć. Szczególnie, że po Australii zawitaliśmy do Indii.

8. Niepustynna pustynia

Myśląc o pustyni zwykle ma się w głowie obrazki rodem z Sahary, kolorowe namioty szejków, ogniska  i Lawrence Oliviera. Ewentualnie film Mumia albo Mumia powraca. A może to tylko moje zboczenie? Niemniej myślę, że dla wielu z nas to właśnie Sahara, z pięknym złotym piaseczkiem, masą wydm i całkowitym pustkowiem stanowi kwintesencję a nawet swoisty archetyp pustyni.


Słysząc o pustynnej Australii czegoś podobnego się człowiek spodziewał, tylko w kolorze czerwonym i z większą ilością skał. Jak się jednak okazuje wyobrażenia sobie, a rzeczywistość sobie. Australijska "pustynia" faktycznie jest czerwona, kamienista, a sypki piasek, który po niej hula potrafi doprowadzić co najmniej do szewskiej pasji (wbija się wszędzie, nie da się cholera wymyć, siedzi w skórze i wyleźć nie chce), na tym jednak kończą się podobieństwa. Na australijskiej pustyni ciągną się bowiem "pola" krzaczków, bardziej albo mniej uschłych. Przypomina to bardziej sawannę niż tradycyjną pustynię i przeczy wszelkim założeniom, które człowiek w głowie ma. Ot, taka mała niespodzianka. Niegroźna, za to ciekawa.

7. Odległości i oznaczenia na mapach

Pisałam o tym przy artykule o przygotowaniach do podróży, tutaj zatem jedynie wspomnę. Ten punkt powinien mieć trzy podpunkty:
a.  Odległości w Australii mierzy się zupełnie inaczej. Na mapie wszystko wygląda w miarę blisko, a potem okazuje się, że z jednego końca półwyspu na drugi jest bagatela 300 czy 400 km. Taki tam rzut beretem.

b. Zaznaczone na mapie "miejscowości" często okazują się zajazdem ze stacją benzynową, a nie miastem z Aldim czy innym dużym sklepem.

c. Trzeba koniecznie zwracać uwagę na oznaczenia czy droga jest wyasfaltowana czy nie, bo to może wpłynąć nie tylko na to czy dotrzemy na czas i to w miarę wygodnie (niepoobijani), ale również czy w ogóle dotrzemy. Bywają bowiem drogi w wersji tarki, które potrafią w trakcie 100 km przejazdu (jakieś na oko 5 godzin)  wytrzepać nie tylko tyłki siedzących w wozie, ale i sam wóz w takim stopniu, że staje i dalej nie jedzie. Coś się odczepi albo urwie. Bywają takie sytuacje.

6. Dzikie wielbłądy

O nich też już wspominałam, niemniej powtórzę. Tak, w Australii naprawdę żyje kilkaset tysięcy dzikich wielbłądów. Przyjechały z Afganistanu pod koniec XIX wieku i znalazły swój nowy dom na pustynnych terenach Australii. My widzieliśmy je raz, kiedy gnaliśmy na wschód słońca koło Uluru. Zmusiły nas do gwałtownego hamowania (a że wyjątkowo ze względu na czas i okoliczności robiłam własnie nam kanapki na kolanach, możecie się domyślić jakie miało to konsekwencje). Niemniej nie chowamy urazy, w końcu to dziko żyjące wielbłądy. W Australii. Taka tam mała niespodzianka. Choć kanapek trochę szkoda.


5. Stary kontynent

I znowu: niby człowiek coś tam wie na ten temat, ale zwykle to "coś"okazuje się nader pobieżne. Australia jest pełna różnych tajemnic. Jedziesz sobie pustynią, nagle trafiasz na miejsce w rodzaju Mataranki.


Albo wpadasz do parku narodowego Karijini i błąkasz się po kanionach rozmaitych aż docierasz do rzeki, w której możesz schłodzić nie tylko nóżki, ale całe przegrzane ciało. Wielkie wodospady, zielone dżungle, różowe jeziora, plaże z bielutkim piaskiem, rafy.


 Różnorodność Australii zadziwia i potrafi wbić mocno w ziemię. Miejscami wygląda jak Europa, to znowu przypomina USA, w innych miejscach zaś wygląda po prostu jak Australia, niepodrobiona nigdzie.


Przecudny, różnorodny prastary kontynent, którego geologiczną historię można oglądać w licznych parkach narodowych z kanionami. Niezwykły i nieujarzmiony.


4. Krokodyle, władcy Australii

Widziałam kiedyś film, w którym małe miasteczko australijskie zostaje zalane (powodzie zdarzają się tam równie często jak pożary i susze niestety), grupa nastolatków zostaje uwięziona przez falę powodziową w supermarkecie, a na dodatek między półkami, na których się schronili pływa wielki krokodyl. A może to był rekin? Pal sześć, rekiny są tylko w morzu, zaś krokodyle można spotkać wszędzie.
Przykład pierwszy: stajesz sobie nad uroczą rzeczką, gdzie mieści się ładny i czysty parking. Schodzisz nad rzeczkę z wizją, że może by się dało stópki schłodzić, w końcu jest gorąco jak cholera, a tu nagle z wody wynurzają się wielkie oczyska. Przyczepione do jeszcze większej paszczy naturalnie. I wtedy przypominasz sobie zawody biegania w liceum.
Przykład drugi: dojeżdżasz na jakiś kemping w parku narodowym, rozkładasz sobie spanie, gotujesz jedzenie, obok cicho szemrze niewielka rzeczka. Jeszcze jest jasno, ale już powoli zapada zmrok. Spokojnie siedzisz sobie na krzesełku, kiedy nagle z pobliskiej rzeczki wynurza się krokodyl i ziewa. No, śpiący był ewidentnie.
Kilka innych wydarzeń obejmuje historie pod hasłem: jak w nocy chciałam wyjść siku, ale krokodyl właśnie przełaził nam koło auta albo jak to krokodyla oczy zaświeciły się w ciemnościach czy też jak uciekaliśmy przed krokodylem razem ze stadem kangurów i mieliśmy ochotę podciąć im nogi.
Australijczycy do krokodyli słodkowodnych (to te "małe" i niezbyt groźne) podchodzą z pełnym spokojem. Tak, są w tej rzece, ale można się tu kąpać, bo one nie robią krzywdy ludziom. Czasem przepłynie obok, ale nie zje. Może trochę posmyra pod woda ogonem.


Gorzej sytuacja przedstawia się ze słonowodnymi (które jak się okazuje nie dość, że całkiem nieźle żyją sobie w słodkiej wodzie, potrafią mieć do 4 m długości, to jeszcze są bardzo agresywne i chętnie jedzą ludzi), ale w sumie i tutaj Australijczycy mają podejście: no worries, mate. Przecież wszędzie są znaki, że jak zobaczysz takiego krokodyla to daj znać władzom. Ostatnio nikt nie dał znać czyli żadnego nie ma. Zatem nie ma się co niepokoić. Proste.



3. Wiatry

W Australii wieje. Powiedziałabym nawet, że (pardon za wyrażenie) pizga gorzej niż w kieleckim. Nad morzem wieje od morza i to solidnie (w końcu otwarty ocean). Na pustyni wieje no... z pustyni. Po prostu. Z każdej strony. Chcesz ugotować obiad na kuchence gazowej? Obstaw ją pudłami, bo inaczej po godzinie "gotowania" nadal będziesz miał zimny gulasz w garnku. Planujesz spać w namiocie na dachu? Pomysł teoretycznie fantastyczny, ale wiele razy słuchaliśmy marudzenia podróżników, którym nikt nie powiedział, że w Australii wieje. I noce spędzane w takim namiocie okazały się dla nich ciężką próbą.
Dla nas to też była niespodzianka i to spora. Szczególnie w kontekście zużywanego przez maszynkę gazu, stawiania namiotu czy też robienia grilla albo palenia ogniska w miejscach dozwolonych (ach te marzenia podbudowane Instagramem, gdzie człowiek siedzi na pustyni, gapi się w gwiaździste niebo i popija gorącą czekoladę, grzejąc dłonie nad ogniskiem). Także... pamiętajcie, że wieje.

2. Brudne nogi level master

Ten temat jest dość dla mnie trudny, rzekłabym nawet, że intymny. W końcu ciężko się człowiekowi do brudu przyznać. Pokuszę się jednak o to wstydliwe wyzwanie: tak, moje nogi w północnej i centralnej Australii były brudne. W zasadzie nigdy wcześniej ani później nie były tak brudne. A myłam je kilka razy dziennie i to różnymi środkami. Nic nie dawało rady. Niestety przesuszone potwornie powietrze dawało rezultat w postaci przesuszonej skóry (nawet mimo pakowania w siebie kremów i balsamów nawilżających kilkanaście razy dziennie), która chłonęła czerwony piasek tonami. Nie dało się tego domyć. Co człowiek umył nogi, to po 5 minutach były znowu czerwone jakby biegał po rozgrzanych węgielkach albo wsadził je do farby. Masakra. I to było dla nas duże zaskoczenie, bo choć wiele osób mówiło, że piach się wciska wszędzie, to jakoś zapomnieli dopowiedzieć z czym będzie największy problem. Ach, te brudne stopy. Do dzisiaj mam koszmary.

1. Pieprzone muchy

Koszmary najgorsze i numer jeden w naszych "zaskoczeniach" to były muchy. Pisali ludzie i opowiadali. Kupcie czapki z siatką, mówili. Zasłaniajcie się jak się da, radzili. Kto by ich tam słuchał. Myśleliśmy, że skoro z owadami azjatyckimi przeżyliśmy w sumie prawie 3 lata, no, a trening jaki potrafią dać komary na Mazurach to już jest chyba legendarny na całym świecie, to muchy australijskie będą pikusiem.


I tu przypominają mi się wszystkie artykuły w stylu: lekceważysz muchy australijskie? To błąd! (te artykuły zwykle mają taką właśnie konstrukcję, dzięki nim dowiedziałam się już, że przez lata całe źle obierałam truskawki, myłam naczynia, robiłam kawę, a bodajże i robiłam źle kupkę, trzeba przyznać, że są nader przydatne 😂). W tym konkretnym przypadku to naprawdę błąd, bo france potrafią całkiem wyjazd zepsuć. Pchają się wszędzie, są ich miliony i opadają całą chmarą. My na szczęście dość szybko zakupiliśmy cudne kapelusze z siatką, co pozwoliło nam przetrwać najgorsze momenty, miało jednak bardzo dużo minusów (spróbujcie jeść w czymś takim obiad). Żeby było śmieszniej wraz z zachodem słońca muchy znikały, za to pojawiały się komary. Jak nie urok to sraczka jak mawiali najmądrzejsi filozofowie. Ot, taki mamy klimat.
Nie, do much nie da się przyzwyczaić. Polubić albo olać też się nie da. Będą was wnerwiać przez cały pobyt i doprowadzać do ciężkiej cholery. W miastach jest ich mniej, ale też się pojawiają, za to na zadupiach wszelkich i po drodze to jest prawdziwa plaga. Mam nadzieję, że rząd australijski kiedyś coś z nimi zrobi, bo ewidentnie równowaga jest tutaj mocno zachwiana. No, chyba, że odpowiedzią rządu na ten problem jest więcej prozacu w kranówie. To więcej pytań nie mam ;)


Oczywiście powyższa lista nie wyczerpuje wszystkich naszych szoków czy też niespodzianek. Do dziś nie mogę się pogodzić z faktem, że koala to nie miś, tylko torbacz i choć jest przesłodki to maniery przy jedzeniu ma straszne (chrumka tak, że świnki przy nim to kulturalne panny, zaś jak już nażre się eukaliptusa i nim odurzy to potrafi się spieprzyć z drzewa i to komuś na namiot, przerażając go na śmierć prawie). Nie mniejszym szokiem był dla mnie widok diabła tasmańskiego, który nijak się nie ma do mojego ukochanego Taza z kreskówki czy też bliższe spotkanie z kanguroszczurem (naprawdę stawiam piwo osobie, które wcześniej słyszała o takim dziwolągu).

Nie zmienia to faktu, że na pytanie: czy warto pojechać do Australii poudaję byłego premiera Marcinkiewicza i krzyknę: Yes, Yes, Yes! Z całą pewnością warto Australię odwiedzić, a nawet zwiedzić, zeksplorować czy spenetrować jak kto woli. Bo szansa na obejrzenie miliona gwiazd, przybicia piątala z kangurem czy podumania w cieniu wielkiego kanionu nie zdarza się zbyt często. No chyba, że w Australii.

Komentarze

Łączna liczba wyświetleń